<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?><rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Tomasz Zbigniew Zapert | polskiearaby.com</title>
	<atom:link href="https://polskiearaby.com/autorzy-artykulow/tomasz-zbigniew-zapert/feed" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>https://polskiearaby.com</link>
	<description>Portal miłośników koni arabskich</description>
	<lastBuildDate>Thu, 15 Jul 2021 09:40:36 +0000</lastBuildDate>
	<language>pl-PL</language>
	<sy:updatePeriod>
	hourly	</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>
	1	</sy:updateFrequency>
	<generator>https://wordpress.org/?v=6.8.5</generator>

<image>
	<url>https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/09/favicon2-500x500-1-150x150.png</url>
	<title>Tomasz Zbigniew Zapert | polskiearaby.com</title>
	<link>https://polskiearaby.com</link>
	<width>32</width>
	<height>32</height>
</image> 
	<item>
		<title>Wywiad z Moniką Luft, autorką książki „Arabska awantura”</title>
		<link>https://polskiearaby.com/ludzie-i-konie/37653-wywiad-z-monika-luft-autorka-ksiazki-arabska-awantura</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[McVoy]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 15 Jul 2021 08:51:32 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Ludzie i Konie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://polskiearaby.com/?p=37653</guid>

					<description><![CDATA[Poniżej publikujemy wywiad z Moniką Luft, autorką książki „Arabska awantura. Od Emira Rzewuskiego do Krzysztofa Jurgiela” (Wydawnictwo LTW). Wywiad ukazał się w tygodniku „Do Rzeczy” (Nr 27/432, 5-11 lipca 2021), a przeprowadził go Tomasz Zbigniew Zapert. Bardzo rzadko sięgamy po publikacje innych mediów, ale ta wydała nam się wyjątkowo ciekawa. Zapraszamy! Czysta krew i brudne [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<div class="wprt-container"><figure id="attachment_37518" aria-describedby="caption-attachment-37518" style="width: 486px" class="wp-caption aligncenter"><a href="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2021/07/Monika-Luft-Arabska-awantura-okladka-Wyd.-LTW.jpg"><img fetchpriority="high" decoding="async" class="wp-image-37518 size-medium" src="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2021/07/Monika-Luft-Arabska-awantura-okladka-Wyd.-LTW-486x700.jpg" alt="Monika Luft 'Arabska awantura' - okladka (Wyd. LTW)" width="486" height="700" srcset="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2021/07/Monika-Luft-Arabska-awantura-okladka-Wyd.-LTW-486x700.jpg 486w, https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2021/07/Monika-Luft-Arabska-awantura-okladka-Wyd.-LTW-711x1024.jpg 711w, https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2021/07/Monika-Luft-Arabska-awantura-okladka-Wyd.-LTW-768x1106.jpg 768w, https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2021/07/Monika-Luft-Arabska-awantura-okladka-Wyd.-LTW-1066x1536.jpg 1066w, https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2021/07/Monika-Luft-Arabska-awantura-okladka-Wyd.-LTW.jpg 1333w" sizes="(max-width: 486px) 100vw, 486px" /></a><figcaption id="caption-attachment-37518" class="wp-caption-text">Monika Luft 'Arabska awantura&#8217; &#8211; okladka (Wyd. LTW)</figcaption></figure>
<p>Poniżej publikujemy wywiad z Moniką Luft, autorką książki „Arabska awantura. Od Emira Rzewuskiego do Krzysztofa Jurgiela” (Wydawnictwo LTW). Wywiad ukazał się w tygodniku „Do Rzeczy” (Nr 27/432, 5-11 lipca 2021), a przeprowadził go Tomasz Zbigniew Zapert. Bardzo rzadko sięgamy po publikacje innych mediów, ale ta wydała nam się wyjątkowo ciekawa. Zapraszamy!</p>
<h4>Czysta krew i brudne czyny</h4>
<p>Z Moniką Luft, dziennikarką, autorką powieści, rozmawia Tomasz Zbigniew Zapert</p>
<p><strong>TOMASZ ZBIGNIEW ZAPERT: Sowieci uznawali konie arabskie za wrogów ludu?</strong></p>
<p><strong>MONIKA LUFT:</strong> Zagłada stadnin kresowych była tematem tabu w czasach PRL. Cenzura wycinała wszelkie wzmianki o pożodze, a traktujące o tym dzieła literackie były zakazane. Opisywane niegdyś przez Zofię Kossak-Szczucką, a współcześnie przez Wiesława Helaka sceny napaści na dwory i pałace robią potworne wrażenie. Pod wodzą bolszewickich prowodyrów dokonywano dekapitacji ogierów, palono żywcem klacze ze źrebiętami – ten koszmar trudno sobie dzisiaj wyobrazić. Wkrótce jednak Sowieci zorientowali się, że konie czystej krwi arabskiej to prestiż i zarobek, zapragnęli zatem je hodować. W 1939 r. zrabowali całe janowskie stado – prócz jednej klaczy i młodych koni, które zagubiły się podczas wcześniejszej ewakuacji. Gdy Janów zajęli Niemcy, doszło do zgodnej współpracy obu okupantów. Do Tierska, dokąd trafiły janowskie araby, Niemcy wysłali polskiego pracownika stadniny, by zidentyfikował ukradzione konie. Chodziło o odtworzenie ich rodowodów. Słynna potem w świecie tierska stadnina stworzyła swą hodowlę w dużej mierze dzięki arabom uprowadzonym z Janowa.</p>
<p><strong>Burzy pani legendę o dobrych Niemcach zarządzających stadniną janowską podczas okupacji.</strong></p>
<p>Ten mit jest wyjątkowo silnie zakorzeniony. Stale przewija się w książkach i artykułach o Janowie. Do jego utrwalenia przyczynił się m.in. długoletni dyrektor stadniny w czasach PRL, Andrzej Krzyształowicz, który podczas wojny był koniuszym i prawą ręką ppłk. Hansa Fellgiebla, okupacyjnego zarządcy stadniny. Według niego Janów Podlaski był terenem neutralnym niczym Szwajcaria. Prezes stadniny z późniejszego okresu, Marek Trela, także podkreślał, że koniom i ludziom niczego podczas okupacji nie brakowało. Niestety, prawda wygląda mniej sielankowo. <br />
Po pierwsze, Niemcy wymordowali wszystkich Żydów, którzy odbudowywali stadninę po zniszczeniach wojennych roku 1939. Po drugie, rozstrzelali sześciu masztalerzy zaangażowanych w konspirację. Po trzecie, zarząd stadniny odtwarzał jej zasoby poprzez konfiskatę koni prywatnych hodowców. Po czwarte, realizowano zgodne z narodowosocjalistycznymi teoriami pomysły hodowlane Gustava Raua, do dziś zresztą uważanego za znakomitego znawcę koni. Po piąte, pod koniec wojny wywieziono wszystkie konie. Dużą część z nich udało się odzyskać, ale powrót stada do Polski nie był bynajmniej zasługą okupantów. Hans Fellgiebel na pewno kochał konie, ale raczej dość daleko mu było do filmowego Oskara Schindlera. A tak właśnie bywa najczęściej przedstawiany – jako dobroczyńca Polaków i koni arabskich.</p>
<p><strong>Jak hodowców arabów potraktowała Polska Ludowa?</strong></p>
<p>Wszystko zależało od tego, jaką przyjęli postawę. Tych, którzy nie wykazywali należytego entuzjazmu dla nowych porządków, represjonowano. Zasłużony znawca koni arabskich Bogdan Ziętarski – w czasach II Rzeczypospolitej pracujący dla księcia Sanguszki – musiał zadowolić się posadą kierownika źrebięciarni koni roboczych w jednym z PGR-ów. Hodowczyni Anna Bąkowska, której męża zamordowano w Katyniu, nie mogła znaleźć pracy. Ostatnie konie odebrano jej za symboliczną zapłatą. Wielu koniarzy uwięziono, np. Zygmunta Braura. Potem, dzięki niezwykłemu uporowi, jako jeden z kilku zaledwie prywatnych właścicieli, hodował w PRL araby. Hipologowi Edwardowi Skorkowskiemu, autorowi przedmowy do I tomu „Polskiej księgi stadnej koni arabskich”, gdzie opisał unicestwienie stadnin kresowych, utrudniano kontynuowanie pracy naukowej i uprzykrzano życie na wiele sposobów. Prezes Towarzystwa Hodowli Konia Arabskiego, Aleksander Paweł hr. Dzieduszycki, pełniący w dwudziestoleciu międzywojennym wiele ważnych funkcji państwowych, nękany przesłuchaniami przez UB, popełnił w 1947 r. samobójstwo.</p>
<p><strong>„Konny decydent” komunistów, Stanisław Arkuszewski, jawi się wyjątkowo złowrogo.</strong></p>
<p>O dziwo, to postać w kręgach „arabiarzy” odbierana nader pozytywnie. Niedawno były prezes stadniny michałowskiej Jerzy Białobok udzielił wywiadu, w którym stwierdził, że ten stalinowski dygnitarz na koniach się co prawda nie znał, ale za to na ludziach tak. Był m.in. protektorem Ignacego Jaworowskiego, długoletniego szefa stadniny w Michałowie. Z pistoletem w ręku wymuszał posłuch wśród urzędników i podwładnych. Jaworowski, wielki autorytet tego środowiska, nazwał go „opatrznościowym na owe czasy człowiekiem”. Arkuszewski sam chwalił się we wspomnieniach, że bronił „aktywu hodowlanego”. „Aktyw hodowlany” zachował więc o nim wdzięczną pamięć i złego słowa nie da o nim powiedzieć. Tymczasem Arkuszewski, komunista o krystalicznym z punktu widzenia ideologicznego życiorysie, członek PZPR i ORMO, a wcześniej kandydat i prawdopodobnie członek partii bolszewickiej, kościuszkowiec dwukrotnie udekorowany Orderem Czerwonej Gwiazdy, przyznawanym przez Prezydium Rady Najwyższej ZSRS, jednych wybronił, innych zaś, o nie mniejszych zawodowych kwalifikacjach, nie. Jego szczególne, nawet jak na czasy stalinowskie, metody obrony „aktywu hodowlanego”, do dziś znajdują wiernych zwolenników. W ubiegłym roku, podczas aukcji w Janowie Podlaskim, bloger, a niegdyś redaktor naczelny periodyku „Koń Polski”, zaatakował jednego z gości, wymierzając mu kilka ciosów pięścią w głowę. Dziennikarce, która zainteresowała się tym mocno bulwersującym wydarzeniem, oświadczył, że zaatakowany stoi „po złej stronie barykady”. Sądząc po komentarzach „wielbicieli arabów” w mediach społecznościowych, grupa ta ochoczo przyklaskuje stosowaniu rozwiązań siłowych wobec osób o innych poglądach. Dziedzictwo płk. Arkuszewskiego jest więc nadal żywe.</p>
<p><strong>Długoletnich zarządców Janowa Podlaskiego i Michałowa cechował konformizm?</strong></p>
<p>W przywoływanym wywiadzie Białobok przekonywał, że „komuniści mieli swoją racjonalność”. Dowodem na ich pragmatyzm miało być to, że zatrudniali ludzi o ziemiańskich rodowodach jako dyrektorów stadnin, np. Ignacego Jaworowskiego. Ta teza nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością. Ziemiańskie pochodzenie, czy też – częściej – uprzednia praca dla ziemian, nie stanowiły wystarczającej rekomendacji. Liczyła się przede wszystkim uległość wobec władzy, bądź czynne jej poparcie. Jeden z protegowanych Arkuszewskiego, Andrzej Krzyształowicz, syn byłego zarządcy folwarków należących do rodzin Dzieduszyckich, Potockich i Czartoryskich, był gorliwym działaczem lokalnej komórki PZPR. Wkrótce zresztą powstała nowa warstwa „ziemian” na państwowych etatach. Kazimierz Guziuk, obejmując stanowisko dyrektora Stada Ogierów w Białce w 1950 r., nie miał ukończonych siedmiu klas szkoły podstawowej, za to był członkiem PZPR i ORMO. Gdy w 1981 r. odchodził na emeryturę, kierowanie stadem przekazał swojemu synowi, który po pewnym czasie został prezesem, a niebawem także wstąpił w szeregi ORMO. Dziedziczność dyrektorskich posad w państwowych przedsiębiorstwach to osobliwe zjawisko wtedy i dzisiaj.</p>
<p><strong>Najwyższą cenę za araba w PRL zapłacił sowiecki agent wpływu i oszust?</strong></p>
<p>El Paso, którego sprzedaż opisuję w jednym z rozdziałów książki, to najdroższy polski ogier arabski – milion dolarów zaoferował za niego przed aukcją janowską w roku 1981 amerykański kupiec, Armand Hammer. Więcej uzyskano w późniejszych latach tylko za trzy klacze. Rolę Hammera jako sowieckiego agenta wpływu opisał amerykański dziennikarz śledczy Edward Jay Epstein. W polskiej prasie hipologicznej Hammera przedstawiano jako szlachetnego filantropa, wielbiciela koni arabskich i biznesmena, który odniósł oszałamiający sukces. Tymczasem zakup El Paso miał mu pomóc w bardzo konkretnych sprawach, w tym w zdobyciu poparcia administracji Ronalda Reagana. Amerykański prezydent, czemu trudno się dziwić, był niechętnie nastawiony do kontaktów z ludźmi kojarzonymi z sowieckimi operacjami szpiegowskimi. Hammer podjął więc piętrową grę. Wszedł w spółkę z innym milionerem, Davidem H. Murdockiem, zaangażowanym w zbieranie funduszy dla Partii Republikańskiej, a przy tym kolekcjonerem koni arabskich. Przez jakiś czas oddawali się tej pasji razem, goszcząc też na janowskiej aukcji. W końcu jednak Murdock zerwał współpracę. Po śmierci Hammera w 1990 r. bańka prysła. Okazało się, że jego biznesowe imperium przynosi gigantyczne straty. Dziś nikt – może poza Polską – nie wierzy już w jego gwiazdę.</p>
<p><strong>„Arabska awantura” rysuje niewesoły obraz sytuacji w państwowych stadninach koni arabskich. Czy znajdzie się jakiś Herakles, by oczyścić te stajnie Augiasza?</strong></p>
<p>Nie. Polityczna arabska awantura, która od 2016 r. osiąga nieznane wcześniej rozmiary, znajduje wsparcie we wpływowych mediach. Każdy, kto próbuje pokusić się o jakieś twórcze działania w stadninach państwowych, zostaje poddany ogromnej medialnej presji, musi też liczyć się z odwetem w postaci np. doniesień do prokuratury za rzekome, mocno nagłaśniane przewinienia. Na żadne „oczyszczenie” się nie zanosi także dlatego, że legendy i przeinaczenia „jedynie słusznej narracji” przysłoniły w tej dziedzinie rzeczywistość. Jak ujął to Kawafis w jednym z wierszy: „Wszyscy byli prześwietni – potężni i miłościwi. Działali przemyślnie i mądrze, a wszelkie ich dokonania były szczególne lub wielkie”. Tylko w takim duchu opowiadano tę historię. Czekałam na książkę, która przywróciłaby właściwe proporcje. W końcu musiałam sama podjąć się tego zadania.</p>
<p><strong>Wywiad dostępny jest tutaj:</strong> <a href="https://dorzeczy.pl/wywiady/190246/czysta-krew-i-brudne-czyny.html" target="_blank" rel="noopener">https://dorzeczy.pl/wywiady/190246/czysta-krew-i-brudne-czyny.html</a></p>
</div>]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Araby zapłakane deszczem</title>
		<link>https://polskiearaby.com/aktualnosci/19206-araby-zaplakane-deszczem</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Tomasz Zbigniew Zapert]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 17 Jun 2020 08:41:44 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://polskiearaby.pl/2020/06/17/araby-zaplakane-deszczem/</guid>

					<description><![CDATA[Pochmurny poranek. Wilgoć wisi w powietrzu. Srebrny mikrobus marki zapożyczonej od imienia narzeczonej Edmunda Dantesa alias hrabiego Monte Christo parkuje obok kolumnady gmachu Ministerstwa Rolnictwa.]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<div class="wprt-container"><figure id="attachment_19207" aria-describedby="caption-attachment-19207" style="width: 700px" class="wp-caption aligncenter"><a href="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/1-76.jpg"><img decoding="async" class="imported-arf_img_left imported-img imported-lightbox wp-image-19207 size-full" src="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/1-76.jpg" alt="fot. MRiRW" width="700" height="464" srcset="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/1-76.jpg 700w, https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/1-76-300x199.jpg 300w" sizes="(max-width: 700px) 100vw, 700px" /></a><figcaption id="caption-attachment-19207" class="wp-caption-text">fot. MRiRW</figcaption></figure>
<p>Pochmurny poranek. Wilgoć wisi w powietrzu. Srebrny mikrobus marki zapożyczonej od imienia narzeczonej Edmunda Dantesa alias hrabiego Monte Christo parkuje obok kolumnady gmachu Ministerstwa Rolnictwa. Konie mechaniczne mają dostarczyć grono dziennikarzy na konferencję ministra Jana Krzysztofa Ardanowskiego. Zorganizowaną w najsławniejszej stadninie kraju, a może i świata? Słowem – kierunek Janów Podlaski.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Zanim wyruszymy trzeba poddać się obrzędom obowiązującym podczas pandemii koronawirusa. Pojemnik z płynem odkażającym nie chce się otworzyć. Złośliwość rzeczy martwych, jak usprawiedliwiał własną niemoc pewien sędziwy Żyd w noc poślubną. Na szczęście drugi flakon okazuje się mniej oporny, toteż dłonie pasażerów już po chwili są zdezynfekowane. Teraz trzeba nałożyć gumowe rękawiczki. Niełatwe to, lecz się udaje. Jeszcze tylko maseczka zakrywająca usta oraz nos i w drogę.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><strong>Palce lizać!</strong></p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Kiedy po kilkudziesięciu minutach jazdy, urozmaiconej niejednym automobilowym zatorem, mijamy wreszcie rogatki Warszawy wita nas mgła. Gęstniejąca chyba z każdym kilometrem. Wkrótce krople z rozmaitą intensywnością wygrywają staccato na szyber dachu, a wycieraczki miarowo zgarniają wodę z przedniej szyby wehikułu. Pasażerowie drzemią tudzież zagłębiają się w wielorakiej ofercie swych iphonów. Mokra i śliska nawierzchnia wydłuża podróż. Udaje się jednak zdążyć na godzinę 10, o której zaplanowano briefing prasowy. Jest nawet jeszcze czas, aby napić się kawy – serwowanej na trzy sposoby – względnie herbaty, przegryzając ciasteczkami inkrustowanymi ćwiartkami prażonych jabłek. Palce lizać, chciałoby się rzec gdyby nie epidemia…</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Konferencja początkowo miała się odbyć pod chmurką, tuż obok padoku dla arabów. Aura wymusiła zmianę lokalizacji. Las kamer i mikrofonów, zarówno mediów prorządowych, jak i opozycyjnych, dumnie stał w holu hali. Po chwili pojawił się zarośnięty jegomość w skórzanych kapeluszu, kamizelce nałożonej na flanelową koszulę i dżinsowych spodnich, których nogawki nikły w butach z cholewami. Traper, tramp czy kto? Dopiero na drugi rzut rozpoznałem w nim ministra Jana Krzysztofa Ardanowskiego. Będziesz pan bogaty – przywołuje mi ktoś stary przesąd, dotyczący sytuacji, kiedy się kogoś nie rozpozna. Nie mam nic przeciwko temu, by zabobon się sprawdził.</p>
<p>&nbsp;</p>
<figure id="attachment_19208" aria-describedby="caption-attachment-19208" style="width: 700px" class="wp-caption aligncenter"><a href="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/2-54.jpg"><img decoding="async" class="imported-arf_img_right imported-img imported-lightbox wp-image-19208 size-full" src="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/2-54.jpg" alt="fot. MRiRW" width="700" height="464" srcset="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/2-54.jpg 700w, https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/2-54-300x199.jpg 300w" sizes="(max-width: 700px) 100vw, 700px" /></a><figcaption id="caption-attachment-19208" class="wp-caption-text">fot. MRiRW</figcaption></figure>
<p>Otoczony wianuszkiem przedstawicieli czwartej władzy – przymusowo odzianych w seledynowo-odblaskowe wdzianka z napisem Visitor, ornamentowane janowskim godłem – minister tłumaczył się ze swego, równie niekonwencjonalnego, ubioru. Jak przystało na dobrego rolnika, wszak tutejsza stadnina należy do skarbu państwa, podobno doglądał gospodarstwa. Jaki jest jego stan? Na to pytanie odpowiedział wyczerpująco już na siedząco. Częstokroć wspierając się tyleż sugestywnymi, co przekonywującymi cytatami.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><strong>PO-plony</strong></p>
<p>&nbsp;</p>
<p>“Sprawa stadniny koni w Janowie Podlaskim odżywa, gdy zaostrza się walka polityczna” – akcentował, zapewniając, iż stan zwierząt – nie tylko koni, także krów, kwaterujących w Janowie Podlaskim – jest dobry.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Dementował doniesienia mediów, jakoby dopiero po dymisji prezesa janowskiej stadniny Marka Treli (r. 2015), nastąpił jej upadek. “Sprawa jest wykorzystywana politycznie, widać to szczególnie teraz przed wyborami prezydenckimi” – podkreślał przywołując rezultaty kontroli przeprowadzonej ostatnio przez ekspertów z Państwowego Instytutu Weterynarii w Puławach oraz Instytutu Zootechniki w Krakowie, którzy uznali, iż: “nie ma tu złych warunków utrzymania zwierząt, nie ma sytuacji takiej, że jest upadek, tragedia bydła czy też koni (…) W strukturze tego stada znajdują się konie zarówno w bardzo dobrej kondycji i są również zwierzęta starsze, doczekujące swych dni. Te istotnie wyglądają źle. (…), lecz robienie z tego uogólnienia, jak tu się źle dzieje, jest wielkim łajdactwem” – nie krył oburzenia Ardanowski</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Przypomniał również zeszłoroczny raport kontroli NIK-u.  “Nie ma w nim słowa nieprawidłowości w zakresie opieki nad zwierzętami w Janowie Podlaskim, ani w zakresie sprawowania nad nią nadzoru właścicielskiego przez Krajowy Ośrodek Wsparcia Rolnictwa!”. Cytował listy protestacyjne miejscowych działaczy Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych oraz Zarządu Głównego Związku Zawodowego Pracowników Rolnictwa, stanowczo sprzeciwiających się hałaśliwie kolportowanym informacjom – plonu wiosennej wizyty w stadninie posłanek PO Doroty Niedzieli i Joanny Kluzik-Rostkowskiej – twierdzących, że stadninowy inwentarz jest skrajnie zaniedbany.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Tak olbrzymie gospodarstwo rolne – powierzchnia 1,7 tys. ha – przed rokiem 2015 także miało kłopoty – mówił minister – wskazując na raport Centralnego Biura Antykorupcyjnego, rezultaty kontroli NIK-u z 2016 r, a zwłaszcza wnioski z niejawnego dotychczas (dopiero teraz udostępnionego in extenso na str. in. Min Rol.) audytu firmy BDO (lipiec ’16). Zwracano tam m.in. uwagę na brak ewidencji i procedur dotyczących oddawania i przyjmowania koni w dzierżawę.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>„Tu są stare budynki, nie było inwestycji od wielu lat. Ostatni źle wykonany cielętnik w 2013 r., jest bez odpływu. Tu są dachy do naprawy, istnieje konieczność przebudowy jednej z obór” – wyjaśnił Ardanowski przyznając zarazem, iż prezesi, którzy zarządzali stadniną w Janowie Podlaskim po r. 2015 popełniali błędy, zaś stadnina nie była należycie nadzorowana.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><strong>Podkowy Klio</strong></p>
<p>&nbsp;</p>
<figure id="attachment_19209" aria-describedby="caption-attachment-19209" style="width: 700px" class="wp-caption aligncenter"><a href="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/3-42.jpg"><img loading="lazy" decoding="async" class="imported-arf_img_left imported-img imported-lightbox wp-image-19209 size-full" src="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/3-42.jpg" alt="fot. MRiRW" width="700" height="464" srcset="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/3-42.jpg 700w, https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/3-42-300x199.jpg 300w" sizes="(max-width: 700px) 100vw, 700px" /></a><figcaption id="caption-attachment-19209" class="wp-caption-text">fot. MRiRW</figcaption></figure>
<p>Wieści o katastrofalnym stanie hodowli koni janowskich pojawiły się również w mediach zagranicznych, co utrudni sprzedaż arabów i zapewne obniży ich ceny. „Ufam, iż ta zorganizowana akcja psucia wizerunku hodowli koni arabskich w Polsce i opowiadania kłamliwych rzeczy o stadninie w Janowie dobiega końca” – konkludował Ardanowski, który następnie wraz z lokalnym wójtem Leszkiem Chwedczukiem uczestniczył w uroczystym nadaniu imion źrebakom urodzonym niedawno w Janowie. Chętnie pozowały – razem ze swymi matkami – do obiektywów, potwierdzając obiegowe powiedzenie, że konie arabskie to urodzone modelki.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Pokaz może nie tyle mody, ile gracji i subordynacji, miał miejsce niebawem, gdy podziwialiśmy niebagatelne umiejętności siwego ogiera Barbarossa pod młodą amazonką. Oboje w beduińskich kreacjach, wspierani przez hoże czirliderki, przy tonach dynamicznej muzyki pokazali klasę, co się zowie.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Następnie minister przeciął wstęgę otwierając podwoje właśnie utworzonej lokalnej izbie pamięci – świetny pomysł! – i tyle go było. Kierowany przezeń resort nie ogranicza się przecież wyłącznie do hippiki…</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Po placówce prezentującej przeszło 200-letnie dzieje stadniny w Janowie Podlaskim, mówiąc nawiasem założonej z inicjatywy cara Aleksandra I, oprowadzała kustosz Alina Sobieszak (znana w branży jako Alina z Fejsbuka). Czegóż tam nie ma: fotografie, puchary, kotyliony, medale, dyplomy, siodła, obrazy… Ciekawe, że wydatnie zasłużył się stadninie Iwan Paskiewicz, kat Powstania Listopadowego. Z wierzchowcami z Janowa miał również do czynienia generał George Patton. Klio odcisnęła tu wyraźny ślad podkowy…</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Kolejny punkt programu stanowiła wizyta w stajni. Z racji dżdżystego dnia jej lokatorzy nie wyszli na podmokłe pastwisko. Aby zobaczyć cenne rumaki należało założyć odzież ochronną – pod postacią nieskazitelnie białego fartucha zapinanego na zatrzaski. W półmroku wypełniającym korytarz goście przykuwali, zatem wzrok mieszkańców boksów. Parskały, rżały, wierzgały, spoglądając na dziwnych przybyszów z niejakim zdumieniem. Celował w tym szczególnie derbista Severus.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Wizytę w Janowie wieńczył obiad. Można było język połknąć! Poczułem się niczym Stanisław Cat-Mackiewicz, którego wzorem wcinałem dwie zupy – pomidorową z makaronem oraz żurek z jajkiem – jednocześnie z dwu talerzy, dwiema łyżkami, oburącz! A potem, nie zważając na kalorie, równie łapczywie pasłem brzuch pierogami – z sarniną i ruskimi przede wszystkim – wspomagając się kapuścianą surówką i kompotem. Nie dziwota, iż droga powrotna upłynęła mi w nastroju sytej błogości. Którego i janowskiej stadninie życzę.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Agencja Informacyjna/polskiearaby.pl</p>
</div>]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Arab jest kwintesencją konia</title>
		<link>https://polskiearaby.com/ludzie-i-konie/33044-arab-jest-kwintesencja-konia</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[McVoy]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 13 Jul 2017 12:35:41 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Ludzie i Konie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://polskiearaby.pl/?p=33044</guid>

					<description><![CDATA[Taka jest konkluzja tej powieści. Lektury obowiązkowej nie tylko dla &#8222;lubowników&#8221; (ów termin autor przywołuje z językowego lamusa) rumaków czystej krwi. Krzysztof Czarnota dał już się poznać z dobrego pióra. Ma w dorobku kilka powieści, a niniejsza stanowi sui generis kontynuację &#8222;Niosącej radość&#8221; &#8211; swego czasu zajmującej czołowe pozycje na listach bestsellerów. Zresztą &#8222;Czarodzieje koni&#8221; wydają się mieć wszelkie [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<div class="wprt-container"><p>Taka jest konkluzja tej powieści. Lektury obowiązkowej nie tylko dla &#8222;lubowników&#8221; (ów termin autor przywołuje z językowego lamusa) rumaków czystej krwi.</p>
<p>Krzysztof Czarnota dał już się poznać z dobrego pióra. Ma w dorobku kilka powieści, a niniejsza stanowi <em>sui generis</em> kontynuację &#8222;Niosącej radość&#8221; &#8211; swego czasu zajmującej czołowe pozycje na listach bestsellerów. Zresztą <strong>&#8222;Czarodzieje koni&#8221;</strong> wydają się mieć wszelkie dane ku temu, by powtórzyć tamto osiągnięcie. Czarnota jest człowiekiem renesansu. Satyryk, kabareciarz, felietonista, ale także cyrkowiec (!), karateka (sic!), myśliwy (nie jest to dziś <em>en vogue</em>) oraz wędkarz (powiadają, iż sama fotografia złowionego przezeń okazu ważyła pięć kilogramów) i &#8211; <em>last but non least</em> &#8211; trener hipiki, hodowca arabów, uczestnik długodystansowych rajdów konnych.</p>
<p>Usiłujący rozwikłać zagadkę sprzed lat bohater &#8211; czy (i ewentualnie na ile) <em>alter ego</em> prozaika &#8211; podróżuje szlakiem stadnin, gdzie wykluwała się potęga polskiej hodowli najpiękniejszych z wierzchowców. Droga wiedzie przez Jarczowce, Taurów, Gumniska&#8230; Krajobraz nierzadko kłuje w oczy: &#8222;Najpierw komuna ze swoją paskudną stylistyką piętrowych domów z żużlowych pustaków, zwieńczonych płaskim kopertowym dachem, później kapitalizm, w którym każdy, kto miał pieniądze, budował, co chciał i jak chciał, spowodowały, że urokliwe niegdyś kresowe wioski wyglądają dzisiaj jak architektoniczny pierdolnik, bez ładu, składu i jakiejkolwiek koncepcji przestrzennej, o konsekwencji już nie wspominając&#8221;.</p>
<p>Wojtek, takie imię nosi narrator, przekroczywszy smugę cienia, porzucił wielkomiejski biznes i przeprowadził się, wraz z rodziną, czyli żoną weterynarz oraz progeniturą (&#8222;dzieci są cudowne, zwłaszcza kiedy śpią, powiedział ktoś mądry, i rzeczywiście jest w tym sporo prawdy&#8221;) na Zamojszczyznę. (&#8222;Żyjemy w miejscu, w którym jest najwięcej słonecznych dni w ciągu roku, mam na myśli oczywiście terytorium naszej ojczyzny.&#8221;)</p>
<p>Czas snuje się tam leniwie, króluje tradycja, a w stajniach rżą konie. Na grzbietach których żyjący w symbiozie z naturą bohater odbywa regularne przejażdżki. Najbardziej urokliwe jesienią: &#8222;Lubię tan czas, kiedy na naszych grabowo-bukowych lasach drzewa gubią liście i na ziemi tworzy się gruba, kolorowa pierzyna. Kiedy słońce przyświeci, a przymrozek wyciągnie wilgoć, liście zamieniają się w jedyny w swoim rodzaju instrument. Wystarczy wjechać na nie konno, a instrument ów zaczyna wydawać niesamowite dźwięki (&#8230;) do uszu jeźdźca docierają jakby szum morza, szemranie górskiego strumyka, szelest stepowych traw na wietrze&#8221;. (Tu mi się przypomniał Ryszard Filipski, które w stanie wojennym przeistoczył się z aktora i reżysera w koniarza, osiadłszy w&#8230; Zamojskiem).</p>
<p>Przypadkowe znalezisko wprowadza w ustabilizowaną egzystencję Wojtka zmianę. W zabytkowym siodle odnajduje tajemniczy raptularz. Do ustalenia tożsamości jego właściciela zdają się wieść ślady podków końskiej arystokracji z tabunów Wacława Rzewuskiego, Juliusza Dzieduszyckiego, Romana Sanguszki, Dionizego Trzeciaka.</p>
<p>O arabach Czarnota pisze <em>con amore</em>:<br />
&#8222;Muftaszara, biała jak śnieg, (&#8230;) wsławiła się niezwykle forsowną podróżą przez Wyżynę Anatolijską, gdzie w ciągu trzynastu dni pokonała pod emirem osiemset kilometrów w ciężkim, górzystym i kamienistym terenie&#8221; (&#8230;) Siwy w hreczce Merdżamkir uchodził za konia nie do zdarcia. &#8222;Do legendy przeszły też talenty myśliwskie ogiera, który z upodobaniem ścigał po podolskich stepach zające i wilki. Za tymi pierwszymi galopował ponoć z radością, rzucając głową i parskając na biednego szaraka. Za wilkiem szedł z położonymi uszami i wyszczerzonymi zębami, jakby zdając sobie sprawę z powagi sytuacji&#8221;. Step był synem pustynnego Koheylana, a &#8222;kiedy przestał służyć pod siodłem, rozpoczął niezwykle udaną karierę reproduktora&#8221;. Cieszył się specjalnymi względami szlachty: &#8222;Kiedy we dworze zebrało się zacne towarzystwo, poobiednią kawę zarządzano w ogrodzie, a wówczas wyprowadzano na trawnik ogiera, który chętnie przyjmował łakocie i pieszczoty&#8221;. Wiśniogniady Aghil-Aga, z rodu Kohejlan Adjuze, trafił do Polski poprzez renomowaną węgierską stadninę Babolna. &#8222;Kupiony przez hrabiego Sanguszkę za dziesięć tysięcy koron trafia na wołyńskie stepy, gdzie przez wiele lat rodzą się po nim znakomite konie (&#8230;) nigdy nie został już sprzedany i w glorii hodowlanej sławy zakończył żywot w sławuckim stadzie&#8221;.</p>
<p>Pisarz przybliża też sylwetki zasłużonych hodowców. Na przykład Wacława Rzewuskiego: &#8222;Był natchnieniem ówczesnych poetów. Juliusz Słowacki poświęcił mu utwór zatytułowany Duma o Wacławie Rzewuskim, spod pióra Adama Mickiewicza wyszedł poemat Farys. Ale jak dzisiaj wymagać wiedzy o Rzewuskim, skoro młodzież nie bardzo nawet kojarzy, kim był Mickiewicz&#8221;.</p>
<p>Nie jest to bynajmniej jedyny nader współczesny akapit w tej odwołującej się do przeszłości książce, czerpiącej &#8211; jak mniemam &#8211; z tomu gawęd Aleksandra Piskora &#8222;Siedem ekscelencji i jedna dama&#8221; oraz (co autor przyznaje) z zapisków generała Aleksandra Pragłowskiego, który &#8211; jeszcze w niższym stopniu &#8211; uczestniczył w bitwie pod Komarowem, gdzie 31 sierpnia 1920 roku doszło do ostatniego wielkiego starcia kawaleryjskiego w Europie. Konarmia Budionnego została rozbita przez konnicę dowodzoną przez pułkownika Rómmla.</p>
<p>To proza lekka, kształcąca, przenikliwa i fotogeniczna. Pozbawiona ckliwości, charakterystycznej dla &#8222;Zaklinacza koni&#8221;. Czy trafi na ekran? Może pomocny będzie Arkadiusz Pragłowski, krewny Aleksandra, zamiłowany koniarz, a jeszcze niedawno filmowy potentat spomiędzy Bałtyku i Tatr. Tylko że musi wrócić z Portugalii. Niekoniecznie w siodle.</p>
<p><strong>&#8222;Czarodzieje koni&#8221;, Krzysztof Czarnota, wyd. Zysk i S-ka, Poznań 2017, s. 312</strong></p>
</div>]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Pędzel z końskiego włosia. 3 lutego mija kolejna rocznica śmierci Juliusza Kossaka</title>
		<link>https://polskiearaby.com/ludzie-i-konie/4847-pedzel-z-konskiego-wlosia-3-lutego-mija-kolejna-rocznica-smierci-juliusza-kossaka</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[Tomasz Zbigniew Zapert]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 13 Jan 2016 15:57:24 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Ludzie i Konie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://polskiearaby.pl/2016/01/13/pedzel-z-konskiego-wlosia-3-lutego-mija-kolejna-rocznica-smierci-juliusza-kossaka/</guid>

					<description><![CDATA[Konie stanowią symbol twórczości JULIUSZA KOSSAKA. Często bywał w najsłynniejszych stadninach arabskich swej epoki: Sławucie, Jarczowcach, Gumniskach, Białej Cerkwi, Szamrajówce, Janiszówce i Uzinie. Ich lokatorzy stali się Kossakowym znakiem rozpoznawczym. ]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<div class="wprt-container"><figure id="attachment_4848" aria-describedby="caption-attachment-4848" style="width: 637px" class="wp-caption aligncenter"><a href="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/siwy_ogier.jpg"><img loading="lazy" decoding="async" class="imported-arf_img_left imported-img imported-lightbox wp-image-4848 size-full" src="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/siwy_ogier.jpg" alt="Juliusz Kossak: Siwy ogier (1844), akwarela; papier. Zdjęcie ze zbiorów Muzeum Okręgowego w Tarnowie" width="637" height="500" srcset="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/siwy_ogier.jpg 637w, https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/siwy_ogier-300x235.jpg 300w" sizes="(max-width: 637px) 100vw, 637px" /></a><figcaption id="caption-attachment-4848" class="wp-caption-text">Juliusz Kossak: Siwy ogier (1844), akwarela; papier. Zdjęcie ze zbiorów Muzeum Okręgowego w Tarnowie</figcaption></figure>
<p>Koń, towarzysz człowieka powszechnie używany przez wieki do prac agrarnych, transportowych i podróży, bywał obiektem zainteresowania artystów, chociaż przeważnie nie występował w roli wiodącej. W malarstwie polskim zmieniło się to dopiero za sprawą <strong>JULIUSZA KOSSAKA</strong> (1824–1899). Kto wie, czy tak by się stało, gdyby los nie zetknął malarza z końmi czystej krwi arabskiej. Honoriusz Balzac wyróżnił trzy synonimy piękna: <em>une jolie femme qui dance</em> (piękna kobieta w tańcu); <em>un pur sang en libérté</em> (czystej krwi rumak na wolności); <em>une frégate sous voiles</em> (fregata pod pełnymi żaglami). Ten drugi wzorzec estetyczny stał się wizytówką twórczości Kossaka, protoplasty rodu niezmiernie zasłużonego dla rodzimej kultury.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><strong>Karoca katalizatorem porodu</strong></p>
<p>&nbsp;</p>
<p>29 października 1824 roku Juliusz Kossak przyszedł na świat w Nowym Wiśniczu. Dlaczego akurat tam? Bo lekkomyślna ciężarna mama postanowiła wyjechać z osady Kniahinin nad górnym Sanem, do Krakowa. Podróż czterokonną karocą po wyboistych drogach podkarpackich przyspieszyła rozwiązanie. Szczęśliwie przejeżdżano w pobliżu Wiśnicza. Zrazu wprowadzono znachorkę, wkrótce dołączył do niej medyk, który przyjechał wierzchem. On to odebrał noworodka. Po kilkunastu godzinach, gdy tylko matka doszła po siebie, wróciła z nowo narodzonym synem w macierzyste strony, aby go ochrzcić. Dokonał tego w unickiej cerkwi pop. Kossakowie traktowali bowiem Rusinów jak Polaków, nie czyniąc różnicy między katolicyzmem rzymskim a jego grecką odmianą. Takie podejście sprawiło, że brzdąc od kolebki poznawał język polski na równi z ukraińskim.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Błogie dzieciństwo przerwała śmierć ojca konsyliarza (jak wtedy tytułowano sędziów) we Lwowie. Matka zajęła się wychowaniem piątki potomstwa. Juliusz miał bowiem dwie siostry i dwóch braci. Leon Kossak, po pobycie na syberyjskim zesłaniu za udział w powstaniu styczniowym, też dał się poznać jako malarz ze specjalnością batalistyczną. Władysław – uczestnik Wiosny Ludów na Węgrzech, wylądował na antypodach, w Australii, gdzie się ustatkował i założył rodzinę, inaugurując australijską gałąź Kossaków, której potomkowie do dziś żyją w Krainie kangurów.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><strong>Martwe modele</strong></p>
<p>&nbsp;</p>
<figure id="attachment_4850" aria-describedby="caption-attachment-4850" style="width: 626px" class="wp-caption aligncenter"><a href="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/carogrod.jpg"><img loading="lazy" decoding="async" class="imported-arf_img_right imported-img imported-lightbox wp-image-4850 size-full" src="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/carogrod.jpg" alt="Juliusz Kossak: Carogród (1875), akwarela; papier. Zdjęcie ze zbiorów Muzeum Okręgowego w Tarnowie" width="626" height="500" srcset="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/carogrod.jpg 626w, https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/carogrod-300x240.jpg 300w" sizes="(max-width: 626px) 100vw, 626px" /></a><figcaption id="caption-attachment-4850" class="wp-caption-text">Juliusz Kossak: Carogród (1875), akwarela; papier. Zdjęcie ze zbiorów Muzeum Okręgowego w Tarnowie</figcaption></figure>
<p>Już w czasach szkolnych (lwowski zakład edukacyjny zakonu bazylianów) Juliusz zasłynął zmysłem plastycznym. Konterfekty klasowych kolegów przyniosły mu mir pośród rówieśników, karykatury ciała pedagogicznego nierzadko zaś skutkowały odesłaniem do kąta, klęczeniem na grochu, a nawet karami cielesnymi, zapewne „wymierzanymi przez belfra miarowymi razami liniałem w dłonie delikwenta”, jak relacjonował XIX-wieczne sankcje pedagogiczne Wiktor Gomulicki we „Wspomnieniach niebieskiego mundurka” (1906). Bolesne uderzenia w ręce nie zniechęciły jednak czupurnego i krnąbrnego sztubaka do sięgania po ołówki i węgiel (za młodu używał tychże technik graficznych). Pierwszy sukces plastyczny odniósł w wieku 15 lat, po namalowaniu portretu siostry klasowego kolegi, osiemnastoletniej panny na wydaniu. Zadowolona ze swojego wizerunku, umówiła się z artystą in spe na randkę. Ba, pozwoliła pozwoliła się nawet pocałować!</p>
<p>
Zainteresowania sztuką nie porzucił Juliusz wraz z wstąpieniem, za sprawą kategorycznego nakazu matki, na fakultet prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Zamiast jednak ślęczeć nad paragrafami, kuć na blachę starorzymskie paremie i słuchać wykładów jurystycznych, wolał odwiedzać miejskie rzeźnie (!). Szkicował tam na arkuszach anatomię zwierząt, w pierwszym rzędzie koni, które potem podsuwał swemu – a także Artura Grottgera – mentorowi malarskiemu, Janowi Maszkowskiemu (1793–1865). Jak po latach opowiadał Stanisławowi Witkiewiczowi: „Właśnie w takiej nieco makabrycznej scenerii nauczyłem się precyzyjnego odtwarzania wszelakich elementów budowę konia charakteryzujących”. Wszelako nie zdawał sobie wówczas jeszcze sprawy, że właśnie ów czworonożny model zagwarantuje mu sławę ponadczasową. Chociaż od śmierci Juliusza minęło już 117 lat, wciąż jest on w Polsce końskim portrecistą numer jeden.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><strong>Kresowe klany</strong></p>
<p>&nbsp;</p>
<figure id="attachment_4852" aria-describedby="caption-attachment-4852" style="width: 310px" class="wp-caption aligncenter"><a href="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/lancut1-kd.jpg"><img loading="lazy" decoding="async" class="imported-arf_img_left imported-img imported-lightbox wp-image-4852 size-full" src="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/lancut1-kd.jpg" alt="Łańcut, fot. Krzysztof Dużyński" width="310" height="500" srcset="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/lancut1-kd.jpg 310w, https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/lancut1-kd-186x300.jpg 186w" sizes="(max-width: 310px) 100vw, 310px" /></a><figcaption id="caption-attachment-4852" class="wp-caption-text">Łańcut, fot. Krzysztof Dużyński</figcaption></figure>
<p>Znudzony prawem, porzucił studia, zerwał więzi z nieakceptującą tego postanowienia rodziną i zaczął żyć na własny rachunek. Utrzymanie gwarantował mu pędzel. Zrazu ponoć z końskiego włosia. Tułał się z paletą po dworach i folwarkach Wołynia, Podola i Pokucia. Prócz skromnego wynagrodzenia – za malunki szlagonów, psów, koni, sadyb i krajobrazów – otrzymywał darmowy wikt, nocleg i opierunek.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Mołojecka sława zuchwałego artysty pęczniała dzięki protekcji. Jak pisze Stefania Krzysztofowicz-Kozakowska („Kossakowie”), w 1844 Juliusz został zaproszony przez Alfreda Potockiego na wielkie polowanie par force w Łańcucie. Zilustrował je rok później. Z tego samego roku pochodzi „Siwa klacz Szaytanka” i „Ogier arabski z Beduinem”. Pobyt w Łańcucie zaowocował dalszymi koneksjami. Kazimierz Dzieduszycki z Niesłuchowa poznał Juliusza z Władysławem Rozwadowskim z Rajtarowic, ten skierował młodziana do Medyki, gdzie gospodarował Jan Gwalbert Pawlikowski, a ów zaznajomił go z Leonem Rzewuskim z Podhorców. Wszystkim przypadł do gustu nie tylko z racji artystycznych, lecz także towarzyskich. Okazał się doskonałym kompanem zarówno do polowań, jak i hulanek.</p>
<figure id="attachment_4854" aria-describedby="caption-attachment-4854" style="width: 700px" class="wp-caption aligncenter"><a href="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/lancut2-kd.jpg"><img loading="lazy" decoding="async" class="imported-arf_img_right imported-img imported-lightbox wp-image-4854 size-full" src="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/lancut2-kd.jpg" alt="Łańcut, fot. Krzysztof Dużyński" width="700" height="498" srcset="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/lancut2-kd.jpg 700w, https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/lancut2-kd-300x213.jpg 300w" sizes="(max-width: 700px) 100vw, 700px" /></a><figcaption id="caption-attachment-4854" class="wp-caption-text">Łańcut, fot. Krzysztof Dużyński</figcaption></figure>
<p>Ziemianie chętnie go zapraszali. Usiłowali się nawet złożyć na stypendium gwarantujące Juliuszowi zagraniczne studia malarskie, lecz zebrano zbyt małą kwotę. Na szczęście, akurat powrócił do rodowych Bolestraszyc Piotr Michałowski (1800–1855), który uznawszy prace gołowąsa za obiecujące, postanowił udzielać mu malarskich korepetycji.</p>
<p>&nbsp;</p>
<figure id="attachment_4856" aria-describedby="caption-attachment-4856" style="width: 700px" class="wp-caption aligncenter"><a href="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/cmentarz-1.jpg"><img loading="lazy" decoding="async" class="imported-arf_img_left imported-img imported-lightbox wp-image-4856 size-full" src="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/cmentarz-1.jpg" alt="Jarczowce. Grobowiec rodziny Dzieduszyckich. Fot. Krzysztof Czarnota" width="700" height="394" srcset="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/cmentarz-1.jpg 700w, https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/cmentarz-1-300x169.jpg 300w" sizes="(max-width: 700px) 100vw, 700px" /></a><figcaption id="caption-attachment-4856" class="wp-caption-text">Jarczowce. Grobowiec rodziny Dzieduszyckich. Fot. Krzysztof Czarnota</figcaption></figure>
<p>Kto wie jednak, czy konie zdominowałyby dorobek Juliusza, gdyby nie Dzieduszyccy. Rozgałęziony, wielce zasłużony dla ojczyzny ród kresowy, władający latyfundiami, którego – jak to ujął Roman Aftanazy – „konikiem były araby”. Ozdobę ich stajni w Jarczowcach stanowiły (nierzadko warte fortunę) rumaki czystej krwi, sprowadzane głównie z Azji Mniejszej. Nie była to jednak lokata kapitału. Raczej zaspokajanie fanaberii.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><strong>Stajenna łacina</strong></p>
<p>&nbsp;</p>
<figure id="attachment_4858" aria-describedby="caption-attachment-4858" style="width: 612px" class="wp-caption aligncenter"><a href="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/mlecha-3.jpg"><img loading="lazy" decoding="async" class="imported-arf_img_right imported-img imported-lightbox wp-image-4858 size-full" src="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/mlecha-3.jpg" alt="Juliusz Kossak: Mlecha (1845). Obraz jest własnością SK Janów Podlaski. Fot. Krzysztof Dużyński" width="612" height="500" srcset="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/mlecha-3.jpg 612w, https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/mlecha-3-300x245.jpg 300w" sizes="(max-width: 612px) 100vw, 612px" /></a><figcaption id="caption-attachment-4858" class="wp-caption-text">Juliusz Kossak: Mlecha (1845). Obraz jest własnością SK Janów Podlaski. Fot. Krzysztof Dużyński</figcaption></figure>
<p>Wagabunda i ekscentryk Juliusz Dzieduszycki sprowadził w 1845 roku zakupiony od beduinów tabun arabów, miedzy innymi klacze matki, które przeszły do historii – <strong>Mlechę</strong>, <strong>Gazellę</strong> i <strong>Saharę</strong>. Zamieszkały w sąsiadującej z salonem stajni, której ściany pokryte były kryształowymi lustrami, a podłogi kobiercami perskimi. Od czasu do czasu bywał we Lwowie, aby się „odchamić”, jak to prostolinijnie ujmował. Któregoś razu siedział w tamtejszej łaźni i przysłuchiwał się rozmowom studentów. Jeden z nich rzucił mimochodem: „Szkoda, że nie ma z nami Julka, pięknie by nas namalował&#8230;”. Na co inny odpowiedział, że przecież Julek tylko konie maluje. Kossak miał wówczas 21 lat i tak rozpoczęła się jego wielka kariera: za uwiecznianie pędzlem swego stada Dzieduszycki dał mu dach na głową oraz wypłacał gażę.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Dwóch Juliuszów związała przyjaźń i temperament. „Mieszkali tak, jak przystało na prawdziwych epikurejczyków. Zmęczony całodziennym uganianiem się na koniu Dzieduszycki zapalał fajkę, kładł się w stajni na dywanie i czytywał klasyków łacińskich. Szczególnie lubił «Ody» Horacego. Carpe diem! – to był rozkoszny sens życia (&#8230;) Wieczorem przyjeżdżali znajomi oraz krewni. W pałacu zbierało się doborowe towarzystwo. Pili doskonałe wino, rozmawiali o koniach i kobietach, potem dopiero o polityce, żartowali z siebie nawzajem&#8230; Jeszcze zabawiali się wesoło, a już dworskie dziewuchy myły w łaźni przybyłe z wiosek dziewczęta, które w nocy miały dzielić łoża z «panami». Amatorek nie brakowało, ponieważ od hojnych panów otrzymywały za swoją miłosną uprzejmość sowite wynagrodzenie. O świcie chwilowe kochanki wracały do nędznych, wiejskich chałup, zachwycone wiejskim przepychem i uradowane paroma monetami, na które zwykle niecierpliwie oczekiwali ojcowie, bracia, a nawet mężowie” – pisał Aleksander Piskor w książce „Siedem ekscelencji i jedna dama”.</p>
<p>&nbsp;</p>
<figure id="attachment_4860" aria-describedby="caption-attachment-4860" style="width: 631px" class="wp-caption aligncenter"><a href="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/Szaytanka-1.jpg"><img loading="lazy" decoding="async" class="imported-arf_img_left imported-img imported-lightbox wp-image-4860 size-full" src="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/Szaytanka-1.jpg" alt="Juliusz Kossak: Szaytanka (1844), papier, akwarela, gwasz. Zdjęcie ze zbiorów Muzeum Okręgowego w Tarnowie" width="631" height="500" srcset="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/Szaytanka-1.jpg 631w, https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/Szaytanka-1-300x238.jpg 300w" sizes="(max-width: 631px) 100vw, 631px" /></a><figcaption id="caption-attachment-4860" class="wp-caption-text">Juliusz Kossak: Szaytanka (1844), papier, akwarela, gwasz. Zdjęcie ze zbiorów Muzeum Okręgowego w Tarnowie</figcaption></figure>
<p>Dziedzic, niedoszły lekarz, zwrócił uwagę Kossaka na końską anatomię. Dopiero gdy młody malarz gruntownie ją poznał, wierzchowce na jego płótnach nabrały cech życia, a z czasem zaczęły się nawet wdzięczyć do widzów. Czy pomogła w tym bytność obydwu Julków na lwowskim torze wyścigowym? W 1845 roku stali się tam świadkami – jak zapisał kronikarz Józef Skarbek-Borowski – „strasznej tragedii”. „Czy zjazd był tak liczny, czy w letnie upały zgrzanym sportsmenom pić się tak chciało, fakt zapisany w kronikach miasta, że brakło wina szampańskiego we Lwowie! (&#8230;) Konnych gońców rozsyłają po dworach szlacheckich, wypróżniają piwnice i ratują gród od strasznej klęski posuchy&#8230;”</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Rabacja galicyjska Jakuba Szeli (1846), powstanie krakowskie Edwarda Dembowskiego (1846), a następnie Wiosna Ludów zakończyły beztroski czas w życiu malarza. Dopiero przeszło trzy dekady później odbył sentymentalną podróż po wschodnio-galicyjskiej prowincji, której pejzaż, pomimo zniesienia pańszczyzny i rozwoju przemysłu, zmienił się bardzo niewiele. Po stepach ciągle galopowały stada koni. W tym najpiękniejsza ich wersja. Arabska.</p>
<p>&nbsp;</p>
<figure id="attachment_4862" aria-describedby="caption-attachment-4862" style="width: 427px" class="wp-caption aligncenter"><a href="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/Portret_Eustachego_Erazma_Sanguszki.jpg"><img loading="lazy" decoding="async" class="imported-arf_img_right imported-img imported-lightbox wp-image-4862 size-full" src="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/Portret_Eustachego_Erazma_Sanguszki.jpg" alt="Juliusz Kossak: Portret Eustachego Erazma Sanguszki (1871), technika olejna; płótno. Zdjęcie ze zbiorów Muzeum Okręgowego w Tarnowie" width="427" height="500" srcset="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/Portret_Eustachego_Erazma_Sanguszki.jpg 427w, https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/Portret_Eustachego_Erazma_Sanguszki-256x300.jpg 256w" sizes="(max-width: 427px) 100vw, 427px" /></a><figcaption id="caption-attachment-4862" class="wp-caption-text">Juliusz Kossak: Portret Eustachego Erazma Sanguszki (1871), technika olejna; płótno. Zdjęcie ze zbiorów Muzeum Okręgowego w Tarnowie</figcaption></figure>
<p>Kossak, którego w malarskie arkana wprowadzał Piotr Michałowski, też właściciel stadniny, początkowo posługiwał się techniką akwareli. Po zgłębieniu wiedzy malarskiej – w czym pomogły godziny spędzone w petersburskich galeriach, podróże na Węgry i do Wiednia, obfitujące w obcowanie ze sztuką, a zwłaszcza gruntowne studia malarskie w Paryżu, gdzie znalazł mentora i przyjaciela w osobie Horacego Verneta (1789–1863), niezrównanego batalisty – zaczął używać farb olejnych. Lecz zanim do tego doszło, Kossak skosztował innych technik ilustracyjnych. Zapoznał się z dagerotypią, jak w chwili narodzin definiowano fotografię. Aby udoskonalić ówczesne zdjęcia masowo stosowano retusze. I tym zajął się przyszły „ułan z pędzlem”, jak nazywał go generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski*, w stołecznym zakładzie Józefa Giwartowskiego. Nie było to jedyne źródło utrzymania Juliusza. Dorabiał do domowego budżetu jako ilustrator książek, a także prasy stołecznej: „Kłosów”, „Przeglądu Tygodniowego”, „Przyjaciela dzieci”. Kilka lat spędzonych na warszawskim bruku, gdzie skrył się po udziale w galicyjskim epizodzie Wiosny Ludów, zaowocowało koneksjami ze studentami stołecznej Akademii Sztuk Pięknych: braćmi Maksymilianem i Aleksandrem Gierymskimi, Józefem Brandtem, Henrykiem Siemiradzkim. Znajomości kontynuował potem w monachijskich bierstubach, dyskutując tam po zajęciach u Franza Adama, wykładowcy w mekce malarstwa drugiej połowy XIX stulecia, bawarskiej Akademii Sztuk Pięknych.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Po powstaniu styczniowym (1863), chcąc uniknąć edukacji potomstwa w zrusyfikowanych przez carskiego zaborcę szkołach, przeprowadził się wraz z rodziną do Krakowa. Zakotwiczyli w dworku z czasem zwanym Kossakówką, progi którego wielokroć przekraczały tuzy polskiej kultury: Adam Asnyk, Stefan Żeromski, Stanisław Witkiewicz, Henryk Sienkiewicz, Teofil Lenartowicz, Henryk Rodakowski, Józef Chełmoński, Wojciech Gerson, Jan Matejko, Jacek Malczewski.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><strong>Leitmotiw na czterech kopytach</strong></p>
<p>&nbsp;</p>
<figure id="attachment_4864" aria-describedby="caption-attachment-4864" style="width: 431px" class="wp-caption aligncenter"><a href="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/Portret_Wladyslawa_Hieronima_Sanguszki.jpg"><img loading="lazy" decoding="async" class="imported-arf_img_left imported-img imported-lightbox wp-image-4864 size-full" src="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/Portret_Wladyslawa_Hieronima_Sanguszki.jpg" alt="Juliusz Kossak: Portret Władysława Hieronima Sanguszki (1872), technika olejna; płótno. Zdjęcie ze zbiorów Muzeum Okręgowego w Tarnowie" width="431" height="500" srcset="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/Portret_Wladyslawa_Hieronima_Sanguszki.jpg 431w, https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/Portret_Wladyslawa_Hieronima_Sanguszki-259x300.jpg 259w" sizes="(max-width: 431px) 100vw, 431px" /></a><figcaption id="caption-attachment-4864" class="wp-caption-text">Juliusz Kossak: Portret Władysława Hieronima Sanguszki (1872), technika olejna; płótno. Zdjęcie ze zbiorów Muzeum Okręgowego w Tarnowie</figcaption></figure>
<p>Konie stanowią symbol twórczości Juliusza Kossaka (jego syna Wojciecha i wnuka Jerzego także; ten ostatni – zdaniem córki – niekiedy kopiował prace przodków). Rumaki były obecne w scenach rodzajowych, obyczajowych, historycznych, batalistyce, wizerunkach arystokracji i ziemiaństwa (Fredrów, Gniewoszów, Tyszkiewiczów, Branickich, Lipskich, Morstinów, Potockich, Sanguszków). Często bywał w najsłynniejszych stadninach arabskich swej epoki: Sławucie, Jarczowcach, Gumniskach, Białej Cerkwi, Szamrajówce, Janiszówce i Uzinie. Ich lokatorzy stali się Kossakowym znakiem rozpoznawczym. Nierzadko niezmiernie zresztą konkretnym, czego dobitnym dowodem poczet rumaków arabskich – ozdób zabużańskich stad: „Koń kasztan Carogród”, „Siwy ogier arabski Obejan”, „Koń Oleś”, „Siwa klacz Gulda” czy bodaj najsławniejszy „Farys”.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Ogier ze strzałką na czole i białymi skarpetkami przeskakuje koński szkielet leżący na ogarniętej zapadającymi ciemnościami pustyni. Niesie w siodle ubranego w galabiję jeźdźca, składającego się do strzału z łuku. Pościg, którego się domyślamy, nie jest jedynym zagrożeniem. Jałowy krajobraz urozmaicają kołujące na nieboskłonie sępy oraz kłęby kurzu, zwiastujące piaskową burzę.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Akwarela powstała w roku 1881 z inspiracji wierszem Adama Mickiewicza „Farys, kasyda na cześć emira Tadż-ul-Fechra ułożona, Janowi Kozłow na pamiątkę przypisana” (1828). Poeta dedykował utwór hrabiemu Wacławowi Rzewuskiemu, który w 1817 r. na czele orszaku Kozaków, w towarzystwie lekarza, sekretarza, tłumacza i weterynarza wyruszył na orientalną wyprawę w poszukiwaniu koni czystej krwi arabskiej. Chciał nimi obdzielić stadniny cara Aleksandra I, królowej Wirtembergii oraz własną, w Sawraniu na Podolu. Ekspedycja, poprzez Bałkany i Konstantynopol, dotarła do Aleppo. Stamtąd skierowała się ku Libanowi, Syrii, Jordanii, by po wielu niebezpiecznych przygodach i zabawnych perypetiach dotrzeć do Półwyspu Arabskiego. Rzewuski zaskarbił sobie zaufanie, w końcu i przyjaźń przywódców wielu szczepów beduińskich, uczestniczył nawet w ich wyprawach wojennych. Beduini nadali mu zaszczytny tytuł Tadż Fahr Abd el Nischaane („Wieniec Sławy”) i doprowadzili do kolebki rasy arabskiej, tam gdzie nie postała stopa Europejczyka. Hrabia nabył stado liczące przeszło sto koni i większość z nich zdołał dowieść na rusińskie stepy. Ów tabun stanowił zaczyn polskiej hodowli koni czystej krwi, która szybko stała się naszym znakiem firmowym. Juliusz Kossak bacznie śledził jej rozwój, dokumentując przy pomocy palety i sztalugi kolejne jej etapy.</p>
<p>&nbsp;</p>
<figure id="attachment_4866" aria-describedby="caption-attachment-4866" style="width: 700px" class="wp-caption aligncenter"><a href="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/bagdad-6.jpg"><img loading="lazy" decoding="async" class="imported-arf_img_right imported-img imported-lightbox wp-image-4866 size-full" src="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/bagdad-6.jpg" alt="Juliusz Kossak: Bagdad (1890). Obraz jest własnością prywatną. Fot. Krzysztof Dużyński" width="700" height="469" srcset="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/bagdad-6.jpg 700w, https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/bagdad-6-300x201.jpg 300w" sizes="(max-width: 700px) 100vw, 700px" /></a><figcaption id="caption-attachment-4866" class="wp-caption-text">Juliusz Kossak: Bagdad (1890). Obraz jest własnością prywatną. Fot. Krzysztof Dużyński</figcaption></figure>
<p>Inne znamienite płótno artysty przedstawia ogiera <strong>Bagdad</strong>. Jak pisał w roku 1904 r. Stefan Bojanowski („Sylwetki koni orientalnych i ich hodowców”): „Juliusz Dzieduszycki dostał od ojca Kazimierza na kupno pełny trzos dukatów w złocie, zabrał wszystkie swoje pieniądze i pojechał powozem czterema cugowymi końmi do Lwowa. Zobaczywszy Bagdada tak się zapalił, że dał za niego wszystkie dukaty, które od ojca otrzymał, i te, które ze swojej zabrał szkatuły, a było ich podobno dość sporo, sprzedał cztery konie, powóz, dery i bat bogato srebrem okuty, ażeby żądaną za konia uzupełnić sumę i sam na Bagdadzie do Jarczowiec wierzchem przyjechał, a furman pieszo do domu powrócił”.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Syn Bagdada i Gazelli or.ar. <strong>Pielgrzym</strong> 1851 sprzedany został do stadniny w Babolnie, gdzie jego imię zmieniono na Bagdady. I taki podpis figuruje na owym obrazie, ale podobno nie odpowiada prawdzie. Malarz przebywał w Jarczowcach w latach 40. XIX wieku, a więc w czasie, gdy był tam i Bagdad, u schyłku życia zaś (wedle Kazimierza Olszańskiego, autora monografii „Juliusz Kossak”), artysta malował z pamięci, powtarzając dawne motywy. Tym samym możemy domniemywać, iż portret Bagdada znajdujący się dziś w rękach prywatnych, rzeczywiście przedstawia ogiera, sprzedanego Juliuszowi Dzieduszyckiemu.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Spuścizna Juliusza stanowi de facto kolosalny zbiorowy obraz wielkości i piękna kultury rycerskiej i szlacheckiej. Oraz – co niemniej istotne – Polski konnej.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p><strong>Spod młotka na ściany</strong></p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Warsztatowe walory dorobku Kossaka, ich patriotyczny rezonans, jeszcze za życia (co wcale nie takie częste) zagwarantowały artyście estymę i splendor. A końskie malowidła na zamówienie zapewniły fortunę. Kossakówka stała się prawdziwym salonem elit artystycznych Krakowa i Galicji. Ambicją zaś niejednego nuworysza było powieszenie konnej akwareli Juliusza w saloniku lub gabinecie. I tak jest do dziś.</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>Sceny konne i kompozycje batalistyczne Juliusza Kossaka nieodmiennie emocjonują kolekcjonerów. Od pierwszych aukcji sztuki wyceniane są wysoko. „Farysa” wylicytowano w Agrze z wyw. 39 tys. do 50 tys., a „Zaprzęg czterokonny” (41 x 79,5), przed laty ozdoba zbioru ordynata chorostkowskiego hr. Wilhelma Siemieńskiego-Lewickiego, osiągnęła zaś pod młotkiem 70 tys. (z wyw. 60 tys.).</p>
<p>&nbsp;</p>
<p>&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8212;&#8211;<br />
*Romuald Romański „Generał Bolesław Wieniawa-Długoszowski. Polityk czy lew salonowy?”, wyd. WSiP</p>
<p>&nbsp;</p>
<p style="text-align: right;"><a href="/dokumenty/ludzie_i_konie/66/Bibliografia.pdf" target="_blank" rel="noopener noreferrer">Pobierz bibliografię w formacie .pdf</a></p>
<p>Czytaj także:</p>
<p><a href="/ludzie-i-konie/4775-wybralem-kawalek-wlasnej-ziemi-wolnosc-i-konie" target="_blank" rel="noopener noreferrer">Wybrałem kawałek własnej ziemi, wolność i konie. Wywiad z prof. Andrzejem Strumiłłą</a></p>
<p><a href="/ludzie-i-konie/4635-jarczowce-sladami-mlechy-gazelli-i-sahary" target="_blank" rel="noopener noreferrer">Jarczowce. Śladami Mlechy, Gazelli i Sahary</a></p>
<p><a href="/ludzie-i-konie/4433-zofia-kossak-szczucka-byc-biernym-to-wspoluczestniczyc-w-zlu" target="_blank" rel="noopener noreferrer">Zofia Kossak-Szczucka: Być biernym, to współuczestniczyć w złu</a></p>
<p><a href="/ludzie-i-konie/4414-kim-byl-gliocco-sprzedawca-bagdada" target="_blank" rel="noopener noreferrer">Kim był Gliocco, sprzedawca Bagdada</a></p>
<p><a href="/ludzie-i-konie/4081-kon-ktory-nie-spi" target="_blank" rel="noopener noreferrer">Koń, który nie śpi. Rozmowa z prof. Ludwikiem Maciągiem</a></p>
<p>&nbsp;</p>
<p style="text-align: right;"><a href="/dokumenty/czytelnia/66/Juliusz_Kossak.pdf" target="_blank" rel="noopener noreferrer">Artykuł w wersji angielskiej do pobrania jako PDF»</a></p>
</div>]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Rżenie Bałałajki</title>
		<link>https://polskiearaby.com/ludzie-i-konie/32981-rzenie-balalajki</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[McVoy]]></dc:creator>
		<pubDate>Wed, 09 Dec 2009 12:56:16 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Ludzie i Konie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://polskiearaby.pl/?p=32981</guid>

					<description><![CDATA[W rodowodach polskich arabów często powtarza się nazwa Kraśnica. Chociaż ta stadnina istniała niespełna dekadę (de facto normalnie funkcjonowała jedynie w latach 1935-1939), wyhodowano w niej klacz Bałałajka, matkę Baska, bodaj najsławniejszego arabskiego ogiera w historii. Zajmująco opowiada o tym Aleksandra Ziółkowska-Boehm w książce „Dwór w Kraśnicy i hubalowy Demon”. Starannie opracowany graficznie – przez Janusza [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<div class="wprt-container"><p>W rodowodach polskich arabów często powtarza się nazwa Kraśnica. Chociaż ta stadnina istniała niespełna dekadę (de facto normalnie funkcjonowała jedynie w latach 1935-1939), wyhodowano w niej klacz <strong>Bałałajka</strong>, matkę Baska, bodaj najsławniejszego arabskiego ogiera w historii. Zajmująco opowiada o tym Aleksandra Ziółkowska-Boehm w książce „Dwór w Kraśnicy i hubalowy Demon”.</p>
<p>Starannie opracowany graficznie – przez Janusza Bareckiego – tom reportaży dawnej sekretarki Melchiora Wańkowicza relacjonuje losy reprezentantów spokrewnionych rodów szlacheckich: Krasickich, Ossowskich oraz Jaxa-Bąkowskich. Właśnie potomek tego ostatniego klanu, herbu Gryf – Jerzy, o którego pomorskich protoplastach wzmiankował już Jan Długosz, założył kraśnicką stadninę wiosną roku 1935, zakupując do niej dwie klacze ze stadniny Kłębno – kasztanki <strong>Łyskę</strong> (1914) oraz <strong>Łysą</strong> (1915), obie czystej krwi, a także Elkandę II, Bajkę II oraz Dżami II, mające mezalianse w rodowej przeszłości. Jak wspomina córka Jerzego, Ewa: „Stadnina liczyła tylko dwie matki czystej krwi i trzy chowane w czystości krwi, jednak ogółem znajdowało się tam około 50-60 koni (cugowych i roboczych). Pierwszym ogierem, który zaczął kryć w Kraśnicy był cenny Ibn Mahomet, kasztan (1935). Zaawansowane wiekiem klacze czystej krwi arabskiej nie pracowały; staruszki spacerowały po okólniku same lub ze źrebakami (&#8230;) Natomiast te chowane w czystości krwi traktowane były jak cugowe – Niezabudka, Bajeczka, Ilonka. Wszystkie klacze, nie tylko arabki, kryte były ogierami czystej krwi arabskiej (&#8230;) Dlatego konie nasze były bardzo podrasowane i bardzo piękne. Okoliczni gospodarze, wzorując się na dworze, kupowali od nas źrebaki i w ten sposób poprawiał się stan koni w okolicy.”</p>
<p>Dwa lata później do stadniny trafił z Bogusławic <strong>Amurath Sahib</strong> (1932). Ten doskonały siwy reproduktor najpierw został ojcem ogiera <strong>Legion </strong>(1938), a trzy lata później <strong>Iwonka III </strong>urodziła mu córkę, nazwaną Bałałajka, która – wedle legendy – imię zawdzięczała charakterystycznemu źrebięcemu rżeniu przypominającemu masztalerzom dźwięki orientalnego instrumentu.</p>
<p>Wkrótce po narodzinach przyszłej matki Baska do Kraśnicy przybyła niemiecka komisja hipologiczna. I zabrała ją wraz z matką do stadniny w Janowie Podlaskim. Niebawem Bałałajka została sierotą, gdyż jej rodzicielkę ekspediowano w głąb III Rzeszy, gdzie powiła dwóch synów ogierowi Witaź II. Zarówno <strong>Wiwat </strong>(1944), jak i <strong>Wiktor</strong> (1945) po wojnie biegały na torze służewieckim. Natomiast ich matka, którą zauroczył się najsławniejszy amerykański dowódca na frontach II wojny światowej (przynajmniej w Europie), marszałek George Patton, zapalony koniarz, przeprowadziła się za Atlantyk, tworząc podwaliny amerykańskiej hodowli koni czystej krwi arabskiej.</p>
<p>„Szarosiwa Bałałajka, pełna słodyczy, o jedwabistej sierści, była klaczą bardzo łagodną, wspaniałą matką. Dobro wprost promieniowało z jej niebieskich oczu. Czarna jak heban skóra, pokryta śnieżnobiałą sierścią. Ogromne urokliwe oczy, patrzące w specyficzny sposób. Piękna głowa osadzona na długiej szyi. Wspaniała góra na doskonałych suchych nogach. Miała gołębie serce. Ufna do ludzi i do koleżanek. Nigdy nie zaczynała burd z koleżankami, ani nie kopnęła obcego źrebaka. Bałałajka była dla mnie symbolem żeńskości i macierzyństwa, ideałem klaczy stadnej”– wspominał Roman Pankiewicz, wielki znawca rasy arabskiej.</p>
<p>Urodziła dziesięcioro źrebiąt. Oprócz Baska (1956 Albigowa), także <strong>Bandolę</strong> (1948), zwaną królową Janowa.</p>
<p>Zagładę kraśnickiej hodowli przyniosła II wojna światowa. Oficer rezerwy Jerzy Bąkowski zmobilizowany we wrześniu do polskiego wojska – naturalnie jako kawalerzysta – dostał się do sowieckiej niewoli. Wiosną 1940 roku zamordowano go w Charkowie. W tym samym czasie operujący nieopodal oddział majora Henryka Dobrzańskiego „Hubala” miał w Kraśnicy punkt aprowizacyjny. Dowódca, czołowy jeździec europejskich hipodromów, olimpijczyk, otrzymał karego Demona, z którym razem zginął 30 kwietnia 1940 roku o brzasku w zagajniku pod wsią Anielin, w obławie zorganizowanej przez Niemców na – jak go określali – „szalonego majora”.</p>
<p>Zimą 1945 roku Armia Czerwona zrabowała doszczętnie dwór, kradnąc pozostałe wierzchowce. Po kilku tygodniach, na mocy dekretu o parcelacji majątków ziemskich, Bąkowscy zostali wywłaszczeni. Nakazano im zamieszkanie w odległości nie mniejszej niż 100 kilometrów od rodzinnego gniazda. 45 lat później usiłowali odzyskać kompletnie zdewastowane zabudowania dworskie, zanieczyszczony staw oraz zdziczały park. Bezskutecznie. Pamiątkami rodzinnymi Bąkowskich z czasów świetności rodu pozostają jedynie fotografie przodków oraz niepospolitej urody rumaków, z Bałałajką na czele.</p>
<p>Aleksandra Ziółkowska-Boehm: „Dwór w Kraśnicy i hubalowy Demon”, PIW 2009, str. 320</p>
</div>]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Arabskie misski</title>
		<link>https://polskiearaby.com/ludzie-i-konie/32948-arabskie-misski</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[McVoy]]></dc:creator>
		<pubDate>Sat, 27 Oct 2007 11:10:53 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Ludzie i Konie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://polskiearaby.pl/?p=32948</guid>

					<description><![CDATA[Książkę Krystyny Chmiel, adresowaną przede wszystkim do osób zainteresowanych zawodowo końmi czystej krwi – a takowych z roku na rok przybywa (w PRL prawo hodowli tych wyjątkowo urodziwych rumaków było zastrzeżone dla państwa, a wyjątkiem potwierdzającym regułę był jedynie ś.p. Zygmunt Braur, utrzymujący niewielkie stadko w pobliżu siarkowego zagłębia pod Tarnobrzegiem) – czytałem z nostalgią. [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<div class="wprt-container"><p>Książkę Krystyny Chmiel, adresowaną przede wszystkim do osób zainteresowanych zawodowo końmi czystej krwi – a takowych z roku na rok przybywa (w PRL prawo hodowli tych wyjątkowo urodziwych rumaków było zastrzeżone dla państwa, a wyjątkiem potwierdzającym regułę był jedynie ś.p. Zygmunt Braur, utrzymujący niewielkie stadko w pobliżu siarkowego zagłębia pod Tarnobrzegiem) – czytałem z nostalgią. Wiele jej bohaterek widziałem bowiem na własne oczy.</p>
<p><strong>Słodki smak dyletanctwa</strong></p>
<p>Doskonale pamiętam je ze służewieckiego Toru Wyścigów Konnych, gdzie w dekadach drugiej Polski i władzy w mundurach z orłem bez korony spędziłem niejeden weekend. I niejednokrotnie opychałem się wuzetkami, względnie szarlotkami serwowanymi mi przez niektórych entuzjastów podkutego hazardu, szczególnie tych rozpaczliwie poszukujących szansy na odkucie się w totalizatorze, a więc korzystających nawet z podpowiedzi kompletnego dyletanta hippicznego, jakim wówczas byłem (a miedzy nami mówiąc, jakim również i dzisiaj jestem).</p>
<p>Przypominam sobie na przykład słodką ucztę, podlewaną po raz pierwszy w życiu tonikiem, po trafieniu przez nieodżałowanego Tadeusza Pajdę (sekretarza redakcji ś.p. „Expressu Wieczornego”), porządku „arabskiego”: Willa – Estragon, który mu wskazałem na pięć minut przed pójściem bomby w górę. O ile mnie pamięć nie myli, redaktor jako jedyny gracz udał się po tej gonitwie do kasy. Zapamiętałem wysokość wypłaty – 8 tysięcy 799 złotych (w połowie dekady raju na kredyt średnia płaca wynosiła nieco więcej niż 1/2 tej kwoty) – oraz decyzję zwycięzcy, że końcówkę wygranej przeznaczy na nagrodę dla mimowolnego typera, ergo mnie, i na bukiet dla powracającej akurat z muzycznych wojaży małżonki, Zdzisławy Donat, najsławniejszej chyba divy operowej z epoki PRL-u, niezrównanej zwłaszcza jako Królowa Nocy w „Czarodziejskim Flecie” Wolfganga Amadeusza Mozarta.</p>
<p><strong>Top-modelki na czterech kopytach</strong></p>
<p>Choć wyścigi koni czystej krwi zazwyczaj stanowiły jedynie dodatek do rywalizacji folblutów i gros bywalców Służewca traktowała je z dezynwolturą, zawsze ceniłem zmagania eterycznych rumaków. Imponowały mi dzielnością, wytrzymałością, urodą… Na paddocku Sarenka, Orgia, czy Arra, bezkonkurencyjne w swoich rocznikach klacze, prezentowały się niczym top-modelki, lecz moim ulubieńcem był wzmiankowany przez profesor Krystynę Chmiel Amur. Ten ogier zauroczył mnie sportową długowiecznością oraz… karą maścią, niezwykle rzadko spotykaną wśród arabów.</p>
<p>Autorka, profesor, publicystka i właścicielka niewielkiego stada arabów na Zamojszczyźnie (a przed laty amazonka podczas porannych galopów na torze służewieckim w stajniach Stefana i Zbigniewa Michalczyków oraz Leona Chatizowa) rozkłada w książce na czynniki pierwsze progeniturę najbardziej zasłużonych dla rodzimej hodowli klaczy, które po roku 1939 zapoczątkowały czynne do dziś linie żeńskie.</p>
<p><strong>Sekrety alkowy</strong></p>
<p>W gąszczu drobiazgowych informacji o czworonożnych babciach, matkach, córkach i wnuczkach – informacji inkrustowanych esencjonalną wiedzą dotyczącą przebiegu ich karier wyścigowych, cyrkowych, sportowych, tudzież osiągnięć aukcyjnych, względnie macierzyńskich – znaleźć można niemało smakowitych ciekawostek. Choćby takowa, traktująca o anomaliach cielesnych Sanosa, który „nie nadawał się do użytkowania hodowlanego w żadnej formie, gdyż był wnętrem obustronnym (ogier, któremu jądra nie zstąpiły do moszny, tylko pozostały w jamie brzusznej [jeśli jedno – to jednostronny]. Wnętry obustronne są bezpłodne, gdyż wysoka temperatura w jamie brzusznej zabija plemniki, ale hormony wydzielają się do krwi, ogiery takie bywają więc pobudliwe)”.</p>
<p>Dowiadujemy się również, że największymi „ogierami” pośród reproduktorów były: „Banzaj rozsławiony głównie dużą pobudliwością płciową – do krycia wychodził na dwóch nogach, ciągnąc za sobą masztalerzy trzymających go na lonżach” oraz Czako, syn Banata – „poza sezonem kopulacyjnym wyładowywał nadmiar energii, kalecząc sam siebie”.<br />
Poznajemy charakterystykę Bandoli, klaczy wyjątkowo zasłużonej dla arabistyki na czterech kopytach: „Do końca swego 35-letniego życia, którego długość stanowi niepobity dotąd rekord Polski, stanowiła żywą atrakcję stadniny w Janowie Podlaskim, dokąd przeniesiono ją z Albigowej. Z właściwą koniom arabskim inteligencją szybko skojarzyła, że skupia na sobie zainteresowanie zwiedzających, toteż na widok aparatu fotograficznego sama chętnie ustawiała się do zdjęć, eksponując swoje najkorzystniejsze cechy. Nawet w ostatnich latach życia, mimo postępującej łękowatości grzbietu i trwale „zimowej” sierści, demonstrowała suchą, szczupaczą głowę z dużym, czarnym okiem i rozdętym nozdrzem, jak też dumnie noszony ogon, który na pokaz celowo stroszyła. Świadoma swojej wartości, po zakończonym pozowaniu „inkasowała” zasłużony cukier, który potrafiła dobrze zgryźć – do śmierci zachowała niestarte zęby”.</p>
<p>Unikatowy charakter polskiej hodowli koni czystej krwi arabskiej zawdzięczmy ciągłości rodowodów, sięgających czasów napoleońskich. Genealogia sprawia, iż często wygrywamy rywalizację z czworonożnymi wychowankami bliskowschodnich emirów czy szejków oraz amerykańskich i zachodnioeuropejskich miliarderów. „Nie dopuśćmy do roztrwonienia tych skarbów, na które pracowały pokolenia naszych przodków” – brzmi jakże celna konkluzja tego uroczego (także pod względem szaty graficznej) tomu.</p>
<p><strong>Krystyna Chmiel „One tworzyły piękno” str. 156, BB Publishing, 2007</strong></p>
</div>]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Ciąg dalszy na czterech kopytach</title>
		<link>https://polskiearaby.com/ludzie-i-konie/32945-ciag-dalszy-na-czterech-kopytach</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[McVoy]]></dc:creator>
		<pubDate>Mon, 24 Sep 2007 11:09:23 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Ludzie i Konie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://polskiearaby.pl/?p=32945</guid>

					<description><![CDATA[O tym, że kontynuacje nie dorównują pierwowzorom, nie muszę chyba nikogo przekonywać. Dowodem rzesza drugich tomów, części czy tak obecnie popularnych sequeli, nierzadko stanowiących popłuczyny po udanym oryginale. Miło mi zatem donieść, że ta przykra prawidłowość nie dotyczy &#8222;Dublerki&#8221; Ewy Bagłaj. Ta błyskotliwa powieść dla młodzieży ukazuje dalsze losy bohaterów &#8222;Broszki&#8221;. Jest to zatem lektura dla [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<div class="wprt-container"><p>O tym, że kontynuacje nie dorównują pierwowzorom, nie muszę chyba nikogo przekonywać. Dowodem rzesza drugich tomów, części czy tak obecnie popularnych sequeli, nierzadko stanowiących popłuczyny po udanym oryginale. Miło mi zatem donieść, że ta przykra prawidłowość nie dotyczy <strong>&#8222;Dublerki&#8221; Ewy Bagłaj</strong>. Ta błyskotliwa powieść dla młodzieży ukazuje dalsze losy bohaterów &#8222;Broszki&#8221;. Jest to zatem lektura dla wszystkich wielbicieli hippiki.</p>
<p>Skończyło się niezapomniane lato w siodle, ale Broszka nie zamierza rezygnować z ukochanych koni, a los jakby ją słyszał&#8230; W dniu, w którym zaczyna studia, na przystanku autobusowym natyka się na spłoszonego karosza. Wspaniałe zwierzę pozwala się obłaskawić. Okazuje się własnością znanego aktora Dawida Gryty, z którym gra w popularnym serialu.</p>
<p>Tyle zarysu fabuły zdradzam za edytorem. Więcej nie zamierzam, by nie psuć przyjemności lektury. Dodam jedynie, że oprócz niewątpliwej fascynacji rumakami, autorka ujawnia doskonałą znajomość mechanizmów funkcjonujących w krajowym światku telewizyjnym. Czyżby poznała je na własnej skórze? Tak czy owak, &#8222;Dublerka&#8221; to kawał lekkiej prozy, przykuwającej uwagę soczystymi dialogami, urodziwymi opisami oraz nietuzinkową intrygą. Inwencja i wyobraźnia wydają się wielkimi atutami Bagłaj. Z tym większą więc niecierpliwością oczekuję jej książki z dziedziny literatury faktu, poświęconej nauczycielce, matce Daniela Olbrychskiego. Książka – jak zapewnia wydawnictwo Muza – trafi na księgarskie półki pod koniec roku. Nie da się zatem ukryć, że gdyby Bagłaj tworzyła w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych ubiegłego już stulecia, zasłużyłaby na miano przodowniczki pracy. Tyle tylko, że mam olbrzymie wątpliwości, czy jej powieści mogłyby się wówczas ukazywać. Wprawdzie polityka na ich kartach nie występuje, ale przecież rekreacja hippiczna – z racji ziemiańskiej genealogii – znajdowała się wtedy na cenzurowanym. Całkiem poważnie zastanawiano się nawet, czy aby nie zlikwidować Polskiego Związku Jeździeckiego. Z karkołomnego pomysłu definitywnie zrezygnowano dopiero po ostrym proteście marszałka Konstantego Rokossowskiego, który nie wyobrażał sobie wojskowych defilad bez rasowego wierzchowca, na grzbiecie którego – jadąc stępa – osobiście je inaugurował. Ale ad rem.</p>
<p>Bagłaj ma ogromny talent kreacyjny. Potrafi pierwszym akapitem wciągnąć czytelnika w wir lektury. Jest to tym łatwiejsze, że kolejne frazy łatwo wpadają w ucho, bo w przeciwieństwie do – jak mniemam – większości prozaików jej generacji, nie sili się na lingwistyczną ekstrawagancję. Przeciwnie, używa prostej stylistyki. Nie znaczy to wszakże, iż jest ona uboga. Na pewno w sam raz dla coraz uboższych językowo (z powodu przedkładania telewizora nad książki) nastolatków – a priori głównych odbiorców &#8222;Dublerki&#8221;. Ale – przypuszczam – nie jedynych. Jestem przekonany, że po tę lekką, łatwą i przyjemną (jak definiował tego typu pozycje nieodżałowany Krzysztof Mętrak) lekturę sięgną także inni. Wszyscy, dla których koń nie jest li tylko rzeczownikiem żywotnym.</p>
<p><strong>Ewa Bagłaj &#8222;Dublerka&#8221;, str. 176, Świat Książki 2007</strong></p>
</div>]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Araby artystyczne</title>
		<link>https://polskiearaby.com/ludzie-i-konie/32942-araby-artystyczne</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[McVoy]]></dc:creator>
		<pubDate>Tue, 21 Aug 2007 10:59:39 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Ludzie i Konie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://polskiearaby.pl/?p=32942</guid>

					<description><![CDATA[Przed czterema laty Piotr Dzięciołowski, potomek cenionej rodziny dziennikarskiej rodem z „Expressu Wieczornego”, operujący z równym powodzeniem aparatem fotograficznym i piórem, opublikował książkę „Koń to jest ktoś”. Obecny tom, „Koń mi robił za kołyskę”, przynosi ciąg dalszy hippicznych perypetii naszych artystów. Andrzej Grzybowski, aktor, malarz, przez ostatnie siedem lat życia artystki opiekun Mieczysławy Ćwiklińskiej, wspomina: „Przy okazji [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<div class="wprt-container"><p>Przed czterema laty <strong>Piotr Dzięciołowski</strong>, potomek cenionej rodziny dziennikarskiej rodem z „Expressu Wieczornego”, operujący z równym powodzeniem aparatem fotograficznym i piórem, opublikował książkę „Koń to jest ktoś”. Obecny tom, <strong>„Koń mi robił za kołyskę”</strong>, przynosi ciąg dalszy hippicznych perypetii naszych artystów.</p>
<p>Andrzej Grzybowski, aktor, malarz, przez ostatnie siedem lat życia artystki opiekun Mieczysławy Ćwiklińskiej, wspomina: „Przy okazji wspólnych podróży często zaglądaliśmy do okolicznych stadnin. Kiedyś zawiozłem panią Miecię do mojego przyjaciela Andrzeja Krzyształowicza, kierującego stadniną w Janowie Podlaskim. Dyrektor chciał się przed nami pochwalić kilkoma zasłużonymi okazami. Najpierw przyprowadził Negatiwa, przepięknego ogiera, wnuczka słynnego Skowronka z początku ubiegłego stulecia. Pani Mieczysława przyjrzała się dokładnie Negatiwowi i chociaż prawie nic już nie widziała, rzekła:<br />
– Ależ to wykapany Skowronek.<br />
Gospodarze oniemieli. I nieistotne, czy Ćwiklińska grała, czy nie – była w tym towarzystwie jedyną osobą, która owego wierzchowca rzeczywiście mogła pamiętać. Chwilkę później Krzyształowicz przedstawił słynną, przeszło trzydziestoletnią Ofirkę.<br />
– Pani Mieczysławo, jeśli wolno mi tak powiedzieć – zwrócił się do artystki – to nestorka naszej stadniny.<br />
– No, patrzcie państwo, to znaczy, że i wśród koni jest jakaś Ćwiklińska – spointowała artystka”.</p>
<p>Legendarnego polskiego hodowcę koni czystej krwi wspomina również Andrzej Trzos- Rastawiecki, notabene jego kuzyn: „Wszystko zaczęło się od janowskich arabów. Już jako człowiek ponad trzydziestoletni wsiadłem i rozpocząłem terminowanie w siodle. Ponoć pierwsze doświadczenia najbardziej zapadają w pamięć. Araby mają artystyczne usposobienie. Z tak łagodnymi, cierpliwymi i wytrwałymi rumakami, na dodatek obdarzonymi bajkową urodą, nigdy już nie dane mi było obcować”.</p>
<p>Fotograf Zenon Żyburtowicz, choć kształcił się pod okiem samej Zofii Raczkowskiej, przyznaje, iż pierwsza wizyta z obiektywem w Janowie Podlaskim zakończyła się fiaskiem: „Wydawało mi się, że wszystko robiłem poprawnie, kiedy jednak wywołałem filmy, mina mi zrzedła. Co prawda większość portretów była co najmniej poprawna, ale zdjęcia koni w galopie wyszły fatalnie. Araby jakieś zniekształcone, niezgrabne, z powykrzywianymi nogami. Koszmar! Zacząłem analizować, jaki błąd popełniłem. W pewnym momencie olśnienie, i to za sprawą mego wyuczonego zawodu – jestem muzykiem. Uświadomiłem sobie, że podczas fotografowania pędzącego tabunu trzeba wychwycić określony rytm i w zgodzie z nim wyzwalać migawkę wtedy, gdy koń nie dotyka ziemi żadną nogą, a wiec dokładnie w tym momencie, gdy Tatarzy wypuszczali strzały z łuku, cwałując na swych rumakach”.</p>
<p>Maryla Rodowicz wspomina romans z Danielem Olbrychskim sprzed ponad trzech dekad, rozgrywający się w scenerii rajdu konnego z Drohiczyna do Warszawy. Po drodze wstąpili do Janowa Podlaskiego: „Kilkadziesiąt arabów podeszło do mnie i otoczyło, zastanawiając się pewnie, co ze mnie za dziwo. Przerwały skubanie trawy, i zaczęły strzyc uszami”. Niestety nie dowiadujemy się, co piosenkarka miała im do powiedzenia (zaśpiewania?).</p>
<p>Paulina Holtz przyznaje, że po raz pierwszy dosiadła wierzchowca za karę, Ewa Szykulska z rozrzewnieniem opowiada o przejażdżce trojką po zamarzniętym Bajkale, Mateusz Damięcki chwali się, że ścinał w galopie arbuzy, zaś Anna Nehrebecka ujawnia kulisy realizacji sekwencji swej podróży linijką w „Rodzinie Połanieckich”. Otóż z uwagi na niesfornego rumaka do dyszla zaprzęgnięto… czterech mężczyzn, a kamera pokazywała aktorkę z lejcami w dłoniach.</p>
<p>Mniej szczęścia miała Irena Karel. Otóż w enerdowsko-polskiej koprodukcji science fiction „Sygnały MMXX” grała kapitana statku kosmicznego. „Kto by pomyślał, że bohater takiej fabuły może mieć coś wspólnego z końmi. A jednak. Reżyser Gotfried Kolditz włączył do filmu scenę, w której śni mi się, że galopuję brzegiem morza. Specjalnie dla tego ujęcia przenieśliśmy się z Berlina w okolice Łeby, gdzie podobno w okresie II wojny świtowej Kolditz stacjonował ze swoją jednostką. Scena miała być pretekstem do odwiedzenia wojennego szlaku (…) Prawie naga kłusowałam w czarnej peruce na oklep. Chyba po trzecim dublu reżyser zaproponował: A może by tak szybciej? Ruszyłam galopem. Koń się zdenerwował i poniósł, a masztalerze nie zdołali go zatrzymać. Kiedy zmęczony wreszcie stanął, chciałam zeskoczyć, przerzucając nogę przez koński łeb. W tym momencie strzelił z zadu i nie było najmniejszych szans, bym wylądowała na „czterech łapach”. Potłukłam się solidnie, musiałam nawet kilka dni leżeć w szpitalu”.</p>
<p><strong>Piotr Dzięciołowski „Koń mi robił za kołyskę” str. 252, PIW</strong></p>
</div>]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Wolne dzieci wiatru</title>
		<link>https://polskiearaby.com/ludzie-i-konie/32935-wolne-dzieci-wiatru</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[McVoy]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 01 Jun 2007 10:55:18 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Ludzie i Konie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://polskiearaby.pl/?p=32935</guid>

					<description><![CDATA[Przed sześcioma laty, nieopodal Rzeszowa, zainaugurowała działalność stadnina koni arabskich Kielnarowa (własności Czesława Witko). Jeśli tylko aura dopisuje, stado hasa po niemal 180-hektarowym chutorze Tarnawka, okolonym malowniczymi Wzgórzami Dynowskimi – przedsionkiem Bieszczadów. I właśnie tam towarzyszył arabom Tadeusz Budziński. Renomowany fotograf, mający na koncie liczne nagrody i wyróżnienia zawodowe, znany jest czytelnikom z wyjątkowej estetyki albumów [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<div class="wprt-container"><p>Przed sześcioma laty, nieopodal Rzeszowa, zainaugurowała działalność stadnina koni arabskich Kielnarowa (własności Czesława Witko). Jeśli tylko aura dopisuje, stado hasa po niemal 180-hektarowym chutorze Tarnawka, okolonym malowniczymi Wzgórzami Dynowskimi – przedsionkiem Bieszczadów. I właśnie tam towarzyszył arabom <strong>Tadeusz Budziński</strong>. Renomowany fotograf, mający na koncie liczne nagrody i wyróżnienia zawodowe, znany jest czytelnikom z wyjątkowej estetyki albumów poświeconych Podkarpaciu, wilkom oraz koniom huculskim, opublikowanych nakładem tego samego edytora. Muszę przyznać, że z pewną obawą sięgnąłem po najnowsze jego dzieło. W pamięci mam bowiem kadry „najpiękniejszych koni na świecie” – że posłużę się porównaniem Józefa Korolkiewicza – autorstwa Zofii Raczkowskiej, od półwiecza niezrównanej fotograficznej portrecistce tych rumaków. Już jednak pierwszy rzut oka na otwierające album czarno-białe zdjęcie przedstawiające kłusującego na ogierze Nenufar znanego skądinąd satyryka – Krzysztofa Czarnotę, ukoiło mój niepokój. Fotografie zgrupowano w sześciu cyklach tematycznych: „Wolny tabun”, „Lato”, „Zima”, „Koń i koń”, „Uszy, oczy, chrapy” oraz „Galop”. Przyjrzyjmy się im po kolei.</p>
<p>„Wolny tabun” to kronika sui generis. Fotograf podąża tropem stada, obserwuje jego zachowania w pięknych okolicznościach przyrody – jak perorował niezapomniany bohater kultowej satyry filmowej, autorstwa reżysera znanego ostatnio bardziej pod pseudonimem TW „Krost”. Z zapartym tchem przypatrywałem się arabom kłusującym o brzasku, w mgielnym całunie, promieniach dopiero co obudzonego słońca albo zlęknionych czającą się na nieboskłonie burzą. Szczególnie miłe wrażenie wywołały we mnie kadry jesienne. Ta, najbogatsza chyba pora roku, cieszy oczy mnogością barw, z przewagą żółci i czerwieni, doskonale współgrających z siwą, gniadą i karą maścią urodziwych wierzchowców, jak się zdaje, czujących schyłek przyrodniczego cyklu, toteż łapczywie pałaszujących koniczynę i trawę na tle zagajnika o „płonących” liściach.</p>
<p>Po chwili cofamy się w czasie o kilka tygodni, podziwiając kanikułę bohaterów książki. A więc przede wszystkim zabawy, pościgi, gonitwy, skoki, w scenerii kwitnących pastwisk. Rozbrykane towarzystwo zdaje się nie mieć w okresie letnim żadnych obowiązków. Zupełnie tak jak niektórzy urlopowicze. A speszone spojrzenie Freski sprawia wrażenie, jakby została przyłapana in flagranti na jakichś niecnych czynnościach. Inaczej Etura, metodycznie przeżuwająca zielony pokarm, ze stoickim spokojem ignorująca obecność intruza. Araby z Kielnarowej mają możliwość posmakowania śniegu. Dosłownie, bo wypuszcza się je na dwór także zimową porą. Jak sugeruje we wstępie profesor Andrzej Strumiłło – wielki admirator koni czystej krwi – właściciel wzoruje się na Spirydonie Ostaszewskim, cenionym hodowcy sprzed 150 lat, prekursorze hodowli ekstensywnej, który „kupiwszy mogileński klucz z ogromnymi stepami, nabył 400 klaczy z ordynaryjnych, chersońkich tabunów, z których zmyślał wyprowadzać dobre konie przez poprawę lepszymi ogierami. Stada tego nigdy nie zimował paszą suchą, chodziło ono całą zimę po stepach, wygrzebując zeschłą trawę spod śniegu”. W połowie XIX stulecia nie było to mile widziane, ba, doprowadziło hodowcę przed sąd. Spór pomiędzy nim a inspektorem stada rządowego Filipem Eberhardem – zwolennikiem chowu alkierzowego (z częstym wykorzystaniem stajni) trwał 16 (szesnaście!) lat. Niestety, autor urzekającego stylistką wstępu nie podaje, jaki werdykt wydała Temida.</p>
<p>„Koń i koń” także w istotnej części rozgrywa się zimą. W pamięć zapada zwłaszcza sekwencja obrazująca pojedynek Argentino i El Giewonta o prymat w tabunie. Finałowa fotografia wskazuje, iż zakończył się on polubownie – czworonożni adwersarze osiągnęli kompromis. I co wy na to, panowie z PO i PiS-u?</p>
<p>Przekładam kilka kartek ukazujących stadne igraszki, dochodząc do rozdziału poświęconego konterfektom. Klacz Argentyna smutną ma twarz, niczym Anna Maria z rzewnego przeboju „Czerwonych Gitar”. Circe unika obiektywu. Czyżby nie wierzyła we własną fotogeniczność? Etura wygląda na bardzo skromną, gdyż spuszcza powieki. Ciemnej karnacji ogierek ze strony 98 być może wypatruje… Ireny Karel. Czołowa seksbomba peerelowskiej kinematografii dosiadała podobnego, choć z pewnością nie tak rasowego rumaka, mknąc po szlakach i bieszczadzkich bezdrożach – przy okazji czarując wdziękami Bruno O’Ya i Marka Perepeczkę oraz kinomanów, w niezapomnianym easternie Aleksandra Ścibora-Rylskiego „Wilcze echa”.</p>
<p>Na deser autor proponuje dynamiczny wizerunek fotografowanych. Rozwiane grzywy, falujące ogony stada galopującego po stromiznach łąk oraz leśnych duktach doskonale symbolizują poczucie wolności, z jakim nieodparcie kojarzą się te najszlachetniejsze ze stworzeń czterokopytnych.</p>
<p>Album jest dwujęzyczny, polski tekst został przetłumaczony na angielski przez Renatę Downey. Wedle niej, podtytuł „Dzieci wiatru” w języku Szekspira brzmi: „Drinkers of the Wind”. No cóż, widać translatorka hołduje zasadzie, że wierność przystoi małżeństwom, a nie przekładom.</p>
<p><strong>Tadeusz Budziński „Araby. Dzieci wiatru”, Wydawnictwo Libra</strong><br />
<a href="/aktualnosci/12721-araby-dzieci-wiatru-na-targach-ksiazki">Relacja z promocji albumu na Targach Książki</a></p>
</div>]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Araby spod pędzla</title>
		<link>https://polskiearaby.com/ludzie-i-konie/32929-araby-spod-pedzla</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[McVoy]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 25 Jan 2007 11:53:07 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Ludzie i Konie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://polskiearaby.pl/?p=32929</guid>

					<description><![CDATA[Józefa Korolkiewicza bez krzty przesady określić można człowiekiem renesansowym. I to nie z uwagi na inspirację płótnami Leonarda czy Rafaela, lecz z powodu mnogości zainteresowań. Paleta (to chyba najbardziej adekwatne słowo) jego działań była niezmiernie bogata. Szkoda, że tak niewiele miejsca poświęcają jego niezwykłej biografii Kinga Kawalerowicz i Emilia Bzicka, autorki albumu „Józef Korolkiewicz” (wydawnictwo Bosz, we współpracy z [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<div class="wprt-container"><p><strong>Józefa Korolkiewicza</strong> bez krzty przesady określić można człowiekiem renesansowym. I to nie z uwagi na inspirację płótnami Leonarda czy Rafaela, lecz z powodu mnogości zainteresowań. Paleta (to chyba najbardziej adekwatne słowo) jego działań była niezmiernie bogata. Szkoda, że tak niewiele miejsca poświęcają jego niezwykłej biografii <strong>Kinga Kawalerowicz i Emilia Bzicka</strong>, autorki albumu <strong>„Józef Korolkiewicz”</strong> (wydawnictwo Bosz, we współpracy z Muzeum Jeździectwa i Łowiectwa w Warszawie). Ale zarazem jest to jedyny zarzut, jaki można postawić autorkom. Delektując wzrok reprodukcjami obrazów Korolkiewicza (1902-1988), czuję się w obowiązku uzupełnić tę lukę.</p>
<p><strong>Baryton z kresów</strong></p>
<p>Po mieczu jego ród wywodził się z osady Korolki spod Baranowicz, które to dobra – wedle pieczołowicie pielęgnowanej rodzinnej legendy – otrzymał przodek, rycerz służący pod hetmanem Żółkiewskim. Przodek ów odznaczył się męstwem podczas wojen z Rosją, zwłaszcza bitwy pod Kłuszynem. Matka przyszłego malarza też była szlachcianką. Oboje rodzice mieszkali w niewielkim folwarku, pozostałości po rodzinnych latyfundiach utraconych w rezultacie rozbiorów, konfiskowanych po kolejnych powstaniach narodowych, tudzież podzielonych między licznych krewnych. Niemniej, spędzone na wsi dzieciństwo Korolkiewicz zawsze wspominał z sentymentem. Do szkoły poszedł dopiero w wieku 15 lat. Wcześniej miał guwernerów, którzy szybko zwrócili uwagę na artystyczną naturę podopiecznego. Wraz z polskim, matematyką, historią czy geografią, uczył się gry na skrzypcach, fortepianie oraz jazdy konnej. Zarazem uczęszczał na lekcje chóru, prowadzone przez lokalnego organistę. I właśnie śpiew zdominował pierwszy etap życia Korolkiewicza. U schyłku międzywojnia oraz w pierwszych latach powojennych występował jako solista Opery Warszawskiej (1934 – 1949), śpiewając partie barytonu w najsłynniejszych operach: „Faust” Charlesa Gounoda, „Don Carlos” Giuseppe Verdiego, „Turandot” Giacomo Pucciniego, „Kniaź Igor” Aleksandra Borodina. Współpracował z Polskim Radiem, nagrał szereg płyt, m.in. z pieśniami Moniuszki i Chopina.</p>
<p><strong>Olimpijczyk<br />
</strong><br />
Utrzymując się z głosu, każdą wolną chwilę spędzał przy sztalugach. Już we wczesnym dzieciństwie rysował obrazki zdradzające jego niepospolite zdolności. W wieku 15 lat został przyjęty do Szkoły Sztuk Pięknych w Warszawie, do pracowni Wojciecha Kossaka, stając się jego najmłodszym uczniem. Zadebiutował jako malarz w 1927 roku w Zachęcie, ale ponieważ nie odniósł sukcesu ani u publiczności, ani u krytyki, zaczął więc traktować malarstwo hobbystycznie.</p>
<p>Tym bardziej, że splendor w tym okresie zawdzięczał kolejnej pasji – sportowi. Był znanym lekkoatletą, wielokrotnym rekordzistą Polski w biegach średnich, członkiem reprezentacji na zawodach międzynarodowych i Igrzyskach Olimpijskich w Amsterdamie (1928). Wypracowana w młodości dobra kondycja fizyczna pozwoliła mu niemal do końca życia brać udział w turniejach tenisowych.</p>
<p>Malarstwo wypełniło w jego życiu pół wieku. Ulubionymi modelami Korolkiewicza zawsze były konie, i to niezależnie, czy tworzył obrazy olejne, gwasze, czy grafiki.</p>
<p>Na tle dorobku naszych najwybitniejszych „malarzy-hipologów”: Józefa Brandta, Józefa Chełmońskiego, Piotra Michałowskiego, Maksymiliana Gierymskiego, Juliusza, Wojciecha i Jerzego Kossaków, twórczość Korolkiewicza wydaje się zjawiskiem wyjątkowym. Artysta bowiem nie naśladuje poprzedników, lecz szkicuje rumaki (najchętniej rzadkiej urody araby) w sposób całkowicie oryginalny.</p>
<p><strong>Czworonożni modele</strong></p>
<p>Konie fascynowały Korolkiewicza od dziecka. Wychowany we dworze na wsi, nie tylko na nich jeździł, ale też stale je rysował. W międzywojniu, na zamówienie księcia Romana Sanguszki, przeniósł na płótna wizerunki najcenniejszych okazów wierzchowców czystej krwi, hodowanych w sławnej na świecie stadninie Albigowa. Niestety gros tych obrazów zaginęła. Ukradli je czerwonoarmiści, którzy po 17 września zajęli polskie kresy wschodnie.</p>
<p>Do końskiej tematyki malarz powrócił w połowie lat pięćdziesiątych, po powrocie z wycieczki na Węgry. Zwiedzając pusztę, zafascynował się widokiem cwałujących po niej tabunów dzikich koni… Reprodukcje tych rzeczywiście rzadkiej urody prac możemy oglądać w albumie. Co ciekawe, współcześni zanadto ich nie cenili. Dość powiedzieć, iż artysta ze względów praktycznych musiał wtedy zajmować się sztuką użytkową. Projektował gobeliny, mozaiki, medale i znaczki, ilustrował liczne podręczniki. W tych zajęciach często wykorzystywał zresztą końskie motywy. Przed niespełna półwieczem Poczta Polska wypuściła w obieg znaczki z wizerunkiem najsławniejszych reproduktorów czystej krwi: Wielkiego Szlema, Witraża, Ofira i Cometa.</p>
<p>Najchętniej ukazywał konie galopujące na tle krajobrazu. Patrząc na pędzące rumaki, ich rozwiane grzywy i ogony, ma się wrażenie obcowania z naturą – tak realistycznie wyglądają. Być może wynika to z mistrzowskiego operowania światłem. Albo zaskakujących kontrastów kolorystycznych. Spójrzmy choćby na „Oranżowego konia”, „Galopkę”, „Tęczowy tabun”, „Lewantyńskich dżygitów”, „Konie na plaży” czy „Luzaka”. Szkice wyścigów na Służewcu, czy portrety arabów ze stadniny w Janowie, utrwalają kształt koni w każdej możliwej sytuacji i pozie – biorących przeszkody, galopujących i kłusujących po maneżu – z głęboką znajomością przedmiotu i nieomylną pewnością ręki.</p>
<p>W końcu lat 70. rozpoczął się najbardziej wyrazisty dla stylu Korolkiewicza cykl „romantycznych koni”. Wcześniej przeważały scenki rodzajowe z wyścigów i polowań, teraz nastąpiło przesunięcie akcentów. Koń bez jeźdźca i uprzęży, koń swobodny, staje się bohaterem głównym. Końską maść w gamie bieli, szarości, brązu i ugru znaczą niebieskawe cienie. Widoczna jest gra mięśni, wysiłek w biegu – konie Korolkiewicza są prawdziwe w każdym szczególe. Żaden ruch, postawa, rasa nie mają dla niego tajemnic. Pozornie niedbale rzucone na papier konstelacje „kleksów” kreują sylwetki dżokejów, myśliwych i koni. Nic dziwnego, że uznanie koniarzy dla jego sztuki sprawiało Korolkiewiczowi wielką satysfakcję. Wydaje się, że żadnemu ze współczesnych polskich malarzy nie udało się z taką precyzją uchwycić końskiej estetyki.</p>
<p><strong>Kinga Kawalerowicz, Emilia Bzicka „Józef Korolkiewicz”, Wydawnictwo Bosz</strong></p>
</div>]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Miś, Ryś i araby</title>
		<link>https://polskiearaby.com/aktualnosci/12350-mis-rys-i-araby</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[polskiearaby.com]]></dc:creator>
		<pubDate>Fri, 12 Jan 2007 09:05:43 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Aktualności]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://polskiearaby.pl/2007/01/12/mis-rys-i-araby/</guid>

					<description><![CDATA[Zdjęcia do kontynuacji opowieści o kultowej postaci powołanej do życia przez Stanisławów: Bareję i Tyma &#8211; Ryszardzie Ochódzkim &#8211; zakończyły się w ubiegłym roku, premiera już 9 lutego a pytań o szczegóły projektu pojawia się w mediach z dnia na dzień coraz więcej.]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<div class="wprt-container"><figure id="attachment_12351" aria-describedby="caption-attachment-12351" style="width: 700px" class="wp-caption aligncenter"><a href="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/mis.jpg"><img loading="lazy" decoding="async" class="imported-arf_img_left imported-img imported-lightbox wp-image-12351 size-full" src="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/mis.jpg" alt="Stanisław Tym, fot. Mikołaj Tym" width="700" height="469" srcset="https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/mis.jpg 700w, https://polskiearaby.com/wp-content/uploads/2020/10/mis-300x201.jpg 300w" sizes="(max-width: 700px) 100vw, 700px" /></a><figcaption id="caption-attachment-12351" class="wp-caption-text">Stanisław Tym, fot. Mikołaj Tym</figcaption></figure>
<p>Zdjęcia do kontynuacji opowieści o kultowej postaci powołanej do życia przez Stanisławów: Bareję i Tyma – Ryszardzie Ochódzkim – zakończyły się w ubiegłym roku, premiera już 9 lutego a pytań o szczegóły projektu pojawia się w mediach z dnia na dzień coraz więcej. Jedno jest pewne, każdy znajdzie w tym filmie coś dla siebie.<br />
Ciekawe czy miłośników koni arabskich rozśmieszy (a może zgorszy?) scena, w której pojawia się reporterka Telewizji Witraż (w tej roli Magdalena Różczka). Przedstawia ona newsa, z którego telewidzowie dowiadują się, że w jednej ze stadnin wszystkie araby okazują się… Kim to już w kinie. <br />
Najwięcej kontrowersji budziła od początku kwestia tytułu filmu, na dziennikarskiej giełdzie pojawiało się wiele spekulacji. Stanisław Tym, scenarzysta, reżyser i odtwórca głównej roli, sam odżegnuje się od tytułu „Miś 2” mówiąc, że był to tytuł roboczy, a jego scenariusz nazywa się inaczej. Autor podkreślał w wywiadach: <em>Nie mam ambicji kręcić współczesnego „Misia”. Taki tytuł nadali filmowi dziennikarze. I zrobiło się głośno. Ja po prostu wziąłem faceta, którego Polska zna jako Ryszarda Ochódzkiego, prezesa klubu Tęcza z czasów jeszcze gierkowskich sprzed lat blisko 30. Jest rozpoznawalny, bo wygląda jak ja. Pomyślałem, że może byłoby niegłupio zobaczyć, co się z nim dzisiaj dzieje. (…) Ja mówię: był „Miś” jest „<strong>Ryś</strong>”.</em> <em>I to tyle w kwestii tytułu. </em><br />
A więc „<strong>Ryś</strong>”. Jakże by inaczej, przecież powszechnie wiadomo, że wszystkie Ryśki to porządne chłopaki…</p>
</div>]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
		<item>
		<title>Hazard na czterech kopytach</title>
		<link>https://polskiearaby.com/ludzie-i-konie/32922-hazard-na-czterech-kopytach</link>
		
		<dc:creator><![CDATA[McVoy]]></dc:creator>
		<pubDate>Thu, 23 Nov 2006 11:51:01 +0000</pubDate>
				<category><![CDATA[Ludzie i Konie]]></category>
		<guid isPermaLink="false">https://polskiearaby.pl/?p=32922</guid>

					<description><![CDATA[Wszystko zaczęło się jesienią 1963 roku, kiedy playboy i student politechniki Eugeniusz Frajer za sprawą znajomych znalazł się na wyścigach konnych. „Pierwsze dni przebiegały bez specjalnych emocji. Raz były nieduże porażki, zdarzyły się dwie drobne wygrane”. Następnym razem spóźnił się na tor i w pośpiechu kupił trochę przypadkowo wytypowany porządek. Trafił, a ponieważ przez roztargnienie nabył aż [&#8230;]]]></description>
										<content:encoded><![CDATA[<div class="wprt-container"><p>Wszystko zaczęło się jesienią 1963 roku, kiedy playboy i student politechniki <strong>Eugeniusz Frajer</strong> za sprawą znajomych znalazł się na wyścigach konnych. „Pierwsze dni przebiegały bez specjalnych emocji. Raz były nieduże porażki, zdarzyły się dwie drobne wygrane”. Następnym razem spóźnił się na tor i w pośpiechu kupił trochę przypadkowo wytypowany porządek. Trafił, a ponieważ przez roztargnienie nabył aż 14 biletów, toteż za jednym zamachem zarobił kilka ówczesnych średnich pensji i tak połknął bakcyla hazardu na czterech kopytach.</p>
<p>Od tamtego dnia minęło lat czterdzieści z okładem, a <strong>Halski</strong> – bo po uzyskaniu dyplomu inżyniera budowlanego Frajer zmienił nazwisko na bardziej szlacheckie – bywa na wyścigach do dziś. (Choć jest to ostatnio trudne z powodu ich nieregularności.) Zapamiętał nie tylko swoje spektakularne zwycięstwa i porażki, lecz również przebieg prestiżowych gonitw. Skrzętnie dzieli się tą wiedzą z czytelnikiem.</p>
<p>Dowiadujemy się na przykład, że w roku 1964 Derby wygrała fenomenalna Demona, dosiadana przez Mieczysława Mełnickiego, przed swą towarzyszką stajenną Geroną. Rok później triumfował Epikur – nie tyko zdaniem autora najwybitniejszy polski ogier wyścigowy pełnej krwi w dziejach PRL – który niestety nie mógł do końca zdyskontować swego talentu, gdyż podczas próbnych galopów złamał nogę i musiał zostać zgładzony. W roku 1969 Halski śledził przebieg wyścigu w towarzystwie Ireneusza Iredyńskiego, świeżo wypuszczonego z więzienia, gdzie siedział wplątany w sfingowaną przez bezpiekę aferę z rzekomym gwałtem. Obaj wzbogacili się, trafiając porządek Kadyks-Jaromir. W kolejnym sezonie Derby zakończyły się niespodzianką. Prowadzący od startu faworyzowany Doryant – potem doskonały reproduktor – dwieście metrów przed celownikiem opadł z sił i został wyprzedzony przez Oczereta oraz Taorminę. O krótki łeb wygrała klacz, dosiadana przez Jerzego Jednaszewskiego, z którym autor się przyjaźni, co niejednokrotnie odbiło się nieraz na grubości portfela Halskiego (z racji dżokejskich „cynków”).</p>
<p>W 1971 roku – w wyniku nocnych perypetii alkoholowo-erotycznych – autor nie zdołał się skontaktować z innym jeźdźcem, Rumunem Wasylem Hutulaecem, toteż nie zbił majątku na porządku Daglezja- Durango, w przeciwieństwie do nieodżałowanego Jana Ciszewskiego, który w latach siedemdziesiątych prowadził transmisje telewizyjne ze Służewca, i który wytypował wyścig prawidłowo za trzysta złotych, podczas gdy kasa płaciła cztery tysiące sto za dwadzieścia. „Rok potem mógłby za wygraną kupić małego fiata” – konstatuje Halski.</p>
<p>Tamten czas zapamiętałem z perspektywy przedszkolaka. Moje pierwsze służewieckie wspomnienie dotyczy bowiem Derbów sprzed 36 lat, które wygrał Dipol pod Stanisławem Dzięciną, bijąc lekceważonego, siwego Orkisza oraz faworytkę Doris Day. „Czy ta ostatnia galopowałaby lepiej, gdyby zamiast Bogdana Ziemiańskiego dosiadał ją Jednaszewski, wtedy przebywający już na saksach w RFN?” – zastanawia się Halski.</p>
<p>Dzięcina – znany autorowi od piaskownicy, ponieważ obaj urodzili się i wychowali w kamienicy przy Odolańskiej – uchodził na Służewcu za „króla arabów”. „Pomimo, że był najwyższym dżokejem w Europie (181 cm), potrafił tak usiąść na małych arabach, że one same biegały pod nim”. Znajomość ta miała bardzo przyjemne reperkusje. „Mając typy Stasia, przed gonitwą arabską poszedłem do kasy i zagrałem za trzy tysiące. Po kilkunastu minutach udałem się tam ponownie po odbiór sumy ponad sześciokrotnie wyższej”.</p>
<p>Systematyczne pobyty (w środy, soboty i niedzielę) na wyścigach, z jednej strony gwarantowały autorowi luksusy, lecz z drugiej spotykały się niekiedy ze stanowczym sprzeciwem życiowych towarzyszek.<br />
„Agnieszka nie chce puścić mnie na wyścigi. Pod pretekstem, że nie ma masła, urywam się z domu. (…) W nocy z sobotę na niedzielę śpię na Mokotowie, chcąc uniknąć zbędnej dyskusji na temat mojej gry”.</p>
<p>Pewnego razu przyprowadził na tor Anglika z polskimi korzeniami, zapalonego koniarza, i ten przewidział wyniki wszystkich gonitw. Czyżby zagraniczni eksperci od hipiki byli kompetentniejsi od krajowych? Ależ skąd! Po prostu: „Tego dnia dżokeje wyjątkowo jeździli do przodu i nie było żadnych numerów”. A takowe się zdarzały wcale nierzadko i na ogół pozostawały bezkarne. Rezultaty unieważniano incydentalnie, nieuczciwych trenerów karano symboliczną grzywną, a jeźdźców „nie dokładających starań o zajęcie lepszego miejsca” – czasowym spieszeniem.</p>
<p>Opanowawszy wyścigową terminologię, mając za sobą czteroletnią praktykę, Halski postanowił zostać… bookmacherem. „Za komuny nie było to zajęcie legalne, acz pożądane, bo wielu mających lewe dochody nie chciało afiszować się zwojami banknotów przy oficjalnych kasach. Cały proceder obstawiania u booka opiera się na zasadzie z ręki do ręki. Tylko zainteresowani wiedzieli, jaką kwotę postawiono i ile będzie wynosić wypłata. Te ostatnie były zresztą ograniczone. Maksymalnie można było otrzymać piętnastokrotną stawkę”.</p>
<p>Nowy fach zazwyczaj przynosił mu profity. Do czasu. Porażki życia doznał, gdy Józef Kossakowski, prywatny handlarz brylantami, trafił sześć gonitw na siedem. „Z trzydziestu pięciu tysięcy, które zabrałem na wyścigi, zostało mi osiem złotych na bułkę paryską, dżem i mleko”. Klęskę poniósł w środę, a już w sobotę się odkuł, potwierdzając aktualność stwierdzenia, iż fortuna kołem się toczy.</p>
<p>Walorem tych barwnych wspomnień są ich epizodyści, w znacznej części związani z końmi. Wspomnijmy jedynie tych cwałujących dziś po niebiosach: Stefana Michalczyka, Józefa Palińskiego, Stanisława Głowackiego, Antoniego Dylika, Stanisława Molendę, Mieczysława Żubera, Andrzeja Tylickiego… Za ich czasów trybuny najpiękniejszego ponoć toru wyścigów konnych w Europie, oddanego do użytku w roku 1939, niejednokrotnie wypełniały się ponad trzydziestotysięczną widownią. Władze miasta uruchamiały w sezonie specjalną linię autobusową „W”, zaś media regularnie relacjonowały przebieg gonitw. To se ne vrati?</p>
<p><strong>Eugeniusz Halski „Gienka Frajera życie jak rock&amp;roll” opr. Wojciech Bukat, Oficyna Wydawnicza Rytm 2006</strong></p>
</div>]]></content:encoded>
					
		
		
			</item>
	</channel>
</rss>
