Reklama
Kolejne fale…i co dalej?

Felietony i recenzje

Kolejne fale…i co dalej?

Stajnia Zegarowa w Stadninie Koni Janów Podlaski, fot. archiwum
Stajnia Zegarowa w Stadninie Koni Janów Podlaski, fot. archiwum

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email

Hanna Sztuka i Maciej Grzechnik w artykule „Czerwona zaraza ze wschodu” zastosowali genialny chwyt stylistyczny. Charakteryzując kolejne zagrożenia naszej hodowli koni czystej krwi arabskiej, posłużyli się nazewnictwem stosowanym podczas covidowej histerii, wydzielając trzy „fale pandemii”. W końcu jak zaraza, to zaraza – pierwsza i trzecia fala czerwona, przedzielone drugą, brunatną. Tylko aktualną inwazję rosyjską na Ukrainę autorzy podciągają pod kolejny atak czerwonej zarazy ze wschodu i stawiają w tym miejscu kropkę. A według mnie, na epilog jeszcze za wcześnie!

Po trzeciej napłynęła czwarta fala. Można ją nazwać „globalizacyjną”, gdyż jej początek przypada w okresie między rokiem 2001 a 2006, czyli średnio licząc od naszego wstąpienia do Unii Europejskiej. No a wiadomo, czego od nas się domaga Unia – przede wszystkim zatracenia naszej odrębności narodowej. Takiej operacji zwolennicy globalizacji, czyli przemieszania wszystkiego z wszystkim, chcieli także poddać nasze konie arabskie. Tę tendencję podchwycili prezesi stadnin państwowych, a z hodowców prywatnych – nowobogaccy, biznesmeni i kosmopolici.

Powojenni hodowcy polscy, tacy jak Józef Tyszkowski, Roman Pankiewicz, Andrzej Krzyształowicz i Ignacy Jaworowski, pracowali tylko na polskim materiale zarodowym. W początkowych latach PRL-u jedynym „polem do popisu” dla koni arabskich były wyścigowe próby dzielności, w wyniku czego uczestniczyła w nich większość roczników urodzenia. Wynikało to z faktu istnienia „żelaznej kurtyny” odcinającej kraje znajdujące się w strefie wpływów ZSRR od reszty świata, ale nie ma złego, co by na dobre nie wyszło. Kiedy przez lukę w tej kurtynie „wyciekły” na Zachód pierwsze eksportowane konie – nabywcy ze zdumieniem skonstatowali, że polskie araby są czymś zupełnie innym niż te, które mieli u siebie. Przede wszystkim wyróżniały się wszechstronnością – były „piękne i dzielne” w jednym, więc posypały się zwycięstwa w pokazach, zarówno w ręku, jak pod siodłem, a nawet w zaprzęgu! Toteż pisma dla hodowców, takie jak np. „Arabian Horse World”, nie szczędziły im komplementów w rodzaju: „Pure Polish Perfection” czy „Pure Polish Elegance”.

To miało miejsce w okresie III fali, kiedy pierwszym obcym elementem w czysto polskim pogłowiu był og. Palas s. 1968 (Aswan – Panel), syn egipskiego ogiera, którego Chruszczow otrzymał w prezencie od prezydenta Egiptu Nassera. Użycie go miało (w teorii) zapobiec nadmiernemu spokrewnieniu polskiego stada podstawowego. Wskutek efektu heterozji pierwsze pokolenie potomne wypadło bardzo pozytywnie – określono nawet połączenia Palasa z córkami Bandosa jako „Golden Cross”. Dolew tej krwi na razie nie zagrażał reprezentacji polskich rodów i rodzin w pogłowiu.

W „zalew” przeistoczył się ten dolew, kiedy do Polski przyjechał og. Gazal Al Shaqab gn. 1995 (Anaza El Farid – Kajora), z polskiej matki (rodzina Wołoszki), lecz po ojcu reprezentujący ród Saklawi I, który miał zagościć u nas na dłużej. Zapoczątkowało to IV falę „globalizacyjną”, czyli proces upodobniania naszego stada do innych populacji tej rasy. W samym fakcie użycia tego ogiera nie było nic złego – przeciwnie, efekt heterozji zadziałał i na polskim firmamencie pojawiły się takie gwiazdy, jak Pianissima, Pinga czy Emandoria. Zdobywały one czempionaty topowych pokazów, co zbiegło się w czasie z nadaniem państwowym stadninom statusu spółek prawa handlowego. Wiązało się to z wymogiem przynoszenia zysku, więc coraz bardziej pożądane stawały się konie z „modnym”, papierem, mogące teoretycznie pobudzać większy popyt.

Ten pierwszy kamyczek poruszył lawinę. W stajniach państwowych i prywatnych zaroiło się od ogierów (lub tylko ich nasienia) o trudnych do wymówienia imionach, wywodzących się ze stadnin bliskowschodnich. Jak słusznie zauważył M. Grzechnik w artykule „Ogiery zmieniają hodowlany świat”: „mając do dyspozycji zagraniczne, gotowe ogiery, zaprzestano pracy nad własnymi”. Co lepsze ogiery i klacze z polskich rodów już wcześniej rozprzedano, toteż pojawiła się łatwa wymówka, że „przecież te konie są toporne, mają proste profile, a więc nie mają szans na pokazach, a w ogóle nie możemy czynić z Polski skansenu, trzeba nadążać za postępem”…itd., itd. Co ciekawe, jakoś nie przyjmowano do wiadomości argumentu, że corocznymi rekordzistami cen aukcyjnych są zwykle konie „Pure Polish”.

W wyniku tego starzejące się ogiery z polskich rodów – te, które jeszcze pozostały w stadninach państwowych – przeważnie stały w boksach i patrzyły w sufit, bo nie przydzielano im klaczy do krycia, a nie tylko pośród ojców przychówka, lecz także pośród ojców matek przeważały już reproduktory z rodu Saklawi I. Tyle tylko, że nagle skończył się zwycięski pochód wyhodowanych według tego schematu koni przez światowe ringi pokazowe. Zabrakło świadomości, że efekt heterozji działa tylko w pierwszym pokoleniu, a w następnych dochodzi do „rozmycia się” preferowanych cech. A kiedy nie ma wyników, coraz częściej stawiane są mniej lub bardziej zawoalowane tezy o braku koncepcji dalszego prowadzenia hodowli koni arabskich w stadninach państwowych lub wręcz sugerujące, że ona „musi upaść” (!) Podczas gdy koncepcja taka istnieje i po raz n-ty próbuję ją podać decydentom jak na tacy, ale spotykam się z obojętnością lub rzucanymi na wiatr obietnicami, z których nic nie wynika.

Oznacza to, że napłynęła fala V – „stagnacyjna”. Objawia się ona tym, że do stajni czołowych wstawiane są coraz nowe zagraniczne ogiery, którymi „na ura” kryje się większą część stada, aby je w ten sposób wylansować, ale i tak okazują się „efemerydami jednego sezonu”, bo ich przychówki nie dorastają do stawów pęcinowych żyjącym lub nieżyjącym „pomnikom” z lat świetności naszej hodowli! Z ministerstwa ”wyciekają” kolejne rewelacje, często zaprzeczające sobie nawzajem, dotyczące szczególnie coraz to nowych wariantów „czapy” mającej sprawować nadzór nad stadninami. Jedne zagarnął nowopowstający holding spożywczy – a co zrobić z resztą? Przez jakiś czas lansowano koncepcję Instytutu Hodowli Koni (w innej wersji – Instytutu Konia Arabskiego), ale ostatnio już się o tym nie mówi. Pan Tomasz Chalimoniuk, przedtem ochoczo brylujący na każdej konferencji prasowej, formalnie „wisi” wprawdzie na stronie Ministerstwa Rolnictwa jako Pełnomocnik ds. Hodowli Koni – ale figuruje tam tylko jako „martwa dusza”, nie wykonując żadnego z licznych przypisanych sobie zadań wymienionych w wykazie na tejże stronie. Niby złożył dymisję – ale ani nie jest zlikwidowane jego stanowisko, ani nie powierza się tej funkcji komu innemu. Dobrym pretekstem jest tocząca się za wschodnią granicą wojna, bo już przebąkuje się o możliwości przeniesienia w inne miejsce Narodowego Czempionatu i tradycyjnej janowskiej Aukcji! Odnosi się wrażenie, że hodowla koni arabskich zaczyna być traktowana jako kłopotliwy balast, a nie dziedzictwo narodowe liczące sobie ponad 200 lat i wizytówka Polski.

I takie tezy głoszą ludzie na co dzień wycierający sobie usta wartościami narodowymi i „dobrą zmianą”! Na tym samym oddechu inni ludzie, udzielający rzeczywistego poparcia „dobrej zmianie” są szykanowani i odsuwani na boczny tor. Przebąkuje się także o konieczności redukcji etatu matek w stadninach państwowych. Czy nam to czegoś nie przypomina? Może ktoś chce ożywić upiory z epoki Gomułki, którego obsesją było, że jakoby „konie przejadały Polskę”! Urzędnicy, którzy w życiu nie wyhodowali nawet białej myszy, nie dopuszczają do głosu fachowców albo przymykają oczy, kiedy stadninami „z tylnego siedzenia” kierują przedstawiciele ekipy, którą sami z hukiem zwolnili. Prawdopodobnie chodzi o to, żeby wykazać, jak to „dobra zmiana” sobie nie radzi, w czym sama „dobra zmiana” im pomaga! Paradoks tysiąclecia!

Ktoś musi w końcu uderzyć pięścią w stół i obalić tę piramidę absurdu! Do głosu muszą dojść fachowcy, którzy położą kres marnowaniu majątku narodowego. Weźmy przykład z krajów, gdzie szanowane są rodzime rasy, nie dopuszcza się do ich przekrzyżowywania i wpisuje się je na listy światowego dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Lekką ręką przekreślamy 200 lat pracy i poświęceń naszych przodków, którzy nieraz ryzykowali własnym życiem w obronie swoich koni, choćby przed czerwoną lub brunatną zarazą – jak z jednej strony 85-letni książę Roman Sanguszko, zakłuty bagnetami przez bolszewików na schodach własnego pałacu, a z drugiej janowski masztalerz Jan Ziniewicz, który pod bombami spadającymi na Drezno zdołał utrzymać przerażone i wyrywające się ogiery Witraż i Wielki Szlem! Dziś na odwrót, pozwalamy, aby przedstawiciele bliskowschodnich potentatów wybierali w stadninach konie do kupna, nie przejmując się, czy w efekcie tego zostanie utrzymana reprezentacja 7 rodów męskich i 15 rodzin żeńskich „znajdujących się w naszej hodowli od pokoleń” (za „Programem hodowlanym koni czystej krwi arabskiej” figurującym na stronie PKWK). Aż chciałoby się zapytać (za Krzysztofem Czarnotą) – czy to głupota, krótkowzroczność, czy może jednak sabotaż?

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Reklama
Reklamy

Newsletter

Reklamy
Equus Arabians
Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.