Reklama
KIAHF - Katara International Arabian Horse Festival
KIAHF - Katara International Arabian Horse Festival
Mleko wielbłądzic dla ogiera, kamizelki pancerne dla beduinów

Ludzie i Konie

Mleko wielbłądzic dla ogiera, kamizelki pancerne dla beduinów

Mleko wielbłądzic dla ogiera, kamizelki pancerne dla beduinów

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Bogdan Ziętarski w stroju arabskim, wraz z księciem Romanem Sanguszko i ogierem arabskim Achmetem, Gumniska 1931. Fot. NAC
Bogdan Ziętarski w stroju arabskim, wraz z księciem Romanem Sanguszko i ogierem arabskim Achmetem, Gumniska 1931. Fot. NAC

Przedstawiamy nieznane szczegóły podróży BOGDANA ZIĘTARSKIEGO i CARLA RASWANA po konie na pustynię w 1930/31 roku. Odkryte po 80 latach listy do księcia Romana Sanguszki rzucają nowe światło na epokową ekspedycję.

Przebieg słynnej, trwającej niemal sześć miesięcy wyprawy (20 listopada 1930 – 12 maja 1931), jest dobrze znany dzięki wspomnieniom Ziętarskiego, datowanym na 24 sierpnia 1931, a opublikowanym najpierw w „Jeźdźcu i Hodowcy” (1931, nr 37–44), potem zaś w książeczce „Pod namiotami Beduinów”, wydanej nakładem Towarzystwa Hodowli Konia Arabskiego (1931). Relacja ta, choć sporządzona „na gorąco”, bo wkrótce po zakończeniu podróży, różni się jednak dość znacząco od tego, co odkrywają przed czytelnikiem odnalezione po 80 latach listy, wysyłane przez podróżników do księcia Sanguszki. Są to: list od Carla Raswana, z 8 grudnia 1930 i listy od Ziętarskiego z Damaszku, z 23 marca oraz dwa z 1 kwietnia 1931. Dodatkowe informacje przynosi list pisany tuż po powrocie do Gumnisk, 13 maja 1931. Zarówno listy, jak i

Pałac w Gumniskach, rok 1931. Fot. NAC
Pałac w Gumniskach, rok 1931. Fot. NAC

wspomnienia Ziętarskiego niepozbawione są walorów literackich – ich autor potrafił opisywać swe perypetie plastycznie i zajmująco, z werwą i dużą dozą humoru. Jednak relacja „książkowa” tak ma się do epistolarnej, jak film hollywoodzki do prawdziwych wydarzeń, na podstawie których powstał scenariusz. Bohaterowie są więc piękniejsi i bardziej szlachetni, porażki mniej dotkliwe, a przygody barwniejsze, z obowiązkowym happy endem. Tymczasem te pół roku to była istna droga przez mękę! Jedynie ktoś o wyjątkowo silnej osobowości i wielkiej odporności psychicznej mógł nie tylko to wytrzymać, lecz i powrócić do domu „z tarczą”.

Księżna Konstancja Sanguszkowa (1864-1946) z małym Romanem, dłuta Antoniego Madeyskiego (1862-1939). Kaplica w dawnym pałacu Sanguszków. Fot. Krzysztof Dużyński
Księżna Konstancja Sanguszkowa (1864-1946) z małym Romanem, dłuta Antoniego Madeyskiego (1862-1939). Kaplica w dawnym pałacu Sanguszków. Fot. Krzysztof Dużyński

W momencie podjęcia ekspedycji 46-letni Bogdan Ziętarski (1884–1958), uznany fachowiec w dziedzinie hodowli i treningu wyścigowego koni, zarządzał stajnią wyścigową i stadniną Sanguszków w Gumniskach k. Tarnowa od trzech lat. Towarzyszył mu w podróży 9 lat od niego młodszy, ale cieszący się międzynarodowym uznaniem niemiecki znawca koni arabskich Carl Raswan (1893–1966, prawdziwe nazwisko: Carl Reinhard Schmidt), w tamtym czasie mieszkający już w USA. Eskapadę, mającą przywrócić świetność hodowli, mocno podupadłej na skutek kataklizmu, jakim była I wojna światowa i rewolucja bolszewicka, sfinansował (choć, jak się dowiadujemy, z ociąganiem) książę Roman Władysław Sanguszko, wówczas 29-letni (1901–1984), w którym, w dużej mierze pod wpływem Ziętarskiego, obudziły się ambicje kontynuowania tradycji rodu w dziedzinie hodowli koni arabskich. Przypomnijmy, że należąca do Sanguszków stadnina w Sławucie, założona ok. 1506 roku na Wołyniu, była, jak pisał prof. Witold Pruski w książce „Dwa wieki polskiej hodowli koni arabskich (1778–1978) i jej sukcesy na świecie” (1983), „drugą chronologicznie, a niewątpliwie pierwszą pod względem walorów stadniną Rzeczypospolitej”. 1 listopada 1917 r. uległa jednak całkowitej zagładzie. 85-letni książę Roman Damian Sanguszko, stryj Romana z Gumnisk, zginął z rąk bolszewików. W Gumniskach, którym początek dała Sławuta, a które prowadziły własną księgę stadną od 1836 roku, pozostało po wojnie tylko 8 klaczy matek i 3 ogiery. Ziętarski dokonał od 1927 r. wielu importów z Francji, Jugosławii i Węgier, ale wyprawa do Arabii miała być ukoronowaniem wszystkich tych starań. Należy zauważyć, że Sanguszkowie nie pierwszy raz sprowadzali pustynne konie: w latach 1804–1917 importowano do Sławuty ze wschodu, jak czytamy u prof. Pruskiego, 73 ogiery i 9 klaczy. Wyprawa Ziętarskiego była więc kolejną, ale też ostatnią z „romantycznych” i mocno awanturniczych wycieczek na wschód po konie, podejmowanych przez Europejczyków w XIX i XX stuleciu. Wkrótce zarówno świat Sanguszków, jak i koczowniczych plemion beduińskich hodujących konie czystej krwi miał przestać istnieć.

Mapka, wyrysowana własnoręcznie przez Bogdana Ziętarskiego i dołączona do listu do ks. Romana Sanguszki
Mapka, wyrysowana własnoręcznie przez Bogdana Ziętarskiego i dołączona do listu do ks. Romana Sanguszki

Wyprawa prowadziła trasą Konstantynopol-Aleksandria-Kair-Bejrut-Damaszek-Bagdad-Bahrajn-Nedżd; powrót zaplanowano przez Bagdad-Damaszek-Bejrut-Stambuł – stąd zaś rejs do Konstancy. Panowie wyznaczyli sobie spotkanie 16 listopada 1930 w Budapeszcie. Z Węgier do Konstantynopola wyruszyli 20 listopada, po wspólnym zwiedzeniu stadniny w Babolnie. Ziętarski w swej relacji raz podawał dokładną liczbę obejrzanych podczas podróży koni (np. w Egipcie ok. 1250, w Bahrajnie 43), a raz pisał o „kilkunastu”, „kilkudziesięciu” bądź „kilkuset”. Z mocno przybliżonych więc rachunków wynika, że musiało ich być mniej więcej dwa tysiące. Podróżnicy przemierzyli ok. 12000 km, zmagając się w tym czasie z malarią, głodem, awariami samochodu, niespodziankami ze strony pogody i niezliczonymi innymi przeciwnościami losu. „Z pokładu żegnam Wschód – pisał Ziętarski, kończąc swe wspomnienia, a odnosząc się do statku towarzystwa Lloyd Triestino „Abazia”, odpływającego 30 kwietnia 1931 ze Stambułu do Konstancy – z silnem postanowieniem nie powracania już nigdy w te strony”. Do Gumnisk dotarł Ziętarski 12 maja – a już następnego dnia wyjechał z dwoma ogierami na tor wyścigowy do Lwowa!

Kuhailan Haifi, Gumniska, 1931. Fot. NAC
Kuhailan Haifi, Gumniska, 1931. Fot. NAC

Pobyt na wschodzie dał się Ziętarskiemu we znaki, ale wyprawa zakończyła się sukcesem. Ziętarski wiózł bowiem dla Gumnisk, wśród innych koni, ogiera, który okazał się epokowym – Kuhailana Haifi or.ar. 1923, wyszukanego u beduinów Ruala. Ten zaś zapoczątkował ród wydający w dalszych pokoleniach coraz wspanialsze konie. Kuhailan Haifi uważany jest za najlepszego pustynnego araba sprowadzonego kiedykolwiek do Polski! Jego syn Ofir (uchodzący z kolei za najlepszego jego potomka) dał tzw. „wielką czwórkę”, czyli Wielkiego Szlema, Witraża, Witezia II i Wyrwidęba. Wielki Szlem dał z kolei Czorta, ojca El Paso. Witraż zasłynął jako ojciec Celebesa i Baska. Drugi import, Kuhailan Afas or.ar. 1930, wsławił się jako przodek Cometa 1953.

Jak Kuhailan Haifi na kamizelki pancerne został wymieniony

I właśnie okoliczności zakupu Kuhailana Haifi są opisane całkiem inaczej w „Pod namiotami Beduinów” i w liście wysłanym do księcia Sanguszki w marcu z Damaszku. We wspomnieniach tak opowiadał Ziętarski o przyjęciu, jakie zgotowali im obu z Raswanem gościnni beduini Ruala: „Szeik wybiera palcami mózg z czaszki jagnięcia, ugniata z ryżem i podaje mi wprost do ust, do zjedzenia”. Gdy rozmowa schodzi wreszcie na ogiery, „Szeik twierdzi skromnie, że nigdy nie

Rodowód Kuhailana Haifi. Jeździec i Hodowca, Pod namiotami Beduinów, 1931
Rodowód Kuhailana Haifi. Jeździec i Hodowca, Pod namiotami Beduinów, 1931

słyszał o tem, ażeby miał mieć dobre konie, że ogier jest, ale mały i mizerny, i że ze wstydem pokaże go nam, ale jest pewnym, że „wielkim panom” (huraga) z Europy, którzy znają cały świat, nie może się podobać”. Gdy przyprowadzono wreszcie owego „mizernego” ogiera, Ziętarski i Raswan pojmują, że znaleźli dokładnie to, o co im chodziło: „Nogi się pode mną ugięły, toż to koń, jakiego szukam. (…) Pierwszy raz w życiu, przy kupnie koni, doznałem uczucia, że mdleję (…) Późną nocą ogier był kupiony i odstawa omówiona. Nocujemy i o świcie wypłaciwszy cenę, odjeżdżamy”. Jaka to była cena, Ziętarski nie sprecyzował.

Tłumaczenie rodowodu Kuhailana Haifi. Jeździec i Hodowca, Pod namiotami Beduinów, 1931
Tłumaczenie rodowodu Kuhailana Haifi. Jeździec i Hodowca, Pod namiotami Beduinów, 1931

Tymczasem w liście do księcia z 23 marca czytamy nie o „wypłaceniu ceny” i spokojnym wyjeździe o świcie, lecz o ucieczce chyłkiem! Wzmiankowany niżej Fuaz to wnuk i jednocześnie następca tytularnego władcy Syrii, 96-letniego wówczas emira Damaszku Nuri Schalana (Amira Nuri as-Shaalan) – Faouaz Schalan (według innej pisowni, Fawaz as-Shaalan). Jak relacjonował Ziętarski we wspomnieniach, to „znacznie już podeuropeizowany, dwudziestokilkuletni młody człowiek”; przy tym „brat krwi” Raswana, z którym zaprzyjaźnił się podczas poprzednich wypraw Niemca na pustynię. Kapral, o którym czytamy w liście, to pochodzący z plemienia Akedat kapral Hammad z oddziału kawalerii wielbłądziej, przydzielony podróżnikom przez Wysokiego Komisarza francuskiego o nazwisku De Ponsot na przewodnika i tłumacza. Oto więc całkiem inna, nieznana do tej pory wersja zakupu Kuhailana Haifi:

Otrzymawszy pozwolenie, wyjechałem z kapralem i Raswanem na pustynię. U Sâaba, Fid’An, Wuold’ali beduinów nie znalazłem nic, u Ruala tj. u tych, którzy podlegają Fuazowi Emirowi, któremu ofiarowałem kamizelki, znalazłem o 800 km od Damaszku 8 l. ogiera Kuhailana gniadego, z małą głową, ładną, z dobrą odsadą ogona, długi, głęboki, nogi i kopyta w stanie fatalnym jak u wszystkich. Widziałem jednak po nim tak dobre młode klacze, że zdecydowałem się wydostać go koniecznie. Ogier ten należał do 40 właścicieli i był używany jako reproduktor. Powiedzieli mi, że absolutnie nie jest do kupienia. Na to postawiłem sprawę w ten sposób, że powiedziałem Fuazowi, że mam jego słowo, że mogę za kamizelki pancerne wybrać konie, jakie mi się podoba. Ja jestem skromny, nie chcę koni, tylko tego jednego konia. Fuaz na to zrobił minę jakby zjadł surową żabę, ale powiedział: słowo dałem, konia dostaniesz. Zaczęli się potem

Pancerz ochronny. Źródło: The French Army, L. Mirouze, S. Dekerle, wyd. Verlag Militaria 2008
Pancerz ochronny. Źródło: The French Army, L. Mirouze, S. Dekerle, wyd. Verlag Militaria 2008

charkotać między sobą, ile za niego dał Fuaz wielbłądów i owiec, nie wiem. Wieczór jednak powiedział nam niewolnik Fuaza, że najlepiej będzie, jak rano zwiejemy z obozu o wschodzie słońca i wyrwiemy wprost do Damaszku. Tak też i zrobiliśmy, upaliwszy pierwszego dnia 400 km, co wobec jazdy po stepie bez dróg było dość dobrym rekordem; pierwszą noc nocowaliśmy u beduinów z obcego plemienia, a drugą już w małym forcie francuskim, na trzecią byliśmy w Damaszku. Do dziś dnia nie wiem, czy to była komedja zaaranżowana na moją cześć, czy prawda. Raswan w każdym razie całą drogę zębami dzwonił i przeklinał mnie do dziesiątego pokolenia; wreszcie mu zagroziłem, że go z auta wyrzucę i uspokoił się.

Pancerz ochronny. Źródło: The French Army, L. Mirouze, S. Dekerle, wyd. Verlag Militaria 2008
Pancerz ochronny. Źródło: The French Army, L. Mirouze, S. Dekerle, wyd. Verlag Militaria 2008

Okazuje się więc, że koń wymieniony został na kamizelki pancerne! Jakim cudem Ziętarski i Raswan dysponowali wyposażeniem wojskowym? I co dokładnie mógł oznaczać termin „kamizelki pancerne” w 1931 r.? „Wszystko! – mówi Wojciech Potrzebnicki, historyk z Muzeum Wojska Polskiego, opiekujący się grupą zbiorów, w tym uzbrojeniem ochronnym. – Istniało wiele modeli, z różnych materiałów. A można je było dostać dość tanio z demobilu. Podczas I wojny światowej oddziały szturmowe używały wielu prototypów odzieży chroniącej przed odłamkami i pociskami. Była to ochrona ciała w postaci mniejszych lub większych płyt stalowych lub małych płytek mocowanych na skórzanym podkładzie, czyli po prostu rodzaj zbroi”. Polska armia w tamtym czasie nie stosowała podobnego wyposażenia, lecz w Policji Państwowej wprowadzono oficjalnie do użytku w 1930 r. kuloodporną zbroję płytową, której prototyp upubliczniono w 1929 r. Wyprodukowano 200 sztuk, ale ile było egzemplarzy prototypowych, nie wiadomo. Bardzo prawdopodobne, że to te kamizelki wiózł Ziętarski – choć nie można także wykluczyć ich wojskowego pochodzenia. „Pancerze, które produkowano w małych seriach, w Europie się nie przyjęły. Nie były cenione, bo nie sprawdziły się w bojowych warunkach europejskich. Po wojnie zaczęto się ich pozbywać – tłumaczy Potrzebnicki. – Można

Strój szturmowy policjanta - kuloodporna zbroja płytowa, 1929. Fot. NAC
Strój szturmowy policjanta – kuloodporna zbroja płytowa, 1929. Fot. NAC

je było kupić zarówno od Turków, jak i od Francuzów, Niemców czy Włochów. Czy podróżnicy nabyli je już na Bliskim Wschodzie, czy w Europie, nie miało pewnie większego znaczenia. Jeśli chodziło o proste osłony z wzmocnionego materiału, to nie zajmowały one aż tak dużo miejsca, jak te z metalu. Kilkadziesiąt sztuk można było spakować do jednej skrzyni”. Kamizelki, jak mówi historyk, mieściły się we wschodniej tradycji militarnej, bo były nowocześniejszą wersją kolczug czy bechterów, będących w powszechnym użyciu na Bliskim Wschodzie jeszcze w XX wieku. „Dla plemion prowadzących nieustające walki to był atrakcyjny towar – dodaje – z którego nabyciem w inny sposób mogli mieć kłopoty”.

Pancerz ochronny. Źródło: The French Army, L. Mirouze, S. Dekerle, wyd. Verlag Militaria 2008
Pancerz ochronny. Źródło: The French Army, L. Mirouze, S. Dekerle, wyd. Verlag Militaria 2008

Już w Damaszku Ziętarski spędzał bezsenne noce, umierając z niepokoju, czy Ruala dostarczą obiecanego ogiera. Mimo że wśród beduinów gościnność była rzeczą świętą i wiadomo było, że „obrażony gospodarz może na gościu poszukać odwetu dopiero w trzy dni i trzy godziny po wyjeździe gościa”, to jednak podróżnicy, opuszczając ich obóz o świcie, wykazali dość ograniczone zaufanie do gospodarzy. I nie wzrosło ono wcale po przybyciu do Damaszku. Pisząc do księcia 23 marca, Ziętarski nie miał jeszcze żadnych wieści o Kuhailanie Haifi:

Obliczam, że ogier idący w towarzystwie uzbrojonych jeźdźców na wielbłądach i dojnych wielbłądzic, by było mleko do pojenia go w drodze, nie jest w stanie dziennie zrobić więcej jak 25 km, jeśli ma dojść żywy, więc do 5go nie zdąży do Damaszku, a tem bardziej do Beyrouth. Muszę więc czekać na niego i na klacze, których też jeszcze nie ma.

Herb Sanguszków - Pogoń Litewska. Jeden z niewielu zachowanych w pałacu w Gumniskach mebli. Fot. Krzysztof Dużyński
Herb Sanguszków – Pogoń Litewska. Jeden z niewielu zachowanych w pałacu w Gumniskach mebli. Fot. Krzysztof Dużyński

1 kwietnia donosił zaś księciu, czyniąc już zresztą plany hodowlane (wspomniana niżej Fantazja 1922, od Muszki/Omar Pasza III, to córka pochodzącego ze Sławuty og. Linkoln 1911 – jednak do połączenia jej z Kuhailanem Haifi w końcu nie doszło):

Dzisiaj częściowo minęły moje niepokoje. Przyszedł gniady ogier z pustyni. Przez tydzień nie mogłem spać ze strachu, że konia nie dostanę. Francuzi wysłali karną ekspedycję i rozbrajają beduinów. Nie ma mowy, żeby się na pustynię dostać. Obawiałem się, że wobec tych wypadków konia dostarczyć nie mogą, a tu kamizelki dałem i z jakim czołem wracać do Gumnisk bez ogiera. Książę Pan się będzie śmiał z tego, ale ja bym już takiego drugiego tygodnia w życiu nie chciał przebyć. (…) Ogier ma oba kolana rozbite, ale to się zagoi. Zmęczony strasznie, ale wygląda wesoło. Teraz jeszcze troska, czy się JO Księciu Panu będzie podobał. Łeb ma duży, ale bardzo szlachetny, ogon nosi wspaniale, co już trudno na pustyni znaleźć. Koniecznie chciałbym nim już w tym roku pokryć Fantazję.

Gumniska. Fot. NAC
Gumniska. Fot. NAC

Marcowy list pokazuje iście sienkiewiczowski temperament Ziętarskiego. Dlaczego w swej późniejszej relacji nie napomknął o ucieczce z obozu Ruala? Nietrudno się domyślić, że wolał milczeć o czymś, co można było zakwalifikować jako handel bronią, choć wówczas nie było tak restrykcyjnych przepisów w tej dziedzinie jak dzisiaj i przetransportowanie kamizelek pancernych przez pół świata (jeśli zostały nabyte w Europie) nie musiało wcale być ogromnym problemem. „Gdyby ktoś o takich koneksjach jak książę Sanguszko chciał przewieźć tą trasą nawet armatę – śmieje się Wojciech Potrzebnicki – to podejrzewam, że też by sobie poradził”. Jednak dostarczenie wyposażenia wojskowego na pustynię mogłoby zostać uznane za sprzyjanie jednej ze stron konfliktu, a tego wysłannicy księcia staraliby się z całą pewnością uniknąć. Plemiona koczownicze były w stanie wojny z królem Ibn Saudem, który, jak tłumaczył Ziętarski, „rozgromił Beduinów zupełnie, a ich hodowlę zniszczył, zabierając im konie, które wcielił do swojej kawalerji, część zaś rozdarował pomiędzy osiadłych Arabów, swoich krewnych i zwolenników”. Rzeczywiście, Abd al-Aziz ibn Saud (1880–1953), wódz plemienny i przywódca religijny wahhabitów, od 1902 władca Rijadu, podbił niezależne księstwa Półwyspu Arabskiego, a w 1932 r. ogłosił nowe królestwo – Arabii Saudyjskiej. Koczownicze plemiona burzyły się także, o czym napomknął Ziętarski w liście z 1 kwietnia (Francuzi wysłali karną ekspedycję i rozbrajają beduinów) przeciwko potęgom kolonialnym, które w tamtym czasie administrowały w rejonie – Francja w Syrii i Libanie, Wielka Brytania w Iraku, Palestynie i Transjordanii (tzw. terytoria mandatowe). Tak więc, to dość oczywiste, że korzystający z francuskiej uprzejmości podróżnicy nie chcieli przyznać się do dozbrajania beduinów, chociaż zapewne zawartość skrzyń, przyjmując, że tak właśnie kamizelki były pakowane, tłumaczyliby w razie kontroli jako zwykłe upominki dla gospodarzy (jak wyglądać mogły owe kamizelki pancerne, pokazują ilustracje).

Pieniądze, a raczej ich brak

Książę Roman Sanguszko z Achmetem, 1931. Fot. NAC
Książę Roman Sanguszko z Achmetem, 1931. Fot. NAC

W „Pod namiotami Beduinów” Ziętarski nie wspomniał również ani słowem o kłopotach finansowych, z jakimi stale borykał się podczas wyprawy. Nie zamierzał pewnie stawiać w złym świetle swego chlebodawcy, księcia Sanguszki, jako tego, który skąpi środków swym pełnym poświęcenia wysłannikom, albo też siebie, jako kierownika wyprawy, który źle zaplanował wydatki i nadmiernie przedłużył pobyt na wschodzie. W każdym razie, w książce nie znajdziemy wzmianki o pieniądzach, za to listy pisane są w zasadzie w tej jednej, jedynej sprawie, a opisywane perypetie wydają się ją tylko umiejętnie „maskować”. 23 marca Ziętarski uskarżał się:

Najgorzej z kasą, bo nie przewidziałem tych wszystkich przeszkód i nie liczyłem się z tem, że za kamizelki dostanę tylko ogiera, a resztę będę musiał kupić, jak również nie przypuszczałem, że będę musiał siedzieć w Damaszku z końmi i dwoma ludźmi do kwietnia i jeszcze transport do Beyrouth, a w kasie mam 100 funtów. Po pierwszym muszę Raswanowi zapłacić dyjety za 15 dni, no sam mieszkać, żyć i utrzymać konie, a wreszcie opłacić transport i nasze bilety do Constanzy. Najgorzej, że Cook dotychczas nie przysłał mi zestawienia, co będzie kosztować transport. (…) Bardzo mi to niemiło, że muszę jeszcze raz kołatać do kieszeni J.O. Księcia Pana, ale muszę prosić o wykupienie mnie z niewoli syryjskiej i przysłanie 2000 $. (…) Bardzo J.O. Księcia Pana przepraszam za to, że zmuszony byłem zwrócić się jeszcze raz o pieniądze, ale naprawdę zdaje mi się, że w tem więcej jest winy w zbiegu okoliczności, niż mojej niedokładności. Zrobiłem cały plan hodowlany na długi okres czasu i chciałem zebrać całkowity potrzebny do tego materiał. Zresztą nawet gdybym jednego lub 2 konie mniej kupił, nie zmieniłoby to sytuacji. Mam tu jeszcze trudności z urzędem cłowym z powodu przedłużenia pobytu koni w Damaszku, ale z tego wykręcę się, mam nadzieję, niewielkim bakszyszem.

1 kwietnia apelował dramatycznie, podając nawet księciu szczegółowe instrukcje:

Proszę mi darować, że tak nieskładnie piszę, ale te wszystkie trudności orjentalne wyprowadziły mnie z równowagi. Jeśliby JO Książę Pan był łaskaw przekazać pieniądze przez bank Rothschilda we Wiedniu, to najlepiej tak zrobić. Rothschild, żeby wypłacił pieniądze w biurze Cooka we Wiedniu z poleceniem, by tenże zatelegrafował do Cooka w Bejrut, żeby mi ten pieniądze wypłacił.

Achmet w salonie. Przewodnik Katolicki, 2.03.1930
Achmet w salonie. Przewodnik Katolicki, 2.03.1930

W swym długim na osiem stron liście z marca (plus mapka) Ziętarski zawarł ciekawe szczegóły dotyczące także innych zakupionych przez siebie koni. Okazuje się, że klacz Szeikha or.ar. 1923 została pokryta pustynnym ogierem przed podróżą. Niestety, do Gumnisk trafiła nieźrebna. O tej „znanej dziś w całej dolnej Arabji” klaczy rozpisał się niemało w „Pod namiotami Beduinów”: „Klacz ta była własnością głównego szeika Muthea Beduinów Damisch-Hadżi-Bega. Damisch, walcząc przeciw Ibn Saudowi, prowadził szeroki zagon na czele 800 ludzi na wielbłądach i 300 na klaczach (…) Po zajadłej obronie, cały oddział Damischa został wytępiony”. Sekretarz Damischa, który dosiadał Sheikhi, zdołał uciec, zostawił za sobą pościg i skierował się do najbliższej studni, odległej o 80 km. Ta jednak była zajęta przez patrol Ibn Sauda. Zawrócił więc, ciągle galopem, na pustynię i uciekał przez kolejne 100 km, aż do Kuwejtu. Sheikha przebyła całą tę trasę bez jedzenia, picia ani odpoczynku. „Postanowiłem klacz tę odnaleźć i kupić – pisał Ziętarski. – Po dwutygodniowych poszukiwaniach i z iście wschodnią chytrością prowadzonych wywiadach, dowiedzieliśmy się z pewnością, że klacz tę odziedziczył po zabitym Damischu, jako najbliższy krewny, szeik z plemienia Montefik”. Niełatwo przyszło im przekonać szejka, że nie są szpiegami Ibn Sauda. W końcu jednak szejk, który początkowo wypierał się, że cośkolwiek wie o klaczy, zgodził się ją sprzedać. Była ukryta „w okolicy, gdzie wszystkiego raczej byłbym się spodziewał, niż konia”. O tym, jak wiele cierpliwości trzeba było wykazać w kontaktach z Arabami, z właściwym sobie poczuciem humoru opowiadał Ziętarski, przytaczając arabskie przysłowie: „Es – Sábár min – er Rahman / El – Ajal min – esch – Sheitan”, co oznacza: „Cierpliwość od Boga dana / pośpiech zasię od Szatana”. „Jeśli to prawda – konkludował Ziętarski – to Szatan na Wschodzie już dawno skończył na spleen”.

A oto fragment listu dotyczący Sheikhi:

Pisząc o koniach z Bagdadu, zapomniałem dodać, że Szejcha paliła się i pokryłem ją bardzo pięknym ogierem Kohajlan Abu Dżinoub z Deprt francuskiego. Jeśli zaźrebieje, to na przyszły rok do źrebaka, który również będzie miał prawo być zapisanym do księgi stadnej jako importowany (importowany w łonie matki).

Pod tym kamieniem spoczywa Achmet. Fot. Krzysztof Dużyński
Pod tym kamieniem spoczywa Achmet. Fot. Krzysztof Dużyński

Z kolei roczny Kuhailan Ajouz or.ar. 1930, wypatrzony u beduinów Would’ali, który potem dał sprzedanego do Babolny ogiera Wezyr 1936, był, zdaniem Ziętarskiego, kandydatem do tego, by zastąpić zasłużonego i ulubionego wierzchowca księcia, Achmeta. Achmet był tak zaprzyjaźniony z rodziną Sanguszków, że po lakierowaniu kopyt wprowadzany był na parkiety pałacu. Dziś on i sześć psów leżą pod ogromnym kamieniem obok dawnego pałacu sanguszkowskiego. Ma więc Achmet swój nagrobek, a siadanie na tym kamieniu, według lokalnej tradycji, przynosi ponoć szczęście. Tak pisał Ziętarski:

Roczniaków na pustyni nie zastałem, bo oddali je z powodu strasznej posuchy, jaka tego roku panuje, na folwarki w okolicy Damaszku na pastwisko. Powróciwszy z tej wyprawy, zaraz na drugi dzień wyjechałem do tych miejscowości, gdzie były źrebaki. Odległość od Damaszku od 40-150 km. Zrobiłem w ten sposób, że najpierw ponotowałem sobie źrebaki i potem powtórnie pojechałem po najlepsze. Kupiłem roczniaka, kasztanka złotego Kohajlan Ajouz z domieszką Saklawi i Hamdani. Wydaje mi się on najpiękniejszy z całej stawki i mam nadzieję, że kiedy zluzuje Achmeta i będzie chodził do salonu. Ma maleńką gwiazdkę i białą pęcinkę w koronie. A cena 22 funty złote loco Damaszek.

Widok rozciągający się z pałacu w Gumniskach. Fot. Krzysztof Dużyński
Widok rozciągający się z pałacu w Gumniskach. Fot. Krzysztof Dużyński

Kończył swój list Ziętarski, pokazując księciu, że choć daleko i zajęty egzotycznymi podróżami, nie zapominał o koniach, które pozostały w Gumniskach: – Chwała Bogu wszystko zdrowe, a źrebak po Erze i Nedjari bardzo piękny (podobno). Jednak Era 1921 po Mahomet, laureatka srebrnego medalu i pierwszego miejsca na Wystawie Krajowej w Poznaniu w 1929, jak podaje Roman Pankiewicz w „Polskiej hodowli koni czystej krwi arabskiej 1918–1939”, „nie zasłużyła się w hodowli i w 1933 roku została przeniesiona do półkrwi”. Zdaje się więc, że jej źrebak po francuskim Nedjari 1926 (po Nibeh or.ar.), sprowadzonym do Gumnisk przez Ziętarskiego w 1929, nie spełnił pokładanych w nim nadziei, choć kilka lat wcześniej, w liście z Paryża, pisał Ziętarski do księcia, iż kupno Nediari do Gumnisk będzie przełomową epoką.

O czym do księcia pisał Carl Raswan

Carl Raswan w 1927 r. Źródło: Wikipedia
Carl Raswan w 1927 r. Źródło: Wikipedia

Carl Raswan do księcia pisał po angielsku i… także chodziło mu głównie o pieniądze. Niemiec prosił o dodatkowe środki na zakup doskonałej, według niego, klaczy:

Wydaje się być siostrą Nedjari. Ma taki sam typ i wygląda jak z tej samej hodowli. Spośród kilku setek koni (zapewne ok. 600), które obejrzeliśmy, ta jedna jest wybitna. Ma typ, o którym w Polsce powiedzą: „Ależ arab!” i ani p. Z., ani ja nie będziemy zawstydzeni, że ją kupiliśmy, ani nie będzie nam wstyd pokazać ją gdziekolwiek w Europie. Trzyletnia, kasztanka, biegała na torze, wygrywając. Jest dokładnie tym, czego szukamy – typ, hodowla, głowa, nogi, odsada ogona, klacz stadna i wyścigowa w jednym. – Ma jedną wadę, kosztuje 880 funtów, wliczając w to prowizję zarządcy stadniny. Ja bym już ją kupił (zarządca żądał początkowo 1200 funtów i tkwimy w „martwym punkcie” 880), jednak p. Ziętarski nie chce płacić tak dużej sumy już teraz, mieliśmy na ten temat kilka przyjaznych sprzeczek, i zdecydowaliśmy, że najlepiej będzie poczekać, aż dotrzemy do Bagdadu. Po przemierzeniu Arabii, a przed powrotem do Europy, powinniśmy ją odebrać. Żaden z nas nie przypuszczał, że znajdziemy klacz tej klasy w Egipcie, żaden z nas też nie zamierzał wydawać takiej sumy na konia. Ale to wydaje się przypadek analogiczny do Nedjarego. – Znaleźliśmy diament od razu na początku naszej podróży, a teraz musimy jeszcze znaleźć 6 roczniaków i ogiera, by uczynić p. Z. całkiem szczęśliwym. On już stwierdził, że uważałby naszą podróż za udaną, nawet jeśli mielibyśmy powrócić tylko z tą jedną klaczą, dlatego że każdy w Polsce by mu jej zazdrościł (a w konsekwencji i Panu). Ja oczywiście nie „rozporządzam” Pana pieniędzmi, nie mogę jej kupić, ale p. Z. jest podwójnie ostrożny i napisze do Pana, by prosić o przesłanie wystarczającej sumy do Bagdadu. – Mam nadzieję, że Pan to zrobi, bo bardzo bym chciał, by ta klacz była Pana własnością – jest ona uosobieniem czystej krwi.

Wejście do kaplicy pałacowej. Fot. Krzysztof Dużyński
Wejście do kaplicy pałacowej. Fot. Krzysztof Dużyński

Cóż, kiedy klacz ta, której imienia nie znamy, nie trafiła w końcu do Gumnisk. Nie wspomniał o niej choćby słowem Bogdan Ziętarski. Owszem, napomknął w „Pod namiotami Beduinów” o 2-letniej siwej klaczce, która w Kairze zwróciła jego uwagę, ale była nie do sprzedania. Jednak ta z listu Raswana to 3-letnia kasztanka. Prawdopodobnie książę nie wysłał potrzebnej sumy. Jak czytamy w listach, pryncypał często pozostawiał swych wysłanników samym sobie… Brak jakiejkolwiek wzmianki o tak znakomitym, jak wynika z entuzjastycznego opisu Raswana, koniu, może świadczyć o tym, że z niedoszłą transakcją wiązała się przykra dla Ziętarskiego porażka.

Obaj panowie zacieśnili podczas podróży swą przyjaźń. Dał temu wyraz Raswan w liście do księcia. Nie ma powodu, by przypuszczać, że pochwały jego były nieszczere, choć oczywiście należy pamiętać, że to Ziętarski był szefem wyprawy i wypłacał Raswanowi dniówki.

Wasza Wysokość – pragnę podziękować za zaufanie, jakim obdarzył mnie Pan, wysyłając do Arabii razem z p. Bogdanem Ziętarskim, który okazał się nadzwyczaj odpowiednim towarzyszem. Dzień po dniu przekonuję się coraz bardziej, że jest on jednym z najlepszych żyjących dziś koniarzy. Zbyt dużo się dzieje, by wszystko opisać ze szczegółami – tyle mamy wspólnie z p. Z. ciekawych doświadczeń w różnych stajniach i na torach. Mam jednak nadzieję, że będę miał przyjemność zdać pełną relację któregoś dnia w Gumniskach, gdy nasza podróż dobiegnie końca.

Tak wygląda dzisiaj maneż w Gumniskach. Fot. Krzysztof Dużyński
Tak wygląda dzisiaj maneż w Gumniskach. Fot. Krzysztof Dużyński

Według Raswana, nie tylko on jeden był pod wrażeniem fachowości Ziętarskiego. Także p. Branche, szef Departamentu Weterynarii egipskiego Ministerstwa Rolnictwa, a zarazem dyrektor stad Societé d’Agriculture oraz kierownik stadniny książąt Mohameda Ali i Kemmal-El-Din, podzielał jego opinię:

Dr Branch był zaskoczony spotkaniem z tak fantastycznym koniarzem, jak p. Ziętarski, i był tak rozentuzjazmowany, że przetrzymał p. Z. aż do godziny 8 wieczorem w stajniach Towarzystwa Rolniczego, zarzucając go pytaniami i pokazując konie, jeszcze raz i jeszcze raz. P. Ziętarski nie tylko umiał je ocenić, ale był w stanie, patrząc na źrebięta, określić ich pochodzenie.

Raswan, jak wynika z listu, zajmował się także interesami księcia w Ameryce. Dowiadujemy się, ile miały kosztować: wywodzący się ze sławuckiej linii żeńskiej Sapieha ~1810 og. Vali 1927 (Gazal-1 – Valide/Siglavi-Bagdady II) oraz urodzony w Gumniskach doskonały wyścigowiec Ibrahim 1925 (Narzan – Lida/Sułtan or.ar.), wnuk ogierów importowanych ongiś ze wschodu, który w sezonie letnim 1928 wygrał największą sumę spośród startujących na torze w Piotrkowie koni arabskich – 2600 zł.

Razem z p. Z. poczyniliśmy ustalenia co do Ibrahima i Valego. Ibrahim za 12 000 $, a Vali za 3 000 $. Z tego 10% dla mnie (na poczet ubezpieczenia i transportu). Poprosiłem moich amerykańskich przyjaciół, by przesłali sumę zakupu do konsulatu amerykańskiego w Budapeszcie. Mógłbym tam zapłacić p. Z. i odebrać Ibrahima. Tak czy inaczej, mam sześć listów w Ameryce w odpowiedzi na moje ogłoszenie i jestem pewien, że ujrzy Pan Ibrahima w USA jeszcze przed latem. Vali musi zostać sprzedany za więcej niż 3000 $, ponieważ Pan musi dostać za niego pełne 3000 $. Koń nie opuści Polski przed 1931.

Żaden z tych koni nie został jednak w końcu wyeksportowany do USA. Z listu Ziętarskiego z 1 kwietnia wiemy, że Raswan był spokojny o ewentualną sprzedaż Kuhailana Haifi do Ameryki, gdyby ten księciu nie przypadł do gustu: – Raswan powiada, że gdyby się JO Księciu Panu nie podobał, to go w jesieni za 8000 $ kupi do Ameryki.

Kto czekał na Ziętarskiego po jego powrocie do Gumnisk

Platan rosnący naprzeciwko głównego wejścia do pałacu. Fot. Krzysztof Dużyński
Platan rosnący naprzeciwko głównego wejścia do pałacu. Fot. Krzysztof Dużyński

Półroczna ekspedycja, mimo piętrzących się stale gigantycznych trudności i zawiedzionych, jak w przypadku owej egipskiej klaczy, nadziei, przyniosła niewątpliwie wspaniałe rezultaty. Prócz najcenniejszego z tej stawki gniadego Kuhailana Haifi, kasztanowatych Kuhailana Ajouz i Szeikhi, Ziętarski i Raswan przywieźli do Gumnisk ogiery Kuhailan Kruszan or.ar. 1927 (kasztanowaty), Kuhailan Afas or.ar. 1930 (gniady) oraz trzy kasztanowate klacze: Hadba Inzihi or.ar. 1930, Rabda Khuszaiba or.ar. 1927 i Hamdani Semrie or.ar. 1930; do Babolny zaś dodatkowo gniadego ogiera Kuhailan Zaid or.ar. (1923 lub 1925). Tak pisał Ziętarski 1 kwietnia: – W życiu już nie chciałbym drugi raz przerobić coś podobnego co teraz. Jedna myśl co mnie podtrzymuje, że teraz w Gumniskach będzie najlepsze stado na świecie.

Dzięki kolejnemu listowi, wysłanemu z Gumnisk nazajutrz po powrocie, 13 maja 1931, wiemy, iż Ziętarski nie doczekał się ani tak niecierpliwie wypatrywanych środków, ani konwojentów, o których także prosił. Musiał zaciągnąć pożyczki, by zapłacić za pozostałe konie i za podróż powrotną. A jego kłopoty finansowe bynajmniej się nie skończyły.

Do Beyrouth pieniądze od JO Księcia Pana nie nadeszły, jak również konwojenci nie przyjechali. (…) Węgrzy pożyczyli mi 1000 $ i to mnie częściowo uratowało. (…) Bardzo uprzejmie proszę o przysłanie mi do Lwowa 2600 $, bo muszę popłacić porobione długi. (…) Przyjechałem do Gumnisk bez pieniędzy. P. Pełnomocnik odmówił mi wypłacenia zaległej pensyi, a na wyjazd do Lwowa dał mi tylko 1000 zł. (…) Bardzo proszę o dolary, bo jeśli teraz w terminie nie oddam, to drugi raz mi nie pomogą.

Tędy wprowadzano Achmeta do salonu. Fot. Krzysztof Dużyński
Tędy wprowadzano Achmeta do salonu. Fot. Krzysztof Dużyński

Ziętarskiego musiały przygnębiać niekończące się problemy finansowe. W jego listach pojawiał się nieraz ton desperacji, a za uprzejmymi słowami krył się niewątpliwie żal do mocodawcy, że naraża go na dodatkowe stresy, jakby sama arcytrudna wyprawa mało mu ich dostarczała. Zapewne pragnąłby także, aby książę Sanguszko wykazał więcej zainteresowania dla efektów tej wyjątkowej ekspedycji. Tymczasem księcia nie było w Gumniskach, gdy konie z pustyni nareszcie tam dotarły. Nawet wspomniany pełnomocnik nie zechciał poświęcić Ziętarskiemu czasu. – Osobistej audyjencyi nie otrzymałem – skarżył się hodowca, najwyraźniej mocno poirytowany, w cytowanym liście. Wygląda więc na to, że nikt w Gumniskach nie oczekiwał z niecierpliwością jego powrotu. Inaczej okoliczni hodowcy. – Z niepokojem oczekuję wyroku w sprawie importów z ust JO Księcia Pana. Widział je Raciborski, wyjechał prawie nieprzytomny – donosił Ziętarski. Z owego zachwytu dobry był pożytek, bo, jak pisał prof. Pruski, hodowczyni Teresa Raciborska uzyskała ze stanówek Kuhailanem Haifi bardzo dobre klacze: Donia 1933, Mufta Maleńka 1933, Seniora 1933, Sumaka 1934 oraz Tajga 1934. Niejaka obojętność księcia brała się zapewne stąd, że w tamtym czasie był ogromnie zajęty innymi sprawami. Po pierwsze, jesienią 1930 r. poznał swą wielką miłość, długoletnią kochankę, a potem żonę Wandę Krynicką. Spotykali się głównie w Wiedniu, więc książę nader często bawił za granicą. Po drugie, bardziej interesowała go motoryzacja niż konie. „Roman Sanguszko początkowo nie wykazywał większego zamiłowania do koni, z pasją natomiast zajmował się samochodami, których miał dużo rozmaitych marek i był doskonałym kierowcą” – przyznawał prof. Pruski, zaznaczając jednak, że książę położył spore zasługi dla hodowli „trafnymi decyzjami i racjonalnymi nakładami pieniężnymi”. Nakłady te, podczas załamania gospodarczego, które (na skutek kryzysu światowego) dotknęło Polskę w 1930 r., nie mogły być prawdopodobnie tak wysokie, jak wcześniej obaj z Ziętarskim zakładali. Stąd pewnie wzięło się niedofinansowanie wyprawy na pustynię… Dodajmy jeszcze tylko, iż Ziętarski przywiózł ze sobą, prócz koni, dwa kompletne stroje arabskie (w jednym z nich pozował potem do zdjęć) oraz perski sztylet w prezencie dla księcia: – Adamowi oddałem dwa kompletne stroje arabskie. a od siebie ośmielam się załączyć dla JO Księcia Pana handżar jako dowód pamięci.

Ziętarski zdawał sobie sprawę z tego, że to być może ostatnie już importy ze wschodu. Był inteligentnym człowiekiem i rozumiał, że świat ten odchodzi w przeszłość. Tak podsumowywał swą podróż w „Pod namiotami Beduinów”: „Dziś, gdy myślę o tem, co widziałem w stepach Arabji, śmiało mogę powiedzieć, że mojem silnem przekonaniem jest, że koń Beduinów pod względem zdrowia, wytrwałości i budowy (głębokość, krótkonożność i ożebrowanie) przewyższa wszystkie inne rasy na świecie. Niestety, wyjechałem pod wrażeniem, że hodowla ta kończy się gwałtownie (…) Beduini osiedlają się, a dla osiadłego wielbłąd, owca i osioł daleko większą przedstawiają wartość praktyczną, niż koń rasowy. Kryją już stosunkowo małą ilość klaczy, a jeśli z urodzonych źrebiąt ginie w pierwszym roku 80-90%, to łatwo zrozumieć, że niedługo na stepach Arabji koń będzie większą rzadkością niż auto”. Ziętarski miał jednak nadzieję, że najlepszy typ konia arabskiego uda się utrwalić dzięki importom, właściwej hodowli „w czystych rodach” i selekcji wyścigowej: „W niedługim już może czasie, hodowcy arabów będą musieli już nie na Wschodzie, lecz w Polsce szukać takich koni, jakich ja w tym roku szukałem”. Imponująca dalekowzroczność!

Dalsze losy ludzi, koni i dokumentów

Witraż, fot. archiwum
Witraż, fot. archiwum

Tymczasem jednak historia – nie po raz pierwszy – okrutnie obeszła się i z ludźmi, i z końmi. Gigantyczny wysiłek, logistyczny i finansowy, wymagający często heroicznego uporu i niezmierzonej cierpliwości, w wielkiej mierze został zaprzepaszczony. Co się stało z importowanymi końmi, prześledził Roman Pankiewicz.
Kuhailan Haifi padł już w 1934 roku (gdy zachorował, sprowadzono lekarza z Wiednia, ale i jemu nie udało się go uratować), pokrywszy zaledwie cztery klacze. Trójkę spośród czworga uzyskanych (i sprzedanych) źrebiąt wyeksportowano. Był jednak udostępniany na klacze spoza stadniny. To janowska Dziwa po Abu Mlech dała epokowego Ofira.
Kuhailan Kruszan, od którego uzyskano 23 źrebaki (łączono go m.in. z Sheikhą) przepadł w 1939 roku, a jego potomstwo w większości zaginęło w 1945.
Kuhailan Afas w Gumniskach pokrył tylko jedną klacz; z tego połączenia urodziła się klacz Birma 1939, która zaginęła w 1945 r. Jego syn Bad Afas, dziadek Cometa, urodził się nie w Gumniskach, lecz w Zabawie. Pustynny ogier zaś zaginął w 1939 roku.
Dzielna Szeikha, podobnie jak jej liczne córki, zaginęła w 1945. Ocalała jej wnuczka, kara Ferha 1943, późniejsza matka og. Faher.
Hadba Inzihi podzieliła los Szeikhi.
Rabda Khuszaiba padła w 1946. Wcześniej pokryto ją dwukrotnie Kuhailanem Kruszanem. Urodzona z tego połączenia klacz Arosa 1938 zaginęła w 1945, a potomstwo jej pełnego brata, ogiera Urkub, również przepadło.
Losy Hamdani Semrie są nieznane.
Kuhailan Zaid zasłużył się za to w Babolnie. Ostatnie jego potomstwo urodziło się w 1946.

W 1945 nastąpił kres stadniny w Gumniskach, która podczas okupacji nadal prowadzona była przez Bogdana Ziętarskiego. Konie zaginęły podczas ewakuacji w okolicach Nowego Tomyśla; najprawdopodobniej trafiły w ręce wojsk radzieckich. Cześć młodzieży pozostawiono w Racocie; konie te, jak ustalił Roman Pankiewicz, biegały potem na wyścigach, ale dla hodowli zostały praktycznie stracone – wykorzystano jedynie niewielką ich część.

Sam Ziętarski po wojnie pracował jako kierownik źrebięciarni koni roboczych w PGR Milicz. Prawdopodobnie o tym, że jego ogromne doświadczenie i wiedza nie zostały nigdy wykorzystane w nowym ustroju, zdecydowała jego poprzednia praca u księcia Sanguszki. Jak wspomina Pankiewicz, Ziętarski mieszkał w niezwykle prymitywnych warunkach. Miał do dyspozycji pokoik z wychodkiem na podwórku, a po wodę musiał chodzić do obory. Jego zasługi odeszły w niepamięć. „Historia jednych wynosi, innych przysypuje popiołem – mówi ze smutkiem Pankiewicz. – Jego przysypała popiołem, a był to wybitny człowiek”.

Roman Sanguszko w 1939 r. dostał się przez Węgry do Francji. Po okresie tułaczki osiadł w Sao Paulo w Brazylii. Nigdy nie odwiedził już Polski. Zmarł w 1984 r. Jego matka, księżna Konstancja, zmuszona do opuszczenia pałacu, zamieszkała w kompleksie sufraganii przy tarnowskiej katedrze. Zmarła w 1946. Jego wnuk Paweł (ur. 1973), ostatni żyjący męski potomek rodu, urodził się i wychował w Brazylii, a obecnie mieszka we Francji. W 2010 r. przyszła na świat jego córka Olimpia.

Dyr. Jerzy Sokoła przed pałacem Sanguszków, dziś Zespołem Szkół Ekonomiczno-Ogrodniczych w Tarnowie. Fot. K. Dużyński
Dyr. Jerzy Sokoła przed pałacem Sanguszków, dziś Zespołem Szkół Ekonomiczno-Ogrodniczych w Tarnowie. Fot. K. Dużyński

Majątek Sanguszków znacjonalizowano. Pałac w Gumniskach w 1947 przekształcono w szkołę (dziś jest to Zespół Szkół Ekonomiczno-Ogrodniczych w Tarnowie) i prawdopodobnie dzięki temu ocalał. Szkoła kontynuuje tradycję towarzystwa ogrodniczego założonego przez Eustachego Sanguszkę w 1881. Istnieje też nadal część stajni, wraz z maneżem – ale jako baza PKS. Jak tłumaczy dyrektor szkoły Jerzy Sokoła, wnętrza budynku w zasadzie nie przebudowano – gdyby pootwierać wszystkie drzwi, można by w ogóle nie wychodzić na korytarz. Oczywiście pomieszczenia służą innym niż za Sanguszków celom – np. w dawnej sali balowej jest aula, a korytarz był kiedyś jadalnią. W dzisiejszej czytelni, dawnym gabinecie księcia, zachował się piec kaflowy, a przed dzisiejszą pracownią chemiczną – basen na ryby potrzebne w pałacowej kuchni. Dyrektorski gabinet mieści się w dawnym gabinecie księżnej Konstancji. To tędy wpuszczano „na pokoje” ulubieńca rodziny, Achmeta. W wielu miejscach nadal można podziwiać sanguszkowskie drzwi i bukowo-dębowe parkiety, które – podobnie jak oryginalne drewniane schody – okazały się odporne na tupot nóg 550 uczniów, dzień w dzień przemieszczających się z sali do sali. Budynek jest niezwykle wytrzymały – jak przyznaje dyrektor Sokoła, do tej pory nie remontowano dachu, a przeprowadzony w latach 80. remont elewacji polegał właściwie tylko na zatarciu ścian zaprawą białego cementu z żółtym piachem. Park został mocno przerzedzony, ale nadal można tu podziwiać ponad dwustuletnie drzewa, w tym najcenniejszy pomnik przyrody regionu tarnowskiego, rozłożysty platan, rosnący naprzeciwko wejścia do pałacu. „Siła tradycji ma na pewno wpływ na naszych uczniów – mówi dyr. Sokoła. – Nasza młodzież szanuje historyczne otoczenie, w którym ma szczęście się uczyć”.

Marek Tomaszewski z teczką zawierającą dokumenty sanguszkowskie. Fot. Krzysztof Dużyński
Marek Tomaszewski z teczką zawierającą dokumenty sanguszkowskie. Fot. Krzysztof Dużyński

Po wojnie bogata biblioteka sanguszkowska uległa rozproszeniu. Cytowane listy, a także szereg innych dokumentów i korespondencji (także od Ziętarskiego, w tym listy z Paryża), pochodzącej z prywatnego archiwum księcia Sanguszki, ma dziś w swojej kolekcji tarnowianin Marek Tomaszewski, który zbiera stare tarnowskie pocztówki, ale także inne pamiątki związane z jego rodzinnym miastem. Często wyszukuje eksponaty na Allegro. I właśnie tam, jak opowiedział polskimarabom.com, pięć lat temu wystawiono raport księgowy dotyczący gotówki, depozytów i akcji należących do Sanguszków. „Wydaje mi się, że musiał to być tajny dokument, bo kto się chwalił wtedy, ile ma gdzie pieniędzy? – mówił nam Tomaszewski. – Oprócz tego, były jeszcze dwa inne dokumenty. Wszystkie udało mi się wylicytować”. Sprzedawca poinformował kolekcjonera, że ma więcej tego typu papierów. „Pojechałem do Krakowa – relacjonował dalej Tomaszewski – okazało się, że ten człowiek był oficerem wojska. Pokazał mi tę teczkę, patrzę, rzeczywiście, stara kaligrafia, nazwisko Sanguszków… Zapytałem: Skąd pan to ma? A, kupiłem na Grzegórzkach, odpowiedział. Tam co tydzień jest giełda, na Grzegórzeckiej w Krakowie, pod halą targową, gdzie można starocie kupić. Pytam: A ile pan za to dał? Nie pamiętam, mówi, ale chyba jakieś 30 zł za całą teczkę”. Tomaszewski zapłacił sporo więcej, a na pytanie, dlaczego aż tyle, uzyskał odpowiedź: „Wiedza kosztuje…”.

Wcześniejsze losy teczki są nieznane. Na przełomie 1944 i 1945 rozpoczęła się grabież Gumnisk. „Zdążyli wywieźć Niemcy tylko kilka ciężarówek wypełnionych precjozami z pałacu – podaje Wielki Przewodnik po Tarnowie (t. 17). – Po ich ucieczce, a przed wejściem do miasta oddziałów radzieckich wytworzyła się swoista próżnia, z której korzystali jak wszędzie pospolici złodzieje”. W marcu 1945 r. wojewoda krakowski powołał do życia Muzeum Ziemi Tarnowskiej, gdzie miały trafić ocalałe księgozbiory Sanguszków. Z powodu braku transportu, książki i archiwalia zwożono z Gumnisk do Tarnowa wózkami ręcznymi i furmankami. „Zbierano je ze stert, na które były zwalone od czasu pobytu w pałacu wojsk radzieckich. Podczas przewozu i wcześniej wiele książek i dokumentów uległo zniszczeniu. Ludzie ośmieleni takim traktowaniem dotąd szanowanych dóbr zabierali to czy owo na pamiątkę, nie uznając tego jako kradzieży”. Prawdopodobnie w ten sposób teczka z prywatnymi listami księcia trafiła do czyjejś szuflady, potem na bazar, a później na Allegro. Marek Tomaszewski zajrzał do niej, szykując wydanie albumu ze swoimi zbiorami. Początkowo nie mógł odcyfrować podpisów pod listami. Dopiero znacznie staranniejsza kaligrafia listu Raswana pozwoliła na odczytanie nazwiska Ziętarskiego.

Narodowe Archiwum Cyfrowe
Narodowe Archiwum Cyfrowe

To z kolei sprawiło, że udało się połączyć w jedną historię listy, które stanowią dziś świadectwo nie tak znowu dawnych, a jednak niezmiernie odległych czasów oraz pamiątkę po nietuzinkowym człowieku, który nie doczekał się sprawiedliwego potraktowania za życia.

Interpunkcję i (częściowo) ortografię cytowanych fragmentów listów poprawiono, by ułatwić ich czytanie. Podkreślenia jak w oryginale. Zdjęcia archiwalne pochodzą z Narodowego Archiwum Cyfrowego (NAC).

Bogdan Ziętarski przyszedł na świat 3 maja 1884 roku, tak więc publikacja reportażu zbiega się ze 127 rocznicą jego urodzin.

Artykuł w wersji angielskiej do pobrania jako PDF»

 

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Reklama
Reklamy

Newsletter

Reklamy
Equus Arabians