Reklama
Araby z Prądzewa: Tego miejsca nie powinno być

Hodowla

Araby z Prądzewa: Tego miejsca nie powinno być

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Od kilku dni środowisko „arabiarzy” śledzi dramat zmaltretowanych koni ze stadniny w Prądzewie k. Łęczycy. Sprawa, opisana najpierw przez łódzki oddział „Gazety Wyborczej”, trafiła do innych mediów ogólnopolskich, wywołując szok i zgrozę. – Dziś przede wszystkim potrzebna jest pomoc finansowa i rzeczowa – mówi polskimarabom.com Krystyna Kukawska, inspektor Pogotowia i Straży dla Zwierząt w Trzciance, które przejęło 10 koni będących w najgorszym stanie. – Te konie mają już domy zastępcze i są w trakcie leczenia.

Araby z Prądzewa nadal jednak stanowią własność łódzkiego biznesmena Krzysztofa K. – Są zabezpieczone jako dowód w sprawie – wyjaśnia Krystyna Kukawska. – Wystąpiliśmy do władz gminy z wnioskiem o odebranie właścicielowi pozostałych 45 koni. Mamy prawo i obowiązek zabierać zwierzęta, których zdrowie i życie jest zagrożone. Do sądu natomiast wystąpiliśmy z wnioskiem o wydanie temu człowiekowi zakazu hodowania jakichkolwiek zwierząt.

Co grozi właścicielowi? Prawdopodobnie jedynie grzywna i kara w zawieszeniu. Gdyby jednak sąd orzekł zakaz hodowania i trzymania zwierząt gospodarskich, można by zapobiec podobnemu dramatowi w przyszłości. Na razie jednak ktoś, kto chciałby te konie kupić, musiałby się zwrócić bezpośrednio do właściciela. – Jeśli władze gminy zdecydują o odebraniu zwierząt, wówczas będziemy je przeznaczać do adopcji – mówi inspektor Krystyna Kukawska. Grzegorz Bielawski, szef Pogotowia i Straży dla Zwierząt w Trzciance, jest pełen nadziei: – Władze gminy Łęczyca są pozytywnie nastawione do sprawy. W Polsce odebrać zwierzę właścicielowi, który się nad nim znęca, to jest problem. Stykamy się z tym codziennie w naszych interwencjach. Jednak te panie przejęły się losem arabów z Prądzewa. Nasz wniosek o odebranie pierwszych 10 koni rozpatrzyły błyskawicznie. Jesteśmy bardzo wdzięczni władzom gminy Łęczyca, ale rozumiemy też, że decyzja w sprawie pozostałych 45 koni nie może zapaść w trybie natychmiastowym. Trzeba wszcząć postępowanie administracyjne. Gmina musi podjąć bezstronną decyzję w oparciu o dowody. Dowody są, ale chodzi o ich rzeczową ocenę. Niemniej jednak, liczymy na to, że pójdzie to dość szybko.

Zofia Dziwisz z Działu Ochrony Środowiska Urzędu Gminy Łęczyca potwierdza, że decyzja zapadnie w tych dniach. – Do czwartku sprawa powinna być załatwiona – zapewnia. – Jesteśmy w trakcie opracowywania decyzji dotyczącej przejęcia kolejnych 45 koni bez zgody właściciela, podobnej do tej, którą wydaliśmy odnośnie poprzednich dziesięciu.

Jeśli sąd nie zakaże właścicielowi hodowli, zwierzęta będą musiały być zwrócone Krzysztofowi K. – Mamy nadzieję, że tak się nie stanie – mówi Krystyna Kukawska. – Wierzę w to, że sąd podejdzie poważnie do tej sprawy i potraktuje ją jako znęcanie się nad zwierzętami ze szczególnym okrucieństwem. Najdrastyczniejsze sceny widzieliśmy wśród odsadków, które miały powrastane kantary, uniemożliwiające im pobieranie pokarmu. Ale już i kilkumiesięczne źrebięta miały powrastane kantarki. W trzech przypadkach, jeśli dziś do 16.00 kantarki nie zostaną zdjęte, przejmiemy natychmiast i te źrebaki.

Dlaczego sprawą zajęło się Pogotowie i Straż dla Zwierząt w Trzciance (woj. poznańskie)? – To wpływowy w swojej okolicy człowiek – twierdzi Krystyna Kukawska. – Wszyscy się go tam boją. Ale musimy przestać się bać. Nie możemy przechodzić obojętnie obok tragedii tych zwierząt.
Według sołtysa Prądzewa, Kazimierza Kaźmierczaka, pięć lat temu sytuacja w stadninie była jeszcze gorsza. – To jest taki facet, że on wszystkim rządzi, nawet wójt się go bał – mówi o właścicielu. – Pobudował stajnie bez planu, interweniowaliśmy, pisma pisaliśmy, ale nic z tego nie wynikło. Zresztą, on jest niedostępny. Ja przez 10 lat nigdy w ogóle z nim nie rozmawiałem. Pięć lat temu próbowaliśmy nawet zainteresować sprawą panią Jaworowicz z telewizji. Ale odmówiła. A tam u niego nic się nie polepszy, to widać gołym okiem. Zboża całe w chwastach… My, rolnicy widzimy, jaka tam gospodarka. Czasem ktoś kupował jednego albo dwa konie, ale ich tam było około setki! Tego miejsca nie powinno być. Jest mi bardzo przykro, że telewizja nie chciała się tym wtedy zająć.

Jak doszło do dzisiejszej sytuacji? – Nie miałem już siły – opowiada polskimarabom.com Krzysztof Marchwiński, który do maja zajmował się stadniną w Prądzewie. – Już w zeszłym roku chciałem odejść, ale żal mi było koni. Przekazałem panu prezesowi sprawozdanie opisujące czego brakuje i co jest niezbędnie potrzebne, ale do niego nie docierały żadne argumenty.

W stadninie, po odejściu kierownika, pracował już tylko jeden stajenny. – To nie był człowiek, który zostawiłby konia głodnego – mówi dalej Krzysztof Marchwiński. – Ale tam wszystko się rozsypywało. Padoki nie były bezpieczne, nie można było wypuszczać koni. Nie można się było też doprosić wywózki obornika. Dopóki były pieniądze ze sprzedaży koni czy z pensjonatu, próbowałem jakoś to ratować. W sumie około czterdziestu koni udało mi się sprzedać. Ale potem nie dałem rady, choć przeznaczałem na to własne oszczędności, a sam nie dostawałem pensji. Dziś pan prezes oskarża mnie o kradzież arabów! Nadal jest mi winny pieniądze. Odchodząc z pracy, Krzysztof Marchwiński poprosił przedstawiciela fundacji Pegasus, by zainteresował się tym, co się dzieje w Prądzewie. W końcu Pogotowie i Straż dla Zwierząt w Trzciance zaalarmowali ludzie, którzy przyjechali do stadniny kupić konie. Zobaczyli dwa araby z powrastanymi kantarami. Okazało się potem, że koni w fatalnym stanie jest tam o wiele więcej. – Na szczęście mamy już załatwioną broń Palmera, czyli pistolety z zastrzykami uspokajającymi – mówi Grzegorz Bielawski. – Bardzo trudno było ją nam zdobyć, a bez niej nie możemy koniom, które boją się ludzi, pozdejmować boleśnie powrastanych kantarów. Teraz powinno to już pójść sprawnie.

Problemy ze stadniną w Prądzewie miała od lat Polska Księga Stadna Koni Arabskich Czystej Krwi. – Odmówiłam wpisania tych koni do Księgi Stadnej, bo był to chów tabunowy – wyjaśnia Krystyna Karaszewska, redaktor Ksiąg Stadnych. – Koni nie można było zidentyfikować. Nawet żeby pobrać od nich krew, trzeba by było je najpierw uśpić. Tam jeden człowiek łapał je w razie potrzeby na lasso! Dokumentacja była źle prowadzona, krycia były nie potwierdzone. Odmowa naraziła Krystynę Karaszewską na wiele przykrości ze strony właściciela stadniny. – Ubliżał mi, krzyczał – opowiada. – Mówił, żebym nie ważyła się przyjeżdżać do Łodzi, bo stamtąd nie wyjadę. Napisał na mnie skargę do WAHO. Była nawet interpelacja poselska. Twierdził, że się go czepiam, a on ma najlepsze konie w Polsce. Nie poddałam się presji, a WAHO odpowiedziało, że nie podważa moich kompetencji ani zasad wpisu. Ale ile ten człowiek zdrowia mi odebrał, wiem ja i moi współpracownicy.

W czasie, gdy stadem opiekował się Krzysztof Marchwiński, część dokumentacji udało się uporządkować. – Konie urodzone w 2007 i 2008 roku są wpisane do księgi stadnej – mówi były kierownik stadniny. – Przez 3 lata starałem się wyprowadzić tę hodowlę. Wcześniej to był zwykły tabun.

Osób, które starały się pomóc arabom z Prądzewa było więcej. Beata Błasiak trzymała tam konie w pensjonacie. Wraz z przyjaciółką chciały sfinansować opiekę kowalską dla źrebiąt, którym z powodu przerostu kopyt groziło wręcz kalectwo. Niestety, właściciel stadniny nie zgodził się. – Powiedział mi, że nie życzy sobie, bym się tam pojawiała – mówi Beata Błasiak – że mam się nie wtrącać w jego hodowlę. Groził, że jak przyjadę, to wezwie policję. Pani Beata zabrała z Prądzewa swoje konie trzy dni po rezygnacji Krzysztofa Marchwińskiego. Tuż przedtem udało jej się jeszcze znaleźć kilku kupców. M.in. Małgorzata i Paweł Królikowscy kupili Puchacza (Wojsław – Pliszka, hod. Lecha Błaszczyka). Teraz, gdy sprawę nagłośniły media, do Prądzewa zgłaszają się inni chętni, by kupić cierpiące konie. – Z tego co wiem, dziś jedzie tam kilka osób. Właściciel się z nimi umówił, więc prawdopodobnie dojdzie do transakcji – wyraża nadzieję pani Beata. – Klacz Habinę (Alegro – Hajnówka), janowskiej hodowli, kiedyś bardzo piękną, wraz z tegorocznym ogierkiem, ma kupić Agata Buzek dla dziewczynki, której nie byłoby stać na konia. Kupno tych koni to inwestycja w uczucia. One na pewno odwdzięczą się za okazane im serce.

Po Habinę pojechał dziś do Prądzewa Wojciech Ginko ze Zbrosławic, wiceprezes Klubu Jeździeckiego Lewada w Zakrzowie. Jak powiedział polskimarabom.com, po długich negocjacjach telefonicznych z właścicielem, klacz udało się kupić. – Wiem, że byli dziś jeszcze kupcy z Wrocławia, którzy też chcieli nabyć dwa konie, ale chociaż właściciel najpierw z nimi rozmawiał, później przestał odbierać telefony. Tak więc, zapewne odjechali z niczym – relacjonuje Wojciech Ginko.

Habina i jej źrebak są już w dobrych rękach. Co będzie z pozostałymi 44 końmi, okaże się już wkrótce. O ich losach będziemy informować na naszym portalu.

Aby wesprzeć Pogotowie i Straż dla Zwierząt w Trzciance:
Pogotowie i Straż dla Zwierząt w Trzciance
Pl. Pocztowy 4/6, 64-980 Trzcianka
PKO BP w Czarnkowie
Nr konta: 87 1020 3844 0000 1702 0048 10 93 z dopiskiem „Pomoc dla koni”

 

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Reklama
Reklamy

Newsletter

Reklamy
Equus Arabians
Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.