Reklama
Koń jak dobre wino

Ludzie i Konie

Koń jak dobre wino

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Wojciech Kowalik z Altisem w Aachen, wrzesień 2007, fot. Katarzyna Dolińska
Wojciech Kowalik z Altisem w Aachen, wrzesień 2007, fot. Katarzyna Dolińska

WOJCIECH KOWALIK, wybrany Najlepszym Prezenterem Pokazu tegorocznego Czempionatu Narodowego w Janowie Podlaskim, niemal zapomniał, jak wygląda zima w Polsce. Przez długi czas zimowe miesiące spędzał bowiem w Arabii Saudyjskiej, przygotowując konie do pokazów na Środkowym Wschodzie. Czuje się jednak bardziej hodowcą niż prezenterem, choć ciągle brak mu czasu, by zająć się swoją własną stadniną. Dziś dzieli się z nami swoimi doświadczeniami jako hodowcy i trenera.

Monika Luft: Czy z każdego araba można zrobić gwiazdę ringu?

Wojciech Kowalik: Raczej każda gwiazda potrzebuje dobrej oprawy. Do pokazów wybiera się konie z „iskrą bożą”, takie, które mają chęć pokazywania się, mają w sobie „to coś”. Ale każdego konia, nawet najpiękniejszego, trzeba odpowiednio przygotować. Trening kondycyjny, pokazowy właśnie temu służy. Potem oczywiście ważna jest jeszcze właściwa prezentacja.

M.L.: Jakie warunki musi spełniać koń, żeby warto było w niego inwestować?

W.K.: W Polsce mamy na to piękne określenie: bukiet arabski. Konie, które łączą w sobie urodę, grację i płynny, dynamiczny ruch to właśnie kandydaci na gwiazdy. Bardzo lubię konie pełnej krwi angielskiej, które są najwspanialszymi końmi wyścigowymi. Prześliczne bywają angloaraby, które dodatkowo świetnie sprawdzają się w skokach. Ale arab ma w sobie coś specjalnego, co każe spędzić resztę życia właśnie z nim.

M.L.: Czy każdy trener koni pokazowych ma własne metody treningowe czy są jakieś ogólne zasady?

W.K.: Są pewne schematy, które się stosuje, ale każdy trener wypracowuje też własne metody. Jeśli koń jest przygotowany do pokazu zgodnie z tymi regułami, nie powinno być kłopotu z pokazaniem go przez kogoś innego. Jak w każdym zawodzie tak i tutaj nieuchwytne na pierwszy rzut oka drobiazgi jednego trenera czynią świetnym, a drugiego tylko dobrym.

M.L.: Na czym polega specyfika pracy trenera koni pokazowych w krajach arabskich?

W czasie dekoracji Espinezji w Janowie, sierpień 2007, fot. Joanna Jonienzt
W czasie dekoracji Espinezji w Janowie, sierpień 2007, fot. Joanna Jonienzt

W.K.: Z końmi pracuje się podobnie, jak i w Europie. Chociaż inne warunki klimatyczne, wyższe temperatury powodują, że pracuje się o innych porach dnia, łatwiej jest utrzymać konie w krótszym włosie, chociaż też trzeba je strzyc. Bardzo pomocna w treningu jest również większa liczba ludzi zajmujących się obsługą koni – są to przeważnie Hindusi, Filipińczycy. Jeśli chodzi o podejście samych właścicieli, wśród których są zarówno szejkowie, książęta, jak i mieszkający wciąż w namiotach beduini – to jest ono zbliżone do naszego. Dla Arabów hodowla to pasja i tradycja. Koń arabski wpisany jest w kulturę i literaturę Wschodu.

M.L.: Jaki jest dziś wpływ hodowców z krajów arabskich na światową hodowlę?

W.K.:
Niewątpliwie dzisiaj nakręcają oni koniunkturę na konie arabskie, kupując je na całym świecie, niemniej wierzę, że w przyszłości, dzięki udanym kojarzeniom, będą w stanie wesprzeć hodowlę światową tak jak się to stało w przypadku Gazala Al Shaqab i jego syna Marwana z Kataru. Trzeba jednocześnie pamiętać, że również poza krajami Zatoki Perskiej są hodowcy, którzy są w stanie wydać duże kwoty na zakup dobrego araba, jak to miało miejsce przy zakupie klaczki El Dulcinea po Enzo od El Dorady przez panią Lenitę Peroy z Brazylii, czy też zakupie ogierka QR Marc do Belgii. Nie możemy generalizować, że to tylko kupcy z Półwyspu Arabskiego napędzają koniunkturę. To dobry, ale nie jedyny partner handlowy.

M.L.: Czy różnice kulturowe powodują, że trzeba się do pracy w tych krajach specjalnie przygotować?

Katar, luty 2007, dekoracja ogierka BS Paparazzi, fot. Erwin Escher
Katar, luty 2007, dekoracja ogierka BS Paparazzi, fot. Erwin Escher

W.K.: Mnie różnice nie przeszkadzały. Lata spędzone w krajach Półwyspu Arabskiego wspominam bardzo dobrze. Klimat powoduje, że codzienny obrządek w stajni nieco różni się od naszego, brakuje rozległych pastwisk, a temperatura bywa uciążliwa dla ludzi i zwierząt. Przygotowanie, które wyniosłem z pracy w stadninach państwowych w Polsce, wzbogacone doświadczeniem z podróży, zupełnie wystarczyło, by organizować pracę w tak odległym kulturowo kraju. Jednocześnie te właśnie różnice wzbogaciły moje zawodowe doświadczenie i niejednego mnie nauczyły. Półwysep jest kolebką hodowli koni arabskich i to prawdziwa przyjemność przyglądać się koniom arabskim w ich naturalnym środowisku.

M.L.: Jaką rolę pełnił w tym roku Esparto dla popularyzacji polskich arabów na Bliskim Wschodzie?

W.K.: Esparto, oddany w dzierżawę do Ajman Stud, ponownie rozbudził zainteresowanie polską hodowlą, przypomniał o jej osiągnięciach. Inwazja trenerów, zwłaszcza amerykańskich, którzy promują konie z USA, trudna jest jednakże do zatrzymania. Chcąc prowadzić interesy na Półwyspie Arabskim, powinniśmy stać się bardziej ekspansywni i częściej pokazywać takie konie jak Esparto na tamtejszych pokazach. Na przeszkodzie stają zapewne finanse, ale w moim przekonaniu jest to kwestia wymagająca przemyślenia. Dzierżawa to dobre i nie przysparzające hodowcy kosztów rozwiązanie. Obawa przed warunkami klimatycznymi jest zupełnie nieuzasadniona.

M.L.: Kiedy i jak został pan trenerem koni arabskich? A hodowcą?

Katar, luty 2007, prezentacja ogierka BS Paparazzi, fot. Erwin Escher
Katar, luty 2007, prezentacja ogierka BS Paparazzi, fot. Erwin Escher

W.K.: Moja przygoda z końmi arabskimi zaczęła się w SO Białka w 1984 r. Moim marzeniem była zawsze hodowla koni, ambicją – wyhodowanie koni wybitnych, które można użyć do pokazów, wyścigów czy do rajdów. Aby to udowodnić, wspólnie z Jerzym Urbańskim, obecnym dyrektorem Białki, zaczęliśmy trenować konie do rajdów długodystansowych. Jednocześnie próbowałem pokazywać konie na pokazach krajowych. W tym zakresie szkołą okazały się podróże i kontrakty zagraniczne – Anglia, Szwecja… Jednakże nigdy nie liczyłem swoich zwycięstw w roli prezentera, nie przywiązuję do tego wielkiej wagi. Nie zbieram wycinków, nie robię sobie zdjęć… Moją pasją zawsze były połączenia, kojarzenia hodowlane, oczekiwanie na narodziny źrebaka. Co dany ogier może dać z tą konkretną klaczą? Kiedy patrzę na konie na padoku, o tym właśnie myślę.

M.L.: Pokazy zostały, rajdy zaś pan porzucił
.

Z klaczą Bint Helwah w Dubaju, kwiecień 2007, fot. Erwin Escher
Z klaczą Bint Helwah w Dubaju, kwiecień 2007, fot. Erwin Escher

W.K.: Rajdy były ważne, bo pokazały, że koń arabski nie tylko zdobi i cieszy oko, może być też przydatny. Dwukrotnie zdobyłem wicemistrzostwo kraju. Pierwszy raz na koniu Alahar, hod. białeckiej, po Haraczu od Albanii. To koń, który bardzo dobrze spisywał się też na torze wyścigowym – zawsze był w czołówce, nie miał żadnych kontuzji. Po moim wyjeździe z Polski konia przejął Jurek, zdobywając na nim 8. miejsce w mistrzostwach Europy we Francji. Do dziś to najlepszy wynik Polski w rajdach na mistrzostwach Europy. Drugie moje wicemistrzostwo to już Stadnina Koni Arabskich Kurozwęki i wałach Trap. Teraz w mojej stajni w Marcinkowie czeka gotowy do rajdów wałach Serf, a ja nie tracę nadziei, że na nim kiedyś wystartuję. Rozpocznę trening w wolnej chwili.

M.L.: Początki fascynacji końmi to…

W.K.: Dom mojego dziadka. Już w dzieciństwie zajmowałem się końmi, jeździłem na nich, powoziłem… Takie były początki.

M.L.: Pana marzenia dotyczą treningu czy hodowli koni arabskich?

Z Boreasem, własnej hodowli, Białka 2007, fot. Mateusz Jaworski
Z Boreasem, własnej hodowli, Białka 2007, fot. Mateusz Jaworski

W.K.: Marzenia dotyczą hodowli, chociaż łatwiej o sukces, gdy przygotowujemy konia do pokazu. Zajmuje to mniej czasu: 4, 5, 6 miesięcy, a i pewniejszy efekt medialny. Hodowla, jak wiadomo, jest dużo bardziej czasochłonna, zauważalna tylko dla fachowców. Na rezultaty czeka się długo. I najczęściej niewielu pamięta, kto był twórcą myśli hodowlanej. Konie, które wyhodowałem w stadninach w Polsce, Anglii, Skandynawii czy Arabii Saudyjskiej zawsze były i będą przypisywane właścicielowi. Stąd mój pomysł na Marcinków i olbrzymia satysfakcja z hodowli, gdy mój ogier Boreas wygrał w tym roku klasę ogierków dwuletnich na Narodowym Czempionacie Polski w Janowie Podlaskim. Nie był to jedyny sukces hodowli prywatnej na tym pokazie – trzy inne konie też wygrały swoje klasy. Dla mnie to niewątpliwy sukces, gdyż wszystkie znajdowały się w moim treningu i były przeze mnie pokazywane.

M.L.: Czy nie ma kolizji interesów w przypadku trenowania, poza cudzymi, także własnych koni?

W.K.: Taki konflikt niewątpliwie może zaistnieć. Wygranie klasy własnym koniem może obrócić się przeciwko trenerowi. Ale nie zrezygnuję, gdyż po raz pierwszy mam możność pracy pod własnym nazwiskiem. To prawda, że jeśli w jednym szeregu staną trzy dobre konie, wśród których jest jeden mój (jak zdarzyło się w Janowie), zawsze może paść pytanie klienta: czy pan mojego konia też dobrze zaprezentuje? Profesjonalizm zmusza mnie do dołożenia wszelkich starań, aby każdego konia zaprezentować jak najlepiej.

M.L.: Co pan radzi początkującym hodowcom marzącym o sukcesach na ringu?

W.K.: Jeden z hodowców żartem opowiadał, że zaczynał hodowlę od kucyków – małe zwierzę, mały kłopot. I to jest na pewno sposób: zaczynać delikatnie, powoli, starać się poznawać rodowody, bywać na pokazach, starać się odpowiedzieć sobie na pytanie, co chcemy robić. W hodowli podstawą są dobrze rodzące klacze. Ale to nie matematyka, tu dwa plus dwa nie zawsze równa się cztery. Poza doświadczeniem, wiedzą trzeba mieć odrobinę szczęścia i prawidłowy węch.

M.L.: Co pan sądzi o modzie na straight Egyptian? Czy nie rozwija się kosztem mody na pure Polish?

W.K.: Każda moda kiedyś przemija. Tak było np. z końmi rosyjskimi. Moim zdaniem moda na SE jest również w odwrocie. Oczywiście są hodowcy, którzy konie z linii egipskich preferują i gotowi są zapłacić za nie każde pieniądze. Jednakże grupa SE nie jest tak liczna na pokazach, jak w niedawnej przeszłości. Sukcesy koni egipskich były bardziej wynikiem preferencji sędziów, hodujących te konie, niż ich faktycznej wartości. Chociaż i w tej grupie zdarzają się wybitne jednostki, dla mnie takim koniem jest ogier F Shammal, Laheeb już zostawił dobre klacze w Michałowie, ciekawe, jak sprawdzi się jego syn Al Lahab, mający za sobą bardzo dobrą karierę pokazową.

M.L.: Jakie zjawiska zachodzą w świecie hodowców koni arabskich? Co wynika z obserwacji tegorocznego Pucharu Narodów w Akwizgranie?

W.K.: Pokaz w Akwizgranie świadczy o fakcie, że obecnie największym uznaniem w hodowli koni pokazowych cieszą się ogiery takie, jak Psytadel, WH Justice czyli krew Padronsa Psyche oraz Gazal i Marwan Al Shaqab. Może to doprowadzić do zawężenia puli genetycznej i zbyt dużego inbredu. Na pewno korzystniejsza dla hodowli jest różnorodność prądów i linii.

M.L.: Jak dziś kupić dobrego konia arabskiego w Polsce?

W.K.: To sprawa bardzo indywidualna, zależy, do czego ten koń ma służyć i jakie koszty gotowi jesteśmy ponieść. Inne kwoty płaci się za konie wyścigowe, pokazowe, rajdowe czy rekreacyjne. Dopiero odpowiedź na te pytania będzie stanowiła drogowskaz.

M.L.: Czy trening pokazowy to dręczenie koni? Amerykańska Arabian Horse Association (AHA) zaapelowała niedawno do swoich członków o bojkot pokazu w Scottsdale, nazywając trening „brzydkim sekretem tego biznesu”.

W.K.: To złożony problem. Trening zawsze wiąże się z pewnym reżimem, stawianiem wymagań. Należy zadać sobie pytanie: gdzie leży granica? Co jeszcze służy osiągnięciu celu, co jest nieuzasadnionym znęcaniem się nad zwierzęciem? Trening to dla zwierzęcia wysiłek, ale brak tego wysiłku wcale nie oznacza, że zwierzę czuje się lepiej. W żadnym z krajów, gdzie pracowałem, nie spotkałem się z przekraczaniem uprawnień przez trenerów. Ale nie mogę wykluczyć, że takie sytuacje się zdarzają.

M.L.: Czy konie pokazowe są szczęśliwe?

Prezentacja Altisa w Białce, czerwiec 2007, fot. Mateusz Jaworski
Prezentacja Altisa w Białce, czerwiec 2007, fot. Mateusz Jaworski

W.K.: Koń jest najszczęśliwszy, gdy może tarzać się w piachu i biegać po łące. Gdy nie ma żadnych obowiązków i skubie sobie trawkę. Tego nie można jednak pogodzić z treningiem pokazowym. Choć ja w moich metodach treningowych staram się uwzględniać potrzebę relaksu i pozwalam koniom wychodzić na pastwisko. Koń wtedy psychicznie odpoczywa. To oczywiście wiąże się też z pogodą – nie można wypuścić wystrzyżonego konia, gdy leje lub jest okropnie zimno. Nikt by nie chciał być wyrzucony na dwór bez ubrania w środku zimy. Ale w lecie, gdy jest ciepło – dlaczego miałby nie wyjść? Jeśli ktoś ma właściwe warunki, może wypuścić konie na padok rano, przed treningiem, na godzinę czy dwie. Potem jest czas na pracę. Ale gdy przyglądam się koniom arabskim, kłusującym w ringu z podniesionym ogonem, w świetle reflektorów i w lawinie braw, nie umiem się oprzeć wrażeniu, że są one wtedy w swoim żywiole.

M.L.: Czy konie lubią pokazy?

W.K.: Niektóre z pewnością tak. To są właśnie gwiazdy ringu, o które pytała Pani na początku. Takich koni nie płoszy hałas, nie przerażają światła ani muzyka. Koń płochliwy, pozbawiony odwagi nigdy w ringu nie zabłyśnie.

M.L.: A pokazywanie koni jest przyjemnością?

W.K.: Gdyby nie było, tobym tego nie robił.

M.L.: Jak pan postrzega przyszłość biznesu arabskiego w Polsce?

Z Espirią, Janów 2007, fot. Joanna Jonientz
Z Espirią, Janów 2007, fot. Joanna Jonientz

W.K.: Nie lubię określenia „biznes” w hodowli. Jedno ma się nijak do drugiego. Biznes polega na szybkim obrocie pieniędzmi, hodowla zaś jest procesem długotrwałym. Jeśli ktoś traktuje ją jak biznes, radziłbym, żeby zajął się czymś innym. W hodowli sukces przychodzi późno. Może nie przyjść wcale.

M.L.: Jednak wyhodowanie dobrego ogiera bywa chyba biznesem.

W.K.: Bywa. Mając bardzo dobrego ogiera, można na tym zarobić, zwłaszcza, że istnieje możliwość przesyłania nasienia. Musi to jednak być ogier o znaczeniu międzynarodowym, a nie lokalnym. Ale wyhodowanie, wypromowanie takiego ogiera to również określone koszty. To nigdy nie jest prosty zarobek.

M.L.: Panuje opinia, że w Polsce nie rodzą się dobre ogiery.

Z Eksterną, Ströhen 2007, fot. Katarzyna Dolińska
Z Eksterną, Ströhen 2007, fot. Katarzyna Dolińska

W.K.: Również na świecie nie ma zbyt wielu wybitnych ogierów. Wartość ogiera ocenia się osiągnięciami jego potomstwa. Wciąż pamiętam, jak chwalono ostatnie córki Bandosa, wysokie ceny na aukcjach osiągają klacze po Eukaliptusie. Myślę, że i obecne ogiery, jak chociażby doskonały pokazowo Ekstern, zasługują na uwagę i uznanie. Dajmy im czas i bądźmy cierpliwi. Panuje opinia, że polskie konie arabskie szlachetnieją z wiekiem, że są jak dobre wino – im starsze, tym lepsze.

WOJCIECH KOWALIK
Absolwent zootechniki Akademii Rolniczej w Krakowie. W czasie studiów trenował w Akademickim Klubie Jeździeckim, w 1982 r. podjął pracę w SK Skrzydlów. Dwa lata później został zatrudniony na etacie głównego hodowcy w SO Białka. Pracował w stadninach w Wielkiej Brytanii, Szwecji i Arabii Saudyjskiej. Trenuje i prezentuje konie arabskie, jest też właścicielem stadniny koni arabskich. Wybrany Najlepszym Prezenterem Pokazu w czasie Czempionatu Narodowego 2007 w Janowie Podlaskim.

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Reklama
Reklamy

Newsletter

Reklamy
Equus Arabians