Reklama
Urodziłam się „z koniem w głowie”

Ludzie i Konie

Urodziłam się „z koniem w głowie”

Rytm życia w stadninie Podlesie Arabians w Bistuszowej podporządkowany jest, rzecz jasna, koniom – Fot. archiwum rodzinne
Rytm życia w stadninie Podlesie Arabians w Bistuszowej podporządkowany jest, rzecz jasna, koniom – Fot. archiwum rodzinne

Podziel się:

Facebook
Twitter
WhatsApp
Email

Rozmowa z Beatą Błaszkiewicz ze Stadniny Podlesie Arabians o pasji, hodowli i koniach, które zostają w sercu na zawsze.

Rozmawiała Jolanta Gębka

Stadnina Podlesie Arabians Beaty i Marka Błaszkiewiczów położona jest w niewielkiej Bistuszowej, niedaleko Tarnowa, pośród falujących wzgórz Pogórza Ciężkowickiego. Przez kilka lat właśnie tutaj swój dom miał Gepard (Pamir – Giza / Pepton), wyhodowany w Stadninie Koni Michałów zwycięzca Derby z 1995 roku. Dziś w tutejszych stajniach króluje El Piatzolla (WH Justice – Enya / Ekstern), jedna z najbardziej utytułowanych, urodzonych w Polsce córek ogiera WH Justice.

„Ja go muszę mieć”, czyli jak rozpoczęła się przyjaźń z Gepardem – Fot. Sylwia Iłenda
„Ja go muszę mieć”, czyli jak rozpoczęła się przyjaźń z Gepardem – Fot. Sylwia Iłenda

Ze stadniną Podlesie Arabians od lat nierozerwalnie związana jest również Strusinianka, piekarnia i cukiernia, której historia sięga 1845 roku. To właśnie wtedy rolnik i piekarz Jan Błaszkiewicz wypiekł pierwsze chleby, które sprzedał sąsiadom, dając początek rodzinnej tradycji, którą dziś kontynuują Beata i Marek Błaszkiewiczowie. Bywalcy tarnowskich pokazów doskonale znają rzemieślnicze słodkości Strusinianki, które od lat towarzyszą temu wydarzeniu. Po raz pierwszy miałam okazję dłużej porozmawiać z Panią Beatą podczas jednego z tarnowskich pokazów. Już po kilku minutach rozmowy zwróciłam uwagę na sposób, w jaki patrzy na konie. O swoich podopiecznych mówiła z autentyczną pasją i czułością. Łącząc wieloletnie doświadczenie hodowlane z podstawową wiedzą z zakresu weterynarii i behawioru koni, dostrzegała zależności, które nie zawsze są widoczne na pierwszy rzut oka. To właśnie wtedy utwierdziłam się w przekonaniu, że hodowla koni arabskich jest dla niej sposobem na życie.

Pasja i czułość – w tych dwóch słowach zawiera się podejście mojej rozmówczyni do koni, a na zdjęciu El Siena w Janowie Podlaskim w 2012 r. – Fot. Sylwia Iłenda
Pasja i czułość – w tych dwóch słowach zawiera się podejście mojej rozmówczyni do koni, a na zdjęciu El Siena w Janowie Podlaskim w 2012 r. – Fot. Sylwia Iłenda

Na rozmowę z Państwem Błaszkiewicz umówiłam się w upalny czerwcowy weekend. Gdy dotarłam na miejsce, Pani Beata z charakterystyczną serdecznością zaprosiła mnie najpierw na zimną wodę i słodkości ze Strusinianki. Wizytę w stajni musieliśmy jednak odłożyć na później. Była właśnie pora karmienia, a konie spokojnie jadły śniadanie.

– Teraz im nie przeszkadzajmy – powiedziała.

Już wtedy zrozumiałam, że to konie wyznaczają tutaj codzienność. Usiedliśmy więc przy stole, otoczeni pucharami i nagrodami zdobytymi przez wychowanków Podlesie Arabians. Rozmowa, która miała dotyczyć hodowli koni arabskich, bardzo szybko stała się opowieścią o marzeniach, cierpliwości, odpowiedzialności i pasji, która trwa od lat.

Nic tak nie łączy ludzi jak rozmowy o wspólnych pasjach – Fot. Radosław Makowczyński
Nic tak nie łączy ludzi jak rozmowy o wspólnych pasjach – Fot. Radosław Makowczyński

– Czy pamięta Pani, od czego wszystko się zaczęło?

Myślę, że ja po prostu urodziłam się „z koniem w głowie”. Konie nie były pasją, którą odkryłam z czasem, one od zawsze stanowiły część mojego życia i mojej osobowości.

Dorastałam w mieście, koni w nim nie było, ale już jako dziecko tworzyłam swoje własne stado, kolekcjonując widokówki z portretami koni arabskich autorstwa Pani Zofii Raczkowskiej. Przeznaczałam na to wszystkie zaskórniaki wyproszone od rodziców.

Wpadłam też na szalony pomysł. Będąc na końcówce szkoły podstawowej, napisałam list do Zofii Raczkowskiej. Zaadresowany był do redakcji gazety, w której ukazał się artykuł o zawodach hippicznych dziennikarzy. W liście poprosiłam o przekazanie mojej korespondencji do Pani Raczkowskiej. Do dziś pamiętam ogromną radość, gdy otrzymałam odpowiedź. A w środku? Zwój jej fotografii! Wykleiłam nimi cały swój pokój.

To, co zaczęło się za dzieciaka w Klikowej, po latach przerodziło się w prywatny raj na ziemi, którym jest stadnina Podlesie Arabians – Fot. archiwum rodzinne
To, co zaczęło się za dzieciaka w Klikowej, po latach przerodziło się w prywatny raj na ziemi, którym jest stadnina Podlesie Arabians – Fot. archiwum rodzinne

– Kiedy rozpoczęła się Pani przygoda z jazdą konną?

Konno jeździłam od dziecka. Już w siódmej klasie szkoły podstawowej ubłagałam tatę, żeby załatwił mi naukę jazdy w Stadzie Ogierów w Klikowej. I udało się. Do dziś pamiętam swoją pierwszą lekcję. Moją „nauczycielką” była skarogniada klacz Fortuna. Masztalerz osiodłał ją, przypiął lonżę, posadził mnie w siodle i rzucił tylko: „Trzymaj się!”. No i trzymałam się bardzo mocno… zwłaszcza że, jak się okazało, popręg nie został dociągnięty tak, jak powinien. (śmiech) Tak właśnie zaczęła się moja jeździecka przygoda.

Później w Klikowej powstała szkółka jeździecka. Już jako licealiści organizowaliśmy sami obozy jeździeckie. Wyjeżdżaliśmy wówczas do Bonina, gdzie w zamian za możliwość jazdy, głównie w tereny, pracowaliśmy w stajni i pomagaliśmy na terenie ośrodka. Dopiero w klasie maturalnej musiałam na jakiś czas zrezygnować z jazdy, by skupić się na nauce. Wróciłam do niej dopiero wiele lat później, mając już dwójkę dzieci…

– … i męża – z uśmiechem dopowiada Pan Marek.

– Czy jazda konna przerodziła się w rodzinną pasję?

Tak, choć najpierw musiałam zarazić tą pasją męża.

– Nie tylko mnie, ale i dzieci – wtrąca z uśmiechem Pan Marek (oboje się śmieją).

To prawda. Zarówno córka, jak i syn również jeździli konno. Oni jednak podchodzili do tego inaczej niż my. Dla nich była to przede wszystkim dyscyplina sportowa i kolejne cele do osiągnięcia. My z mężem zdecydowanie bardziej ceniliśmy „włóczęgostwo” na końskim grzbiecie. Nasze pierwsze konie, wałach wielkopolski Cichy i kuc niemiecki Suzi, stały u Alexa Jarmuły w Starych Żukowicach i właśnie stamtąd na arabie o imieniu Orf po ogierze AJ Armaniak, jeszcze nie mojej własności, wyruszaliśmy na kilkugodzinne wyprawy w teren.

– Pamięta Pani swojego pierwszego konia arabskiego?

Przyszedł taki moment, że postanowiliśmy powiększyć nasze niewielkie stado, które wciąż stacjonowało u Alexa, o pierwszego konia arabskiego. Nie mając jeszcze dużego doświadczenia z tą rasą, pojechaliśmy do Stadniny Koni w Michałowie. Tam pokazano nam Eblisa, syna Wojsława i Eskalacji, konia po karierze wyścigowej. Do dziś pamiętam, jak wspaniale się prezentował i jak niezwykle się ruszał. Spojrzeliśmy na siebie i stwierdziliśmy: Kupujemy! W tamtym czasie korzystaliśmy z pomocy Alexa przy układaniu koni, a przy okazji sami bardzo dużo się od niego nauczyliśmy. Odkupiliśmy też wspomnianego już Orfa.

Michałowskiej hodowli Eblis zachwycił Beatę i Marka Błaszkiewicz od pierwszego wejrzenia – Fot. archiwum rodzinne
Michałowskiej hodowli Eblis zachwycił Beatę i Marka Błaszkiewicz od pierwszego wejrzenia – Fot. archiwum rodzinne

– Kiedy Podlesie Arabians znalazło swoje miejsce w Bistuszowej?

W 1996 roku podjęliśmy decyzję, żeby przenieść tutaj nasze cztery konie i mieć je tuż obok domu. Tak naprawdę to dla nich przeprowadziliśmy się tutaj z Tarnowa. Zostawiliśmy miasto, bo chcieliśmy żyć bliżej koni. I od tamtej pory właśnie tutaj jest nasze miejsce.

– Kiedy w Państwa życiu pojawił się Gepard – koń, który, jak się okazuje, odegrał wyjątkową rolę?

Geparda zobaczyłam po raz pierwszy podczas jednej z wizyt w Stadninie Koni Michałów. Był chyba 1997 rok. Przechodziłam przez stajnię, w której stały wykastrowane konie po zakończonej karierze wyścigowej. Zatrzymałam się przed boksem siwego konia. Wystarczyło, że podniósł głowę… i stała się magia.

– Tak, pamiętam ten moment – uśmiecha się Pan Marek. – Usłyszałem tylko: „Ja go muszę mieć”.

I tym koniem był właśnie Gepard – kontynuuje Pani Beata. – Miesiąc później ponownie pojechaliśmy do Michałowa. Jego zakup nie był łatwy, ale ja byłam zdeterminowana. Ostatecznie, oprócz Geparda, kupiliśmy również klacz Dębinę (Pamir – Dębówka / Eternit).

Gepard, czyli ideał pod siodło – Fot. Sylwia Iłenda
Gepard, czyli ideał pod siodło – Fot. Sylwia Iłenda

Dziś wiem, że zakup Geparda był początkiem zupełnie nowego rozdziału. Gepard był moim koniem pod siodło. Wspólnie przemierzyliśmy dziesiątki kilometrów ścieżek – mówi Pani Beata, wskazując rozciągające się wokół stadniny wzgórza Pasma Brzanki.

Koni przybywało, a wraz z nimi również obowiązków. W tym czasie do naszej stadniny dołączyła Lenka Wagner z Czech, wspaniała dziewczyna, posiadająca ogromną wiedzę, doświadczenie i niesamowity dar do pracy z końmi To właśnie za jej namową rozwinęliśmy działalność rekreacyjną. Bardzo dużo jeździliśmy w teren. Okolica jest wymagająca, pełna stromych podjazdów i zjazdów, ale nasze konie doskonale radziły sobie w takim terenie.

Michałowskiej hodowli Elizka to matka m.in. klaczy Empaira, klaczy Enya i klaczy El Aria, co czyni ją babcią m.in. El Sieny, El Piatzolli, El Vermentiny czy El La Rosy – Fot. archiwum rodzinne
Michałowskiej hodowli Elizka to matka m.in. klaczy Empaira, klaczy Enya i klaczy El Aria, co czyni ją babcią m.in. El Sieny, El Piatzolli, El Vermentiny czy El La Rosy – Fot. archiwum rodzinne

– Czy to były konie Państwa hodowli?

W dużej mierze tak. Hodowaliśmy konie przede wszystkim pod kątem ich użytkowości. Dębina trafiła do nas źrebna ogierem Emigrant i u nas, w 1998 roku, urodził się Dukat. W 2000 roku Dębinę pokryliśmy Eblisem i przyszedł na świat Desperat. To był koń o świetnym i mocnym charakterze. W międzyczasie kupiliśmy z Michałowa „pamirkę” Elizkę od klaczy Eulalia. Ona również była źrebna ogierem Emigrant i u nas urodziła Empairę. Nasze stado stopniowo się powiększało, a rekreacja rozwijała. Coraz więcej osób jeżdżących u nas doceniało nasze konie arabskie jako konie wierzchowe. Były to konie świetnie współpracujące z jeźdźcem, „chodzące w paluszkach”, a do tego rewelacyjnie radzące sobie w terenie.

Desperat prezentujący swój iście fenomenalny kłus – Fot. archiwum rodzinne
Desperat prezentujący swój iście fenomenalny kłus – Fot. archiwum rodzinne

– Gepard stał się dla Pani znacznie więcej niż tylko koniem pod siodło. Wiem jednak, że jego historia miała również bardzo trudny rozdział…

Rok po tym, jak Gepard przyjechał do naszej stajni, zaczęły się problemy. Pojawiały się bóle kolkowe. Niby wszystko wyglądało prawidłowo, perystaltyka jelit była zachowana, ale raz jadł z apetytem, a innym razem prawie wcale. Przestawał też pić. Widziałam, że raz czuje się lepiej, a raz gorzej. Miałam jednak przeczucie, że dzieje się coś poważniejszego.

Pewnego grudniowego dnia jego stan gwałtownie się pogorszył. Gepard wyraźnie cierpiał. Nie zastanawialiśmy się ani chwili, wsadziliśmy go do przyczepy i ruszyliśmy do kliniki w Warszawie. To był 1999 rok, więc sama podróż trwała ponad siedem godzin. Na miejsce dotarł już w ciężkim stanie. Nalegałam na operację, bo czułam, że nie można dłużej czekać. Okazało się, że na jelicie miał narośl, która doprowadziła do jego martwicy. Przed operacją lekarze poprosili mnie o zgodę na ewentualne uśpienie, gdyby nie było szans na uratowanie Geparda. Nie zgodziłam się. Chciałam dać mu szansę. Podczas operacji usunięto około 70 centymetrów jelita oraz okoliczne węzły chłonne. Operacja się udała, a po czterech tygodniach Gepcio wrócił do domu. Wyglądał wtedy jak szkielet pokryty skórą, ale otoczyliśmy go najlepszą opieką, jaką tylko mogliśmy mu zapewnić.

– A dwa lata później w 2001 roku wygrał rajd długodystansowy na dystansie 80 km w tempie wówczas nieosiągalnym 20,49 km/h – dodaje Pan Marek.

Po długiej chorobie, doskonale przygotowany do rajdów Gepcio na długo zawiesił poprzeczkę dla koni endurance’owych wybitnie wysoko – Fot. archiwum rodzinne
Po długiej chorobie, doskonale przygotowany do rajdów Gepcio na długo zawiesił poprzeczkę dla koni endurance’owych wybitnie wysoko – Fot. archiwum rodzinne

Tak! Ale to nie wydarzyło się przypadkiem. Wszystko było poprzedzone długimi przygotowaniami. Razem z Lenką pracowałyśmy nad kondycją i siłą koni. Pojechałyśmy na próbny rajd na 80 kilometrów do Zabajki. Na miejscu wszystkie parametry były na bieżąco kontrolowane przez lekarza weterynarii. Wyniki Gepcia były wzorowe i wtedy wiedziałam, że jest gotowy do startu w zawodach. Na dwa tygodnie przed pierwszymi zawodami miałam proroczy sen. Jeszcze wtedy tak o nim nie myślałam. Opowiedziałam o nim od razu mężowi i Lence, która miała na nim startować. Przyśniło mi się, że Gepcio przekracza linię mety jako pierwszy, a drugi koń dojeżdża dopiero pół godziny później. I dokładnie tak się stało! Ludzie pukali się w czoło, mówili, że zajedziemy tego konia, bo długi dystans pokonywał kenterem. Tymczasem na każdej bramce weterynaryjnej miał znakomite wyniki i błyskawicznie wracał do prawidłowego tętna. Przez długi czas żaden koń nie osiągnął takiego tempa jak Gepard.

Gepard „na wypasie” – Fot. archiwum rodzinne
Gepard „na wypasie” – Fot. archiwum rodzinne

– Kiedy zatem zrodziło się marzenie o hodowli koni pokazowych?

Jeździliśmy z mężem na pokazy koni arabskich, bo obserwowanie tych niezwykle pięknych zwierząt sprawiało nam ogromną przyjemność. Z czasem w mojej głowie zrodziło się marzenie, aby wyhodować konia, który zdobędzie choćby piąte miejsce w czempionacie. Tak też wspomnianą już klacz michałowskiej hodowli Elizkę (Pamir – Eulalia / Eufrat) pokryliśmy Eksternem i w 2002 roku na świat przyszła Enya, przyszła matka naszej El Piatzolli, od której rozpoczęła się nasza przygoda z hodowlą koni pokazowych.

Enya – to od niej rozpoczęła się przygoda Podlesie Arabians z hodowlą koni pokazowych – Fot. Sylwia Iłenda
Enya – to od niej rozpoczęła się przygoda Podlesie Arabians z hodowlą koni pokazowych – Fot. Sylwia Iłenda

Podczas jednego z Młodzieżowych Pokazów w Białce 2007 roku zobaczyliśmy potomstwo ogiera WH Justice, wyhodowane przez Pana Goździalskiego w stadninie Falborek Arabians. Byliśmy zachwyceni. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam: Czy w ogóle uda nam się zdobyć nasienie tego ogiera? Proszę pamiętać, że było to blisko dwadzieścia lat temu, a realia hodowli wyglądały zupełnie inaczej niż dziś. I udało się. Urodziła się ona – El Piatzolla… – Pani Beata na chwilę przerywa, wyraźnie wzruszona.

Czuła mama Enya z dopiero co narodzoną przyszłą gwiazdą pokazów – Fot. archiwum rodzinne
Czuła mama Enya z dopiero co narodzoną przyszłą gwiazdą pokazów – Fot. archiwum rodzinne
„Nasze małe cudo, nasza księżniczka” zaledwie 4 miesiące po narodzinach – Fot. archiwum rodzinne
„Nasze małe cudo, nasza księżniczka” zaledwie 4 miesiące po narodzinach – Fot. archiwum rodzinne

Po chwili kontynuuje: – Nasze małe cudo, nasza księżniczka! Już następnego dnia po narodzinach Piatzolka wyszła przed stajnię. Stanęła równiutko na nóżkach, ogon do góry i zaczęła swój balet, odbijając się od ziemi jak piłeczka. To było coś niesamowitego! Dzisiaj takich koni rodzi się znacznie więcej, ale wtedy był 2008 rok. Konie pokroju Piatzolli były znacznie rzadsze.

– Kariera pokazowa El Piatzolli nabrała błyskawicznego tempa…

Tak, to wszystko potoczyło się naprawdę bardzo szybko. Już jako roczniaczka Piatzolla zdobyła swój pierwszy medal – srebro podczas pokazu w szwedzkim Blommeröd, a wtedy to był naprawdę mocny pokaz. Dwa miesiące później dołożyła brąz na IV Jesiennym Pokazie Koni Arabskich w Janowie Podlaskim. Pamiętam, że wtedy ogromne wrażenie zrobił na sędziach jej ruch.

El Piatzolla, czyli niekwestionowana Królowa Podlesie Arabians… – Fot. Sylwia Iłenda
El Piatzolla, czyli niekwestionowana Królowa Podlesie Arabians… – Fot. Sylwia Iłenda
… swoją karierę pokazową rozpoczęła już jako końskie dziecko, występując m.in. w Białce – Fot. Sylwia Iłenda
… swoją karierę pokazową rozpoczęła już jako końskie dziecko, występując m.in. w Białce – Fot. Sylwia Iłenda

Na tym jednak nie koniec. Mimo że była jeszcze bardzo młodą klaczą, kolejne sukcesy przychodziły jeden po drugim. W samym 2011 roku zdobyła jeszcze trzy medale: złoty na pokazie klasy B Tulip Cup w holenderskim Deurne, brązowy podczas XXI Młodzieżowego Pokazu w Białce i srebrny na I Warszawskim Pokazie Koni Arabskich „Arabia Polska”. A później przyszło jeszcze to wymarzone piąte miejsce (Top Five) podczas Narodowego Pokazu Koni Arabskich w Janowie Podlaskim. Marzenia naprawdę się spełniają.

El Piatzolla w drodze po Top Five na Pokazie Narodowym w Stadninie Koni Janów Podlaski w 2011 r. – Fot. Sylwia Iłenda
El Piatzolla w drodze po Top Five na Pokazie Narodowym w Stadninie Koni Janów Podlaski w 2011 r. – Fot. Sylwia Iłenda

Niedługo później, w 2011 roku, urodziła się El Siena (HDB Sihr Ibn Massai – El Aria / Ararat). Na pierwszy rzut oka nie wydawała się klaczą, która zrobi karierę pokazową, ale ja od początku widziałam w niej potencjał. Trafiła do treningu Geralda Kurtza i również zaczęła odnosić sukcesy. Jako dwulatka zdobyła srebrny medal w Białce, a podczas pokazu w Aachen zajęła drugie miejsce w swojej klasie.

El Siena fantastyczny ruch odziedziczyła po swojej mamie El Arii (na zdjęciu) – Fot. Sylwia Iłenda
El Siena fantastyczny ruch odziedziczyła po swojej mamie El Arii (na zdjęciu) – Fot. Sylwia Iłenda
Młodziutka El Siena od początku miała w sobie to coś – Fot. archiwum rodzinne]
Młodziutka El Siena od początku miała w sobie to coś – Fot. archiwum rodzinne]

Z czasem jednak pokazy zaczęły mnie coraz mniej pociągać. Być może jeszcze kiedyś do nich wrócimy, bo w naszej stajni są konie o dużym potencjale pokazowym. Co przyniesie przyszłość? Zobaczymy…

– Po sukcesach El Piatzolli powiedziała Pani kiedyś: „Koń sam pokaże swoją wartość”. To zdanie bardzo zapadło mi w pamięć. Co ono dla Pani oznacza?

To zależy od tego, czego od konia oczekujemy i jaką rolę ma pełnić. W przypadku ogierów ich wartość najlepiej weryfikuje potomstwo – to, czy przekazują pożądane cechy i czy ich źrebięta są powtarzalne. Konie pokazowe z kolei udowadniają swoją wartość na ringu, czyli sposobem, w jaki się prezentują, i ocenami, jakie otrzymują od sędziów. Trzeba jednak pamiętać, że nawet wielki czempion nie zawsze okaże się równie wartościowym koniem hodowlanym. To są dwie zupełnie różne rzeczy. Piatzolla swoją wartość udowodniła wielokrotnie. Zachwycała na pokazach, zdobywała wysokie noty i kolejne tytuły. Ale ona po prostu jest niesamowicie szlachetna. Pomimo swoich osiemnastu lat nadal zachwyca.

– Wystarczy, że wychyli głowę z boksu… Ach, coś niesamowitego! Według nas to właśnie jest ta wartość – dodaje z uśmiechem Pan Marek.

– Przeglądając rodowody koni z Podlesie Arabians, zauważyłam, że ich imiona nie wydają się przypadkowe. Pojawiają się nawiązania do Włoch, muzyki, sztuki i kultury. Czy rzeczywiście istnieje jakiś klucz do ich nadawania?

Staramy się nadawać koniom imiona, które będą do nich pasowały i oddawały ich charakter. Dlatego rzadko robimy to w pierwszych miesiącach życia. Najpierw potrzebujemy trochę czasu, żeby poobserwować malucha i przekonać się, jakie imię będzie do niego pasować.

Imię El Piatzolli zawdzięczamy Tomaszowi Mrozowskiemu, lekarzowi weterynarii, który inseminował jej matkę klacz Enyę. Gdy tylko ją zobaczył, powiedział: „Piatzolla!”. Astor Piatzolla był wybitnym kompozytorem argentyńskiego tanga, a nasza Piatzolla poruszała się z taką lekkością i rytmem, że to skojarzenie wydało się idealne. Zgodnie z zasadami imię musiało rozpoczynać się na literę „E”, dlatego otrzymała przedrostek „El” i tak już zostało.

Mieniąca się w słońcu El Siena – Fot. Sylwia Iłenda
Mieniąca się w słońcu El Siena – Fot. Sylwia Iłenda

Podobnie było z El Sieną. Od pierwszych dni zachwycała tym, jak pięknie mieniła się w słońcu. Do dziś pamiętam pokaz w Aachen, podczas którego prowadzący kilkukrotnie zwrócił uwagę na jej imię, podkreślając, jakie jest piękne. Zresztą ona sama była wyjątkowa, niezwykle charakterystyczna, z piękną szyją i fantastycznym frontem.

El Siena zachwycała w 2013 r. jako dwulatka na Pucharze Narodów, a do czempionatów zakwalifikowała się wtedy razem z białecką Perfinką, janowską Patrią i chrcyńskim Psyche Keretem – Fot. Sylwia Iłenda
El Siena zachwycała w 2013 r. jako dwulatka na Pucharze Narodów, a do czempionatów zakwalifikowała się wtedy razem z białecką Perfinką, janowską Patrią i chrcyńskim Psyche Keretem – Fot. Sylwia Iłenda

El La Rosa (WH Justice – Enya / Ekstern) otrzymała imię nawiązujące do róży, bo od początku była niezwykle dostojna. El Vermentina (Vitorio TO – Enya / Ekstern) zawdzięcza swoje imię włoskiemu szczepowi winorośli, a El Peruggia (D Zeidan – El Piazetta / Vitorio TO) stolicy włoskiej Umbrii. Z kolei El Pia Pialotta, córka El Piatzolli i ogiera Excalibur E.A., dostała imię dźwięczne i pełne lekkości, dokładnie takie jak ona sama. To oczywiście ich imiona rodowodowe. W domu zwracamy się do nich znacznie prościej np. Jolka, Rosia, Lotka…

– Która pora dnia w stadninie jest Pani ulubioną?

Chyba nie mam jednej ulubionej pory dnia. Tak naprawdę jestem tutaj niemal cały czas i właśnie tak lubię. Zależy mi na tym, żeby nasze źrebięta od pierwszych dni były odpowiednio socjalizowane. To na hodowcy spoczywa obowiązek nauczenia ich wszystkich czynności, które mogą okazać się potrzebne w dalszym życiu: od podawania nóg, przez kąpanie i podawanie syropu, po oswojenie z dotykiem w miejscach, w których później wykonuje się zastrzyki. Koń, który opuszcza moją stajnię i trafia do nowego domu, powinien to wszystko już znać. Jest jeszcze coś równie ważnego. Prawdziwą relację z koniem można zbudować tylko wtedy, kiedy po prostu się z nim jest. Hodowla koni niesie ze sobą wspaniałe momenty, które pamięta się przez całe życie, ale hodowli koni nie ma co romantyzować… Hodowla to nie tylko piękne chwile i sukcesy. To również trudne decyzje, które musimy podejmować, a ciężar ich konsekwencji zostaje z nami na długo.

Pewnego razu wypuściliśmy klacze ze źrebiętami na pastwisko. Po pewnym czasie zauważyliśmy, że jeden ze źrebaków ma silną reakcję alergiczną, a chwilę później pojawiły się objawy neurologiczne. Okazało się, że ukąsiła go żmija. Walczyliśmy o niego do północy, ale niestety tej walki nie udało się wygrać. Bywają też okresy, kiedy przez lata wszystko przebiega spokojnie, a potem nagle problemy zaczynają się piętrzyć. Większość porodów przebiega bez komplikacji, ale zdarzyło nam się również wieźć klacz z zaledwie czterogodzinnym źrebakiem do kliniki na Służewcu. Mieliśmy też źrebaka, który po upadku w boksie, w pierwszej godzinie życia doznał przemieszczenia kręgu szyjnego. Weterynarze nie bardzo wiedzieli, co można zrobić. Pojawiło się nawet pytanie, czy nie należałoby go uśpić. Nie potrafiliśmy się z tym pogodzić. Trafiliśmy na lekarkę, która podjęła się próby nastawienia kręgu. I udało się! Po czterech tygodniach źrebak wrócił do nas.

Są też wyzwania, o których mało kto myśli. Przez pewien czas rodziły nam się wyłącznie ogierki. A przecież bez klaczek trudno mówić o rozwoju hodowli.

Myślę jednak, że najtrudniejszy w hodowli jest właśnie ciężar podejmowania trudnych decyzji. Hodowla potrafi być przewrotna. Najpierw daje ogromną radość, sukcesy i wielkie emocje, a chwilę później rzuca kłody pod nogi. Wtedy trzeba znaleźć w sobie siłę, żeby iść dalej.

– W hodowli zdecydowanie więcej jest chwil, które uczą cierpliwości, czy takich, które wynagradzają tę cierpliwość?

Myślę, że jedno jest nierozerwalnie związane z drugim. Hodowla stawia przede mną wiele wyzwań i wymaga cierpliwości właściwie każdego dnia. Często zmusza mnie też do przełamywania własnych słabości. Nie zawsze jest to łatwe, ale później przychodzi moment, który wynagradza cały ten wysiłek i naprawdę uskrzydla.

Występ El Sieny w Białce w 2013 r., gdy zdobyła srebrny medal w Czempionacie Klaczy Młodszych, to jeden z tych momentów, które wynagradzają wyzwania – Fot. Sylwia Iłenda
Występ El Sieny w Białce w 2013 r., gdy zdobyła srebrny medal w Czempionacie Klaczy Młodszych, to jeden z tych momentów, które wynagradzają wyzwania – Fot. Sylwia Iłenda

– Gdyby miała Pani opisać konia arabskiego kilkoma słowami, jakie by one były?

Osobowość, spojrzenie, intelekt i te niesamowite czarne oczy. Araba trzeba po prostu umieć „czytać”. To konie niezwykle wrażliwe, które bardzo mocno przywiązują się do człowieka i potrafią nawiązać z nim wyjątkową relację. Zachwycają subtelnością, zwiewnością i niezwykłą finezją ruchu. Dla mnie konie arabskie to coś więcej niż tylko konie. To prawdziwe dzieła sztuki.

El Aria udowadnia, że koń czystej krwi to prawdziwe działo sztuki – Fot. Sylwia Iłenda
El Aria udowadnia, że koń czystej krwi to prawdziwe działo sztuki – Fot. Sylwia Iłenda

– Gdyby historię Podlesie Arabians miał „opowiedzieć” jeden koń, który by to był?

To bardzo trudne pytanie. Chyba nie potrafię wskazać tylko jednego konia. Był Gepard i jest Piatzolla… Wymieniłam właśnie tę dwójkę, ale nie ze względu na ich osiągnięcia. Z Gepardem łączyła mnie niezwykle silna więź. To był taki rodzaj przyjaźni z koniem, który zostaje w sercu człowieka na zawsze. Podobną relację zbudowałam z Piatzollą. To uczucie, kiedy wchodzę do stajni, a ona od razu mnie wita, rży… Ten jej głos…

Zapada cisza. Pani Beata na chwilę odwraca wzrok. Po chwili kontynuuje, wyraźnie poruszona: – Tego nie da się wytłumaczyć… Po prostu.

– A który sukces wspomina Pani najczęściej i najmilej?

Ale pytanie! Myślę, że moja odpowiedź może Panią zaskoczyć, bo nie wskażę największych sukcesów Piatzolli. To byłoby zbyt oczywiste. Sukces, który wspominam najmilej, to zdobycie przez nią tytułu Top Five i to jeszcze w Janowie Podlaskim. To był moment, który naprawdę ścisnął mnie za gardło, bo oznaczał spełnienie marzenia, o którym wspominałam wcześniej. Myślę jednak, że w realizacji marzeń nie zawsze najważniejsze są medale. Najpiękniejsza jest droga, która do nich prowadzi. Przypomina mi się tutaj historia Geparda. Kiedy razem z Lenką przygotowywałyśmy konie do rajdów długodystansowych, podeszłyśmy do tego bardzo profesjonalnie. Miałyśmy dokładnie rozpisany plan treningów i nie było w nim miejsca na wymówki. Nie zatrzymywał nas ani deszcz, ani mróz, ani nawet śnieżne zamiecie. Jeśli trening był zaplanowany, po prostu trzeba było go wykonać. Ta dyscyplina, adrenalina i wspólna praca dawały ogromną satysfakcję.

Wychowankom Podlesie Arabians zima nie straszna, co widać chociażby po doskonałym humorze El Arii, która w śnieżnej scenerii odnalazła się jak przysłowiowa ryba w wodzie – Fot. archiwum rodzinne
Wychowankom Podlesie Arabians zima nie straszna, co widać chociażby po doskonałym humorze El Arii, która w śnieżnej scenerii odnalazła się jak przysłowiowa ryba w wodzie – Fot. archiwum rodzinne

Sukces oczywiście przynosi wyjątkowe emocje, ale to właśnie codzienna praca i wszystko, co prowadzi do tego momentu, daje mi największą satysfakcję.

– Za co jest Pani najbardziej wdzięczna koniom?

Jakby to powiedzieć…

– To, co czujesz – wtrąca Pan Marek.

Jedno jest pewne – one mnie po prostu uszczęśliwiają – kontynuuje Pani Beata. – Kiedy jestem z końmi, wszystkie problemy przestają mieć znaczenie. Przy nich trzeba być spokojnym i wyciszonym. Konie kształtują człowieka. Uczą pokory, cierpliwości i wyrozumiałości. Już sama możliwość obcowania z nimi, a właściwie życia z nimi, jest dla mnie ogromnym darem. Jestem wdzięczna za to, że mogę uczestniczyć w narodzinach źrebiąt. Być przy nich od pierwszych minut życia, obserwować, jak po raz pierwszy wstają, uczą się pić, próbują podskoczyć, a później patrzeć, jak poznają świat i uczą się funkcjonować w stadzie.

Najpiękniejsze są jednak te drobne chwile. Kiedy zaledwie kilkutygodniowe źrebięta, słysząc mój głos, witają mnie swoim cichym rżeniem. To właśnie są momenty, które uświadamiają mi, jak wielkim przywilejem jest życie wśród koni. I właśnie za to jestem im najbardziej wdzięczna. Są częścią naszej rodziny. Gdyby ktoś odebrał mi konie, miałabym wrażenie, że odebrał mi wszystko.

– Podkreśla Pani to jak wiele konie i ich hodowla Pani daje, a czy jest coś co jednak zabiera?

Nie ma co ukrywać, że hodowla zabiera przede wszystkim czas. Mój mąż wie najlepiej, ile wysiłku kosztuje nas wygospodarowanie choćby kilku dni na wspólny wyjazd. Cały nasz kalendarz podporządkowany jest koniom, sianokosom, wyźrebieniom i wszystkim innym obowiązkom. Z perspektywy czasu wiem, że może warto byłoby znaleźć osoby, które mogłyby nas czasem odciążyć. Z drugiej strony, kiedy uczestniczy się w życiu konia od chwili jego narodzin, trudno jest tak po prostu oddać tę odpowiedzialność komuś innemu. Patrzy się na to już zupełnie inaczej.

W Bistuszowej zakochana jest także Julie Hogendorf, młoda siostrzenica Beaty Błaszkiewicz – Fot. archiwum rodzinne
W Bistuszowej zakochana jest także Julie Hogendorf, młoda siostrzenica Beaty Błaszkiewicz – Fot. archiwum rodzinne

Po chwili Pani Beata zwraca się do męża z uśmiechem:

– Mężu, ale udało nam się ostatnio wyjechać!

– Beatko, zgadza się, ale nie musimy nigdzie wyjeżdżać, wiesz, że dla Ciebie wszystko… – odpowiada Pan Marek, po czym po chwili dodaje ze śmiechem: – Tylko proszę tego nie pisać, bo to przecież nie ze mną jest ten wywiad!

Oboje wybuchają śmiechem.

– Bez Ciebie tego wszystkiego by nie było. Cieszę się, że udało mi się zarazić Cię tą pasją – odpowiada Pani Beata.

– Jakie marzenie hodowlane pozostaje jeszcze niespełnione?

Nie wiem, czy mam jeszcze jakieś marzenia stricte hodowlane… (na chwilę się zamyśla). Chciałabym jeszcze kiedyś naprawdę się zachwycić. Marzenia trzeba mieć, ale ja swoich nie wypowiadam na głos.

– Dlatego się Pani nie dowie! – wtrąca ze śmiechem Pan Marek.

Mamy swoje marzenia, ale niech na razie pozostaną tylko w naszych głowach – kończy z uśmiechem Pani Beata.

Jak chciałaby Pani, aby za dwadzieścia lat wspominano hodowlę Podlesie Arabians?

Miała babka pasję!

W Bistuszowej konie wyznaczają zarówno początek, jak i koniec dnia… - Fot. archiwum rodzinne
W Bistuszowej konie wyznaczają zarówno początek, jak i koniec dnia… – Fot. archiwum rodzinne

Podziel się:

Facebook
Twitter
WhatsApp
Email
Reklama
Reklamy

Newsletter

Reklamy
Equus Arabians
Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.