Reklama
Śpiew i rżenie koni w Krainie Kuhailana. Rajd towarzyski

Wyścigi / Sport

Śpiew i rżenie koni w Krainie Kuhailana. Rajd towarzyski

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Mąciwoda, fot. Krzysztof Dużyński
Mąciwoda, fot. Krzysztof Dużyński

W majowy weekend na Zamojszczyźnie, znanej miłośnikom koni arabskich jako ojczyzna kuhailanów, stawiło się 21 koni (większość rasy arabskiej) wraz z jeźdźcami, by wziąć udział w towarzyskim Rajdzie Kuhailana. Prowadził Mąciwoda (Arbil – Małmazja/Wermut), obok jechały m.in.: Argentino (Gazal Al Shaqab – Argentyna/Partner), Mihrab (Borek – Minorka/Wermut), Mistral (Santhos – Mashuga/Plakat), MVA Prince Vayu (SGR Vayu – Corzandra/Yas Orzel), Mu-Ardesz (Dobryń – Mu-Ardah/Armaniak), Mont Wiek (Wiek – Majorka/Wermut), Gepard (Pamir – Giza/Pepton), Mameluck (Złotogłów – Machalia/Tallin) i Etrun (Arbil – Etra/Pepi). Przy zmiennej pogodzie, ale nieodmiennie w dobrych nastrojach, uczestnicy pokonali malowniczą trasę w strojach historycznych (pierwszego dnia) oraz dowolnych (drugiego dnia). Trasa pierwsza prowadziła Szlakiem Czartorii Krainy Kuhailana. Ekipa – konno i bryczką, w której zasiadł m.in. Hetman Rajdu Petroniusz Frejlich, u boku prof. Krystyny Chmiel – wystartowała z gościnnej siedziby Krzysztofa Kordalskiego w Miączynie, o której tak pisał Ataman Rajdu Krzysztof Czarnota w swojej powieści „Czartoria Kraina Kuhailana”:

Hetman Rajdu Petroniusz Frejlich z najmłodszym uczestnikiem rajdu, Wojtusiem Czarnotą, u boku prof. Krystyny Chmiel, fot. Krzysztof Dużyński
Hetman Rajdu Petroniusz Frejlich z najmłodszym uczestnikiem rajdu, Wojtusiem Czarnotą, u boku prof. Krystyny Chmiel, fot. Krzysztof Dużyński

„Kilkanaście kilometrów za Zamościem skręciliśmy z asfaltu, a po kolejnych kilkuset metrach naszym oczom ukazała się stajnia. Przepiękna, duża, wysoka, wymurowana z klinkierowej cegły, z dębowymi wierzejami i modrzewiowymi deskami na suficie. U wejścia, nad drzwiami moją uwagę przykuła złożona z miedzianych cyferek data: 1696. Zaintrygowało mnie to, ponieważ budynek wyglądał jak spod igły, co najwyżej kilkuletni i wybudowany był z absolutnie współczesnych materiałów. Po cholerę ktoś na nowej stajni przyczepia sobie siedemnastowieczną datę?”

Jednym z przystanków była mogiła powstańców styczniowych, gdzie młody uczestnik rajdu, Janek Dudek, pięknym głosem odśpiewał powstańczą pieśń. W powieści czytamy:

Janek Dudek przy Mogile Powstańców, w głębi MVA Prince Vayu, fot. Krzysztof Dużyński
Janek Dudek przy Mogile Powstańców, w głębi MVA Prince Vayu, fot. Krzysztof Dużyński

„W magicznym Lesie jest jeszcze jedno miejsce, o którym jak dotąd nie opowiedziałem. W samym jego sercu, gdzie krzyżuje się kilka mało znaczących leśnych duktów, na niewielkim pagórku stoi metalowy krzyż. Na przyczepionej do niego czarnej tabliczce widnieje namalowany białymi literami napis: Bohaterom Powstania Styczniowego 1863 roku. Miejsce to nazywamy Mogiłą Powstańców i znajduje się ono pod specjalną opieką Bractwa. Grób jest systematycznie oczyszczany z gałęzi i liści, dbamy o to, aby nie tylko od święta paliły się tam znicze, a czasami składamy kwiaty i wieńce”.

Tablica pamiątkowa, fot. Krzysztof Dużyński
Tablica pamiątkowa, fot. Krzysztof Dużyński

Gdzieś koło Poziomkowej Góry lunął deszcz, który zmusił pasażerów bryczki do szukania schronienia (choć i tak nie uniknęli przemoczenia). Jeźdźcy zaś pogodzili się z deszczem, zwłaszcza że i tak nie mogli ominąć tak charakterystycznego dla tej okolicy miejsca:

„Pierwszych trzech kandydatów powołał na pułkowników sam Bóg. Działo się to na Górze Poziomkowej na Czartorii. – Kordalski nieznacznie się uśmiechnął. – W ten sposób powstała rada pułkownikowska, która mianowała kolejnych kandydatów.
– Przyjęcie w poczet Bractwa nowego pułkownika to zawsze wielkie wydarzenie – włączył się do rozmowy Ruczajewski. – Pasowanie poprzedzone jest za każdym razem pułkownikowską próbą wody i ognia, w której kandydat musi udowodnić swoją przydatność do Bractwa. Najczęściej ma ona miejsce na rajdzie giżyckim.

Powrót z trasy. Na czele Krzysztof Czarnota z Mąciwodą oraz Tomasz Dudek z Mistralem,  fot. Krzysztof Dużyński
Powrót z trasy. Na czele Krzysztof Czarnota z Mąciwodą oraz Tomasz Dudek z Mistralem, fot. Krzysztof Dużyński

– Bardzo to wszystko ciekawe. A skąd ta data nad stajnią? – spytałem, uznając dotychczasowe wyjaśnienia za wystarczające. Pułkownik Kordalski pociągnął łyk miodu, po czym powiedział tak:
– Stajnię wybudowałem w 1996 roku. W czasie zawieszania daty, w jakiś niewyjaśniony sposób dziewiątka się obróciła…
– I wyszło 1696 – dokończyłem.
– W tym roku zmarł król Jan III Sobieski, a wraz z jego śmiercią zakończył się srebrny wiek polskiego rycerstwa. – Słowa pułkownika Kordalskiego jakby zawisły nad naszymi głowami i rozwiał je dopiero po dłuższej chwili dym z bukowego drzewa, wydostający się z kominka.”

Gliniska, fot. Krzysztof Dużyński
Gliniska, fot. Krzysztof Dużyński

Na Poziomkowej Górze gotował na ognisku grochówkę czartoryski diabeł, w Czartoryskim Lesie zaś jeźdźców próbowały uwieść Strzygi. Wreszcie nastąpił etap prawdy, czyli przejazd przez Wąwóz Strzygi Kanalii, naszpikowany terenowymi przeszkodami. Drzewa leżące w poprzek, wiszące kościotrupy, no i obudzona strzyga, która rugała jeźdźców mocnymi słowy, wśród których znalazł się też cytat z klasyka: „Spieprzaj, dziadu”.

Zuzanna Zajbt na Mihrabie,  fot. Krzysztof Dużyński
Zuzanna Zajbt na Mihrabie, fot. Krzysztof Dużyński

Na szczęście wieczór okazał się pogodny. Wykład prof. Krystyny Chmiel o kuhailanach (słowo to oznaczało u beduinów ciemno malowane oczy), pieczeń z dzika, gitara i długie rozmowy zakończyły pierwszy dzień rajdu. Trasa drugiego dnia, chłodnego, deszczowego i wietrznego wiodła przez 50 km Szlakiem Czachórskiego i Sienkiewicza, a jeźdźcy i obserwatorzy (tym razem przemieszczający się samochodami) zatrzymali się m.in. w Grabowczyku, rodowej siedzibie malarza Władysława Czachórskiego, u którego dwukrotnie w

Fotograf Tadeusz Budzyński, fot. Krzysztof Dużyński
Fotograf Tadeusz Budzyński, fot. Krzysztof Dużyński

1880 roku gościł noblista Henryk Sienkiewicz, oraz na Wałach na Gliniskach, gdzie Sienkiewicz zaczynał pisać „Trylogię”, szkicując sceny oblężenia Zbaraża. Różnice wzniesień dochodziły do 100 metrów, podłoże było gliniaste, mokre, śliskie – prawdziwy test dla koni i jeźdźców; bardzo stromy podjazd na Gliniska, a potem zjazd na łeb i szyję. Trasa urokliwa widokowo, lecz dla mniej zaprawionych w bojach – o dużym stopniu trudności.

Gepard ogląda swój wyścig, fot. Jacek Styrna
Gepard ogląda swój wyścig, fot. Jacek Styrna

Dzień trzeci to wyprawa na Krynki, z przygodami – m.in. wielką atrakcją było spotkanie z towarowym pociągiem. Na szczęście prawdziwe kuhailany zdzierżyły! Przy kapliczce na Krynkach ksiądz Roman Karpowicz odprawił majówkę. Wielebny przez cały rajd podążał na małopolskim ogierze Harcownik. Po powrocie, w Gościńcu Kresowiak, nastąpiło uroczyste zakończenie rajdu. Uczestnicy otrzymali pamiątkowe, specjalnie wybite na tę okoliczność medale, odlane z brązu przez Bartłomieja Sęczawę. Rada Pułkownikowska Bractwa Miłośników Konia i Żywota Staropolskiego wybrała Najdzielniejszego Kuhailana Rajdu, którym został należący do Beaty Błaszkiewicz derbista Gepard, wyhodowany w stadninie w Michałowie. Siedemnastoletni dziś Gepard został uhonorowany Buławą Dzieduszyckiego, a jego właścicielka mogła obejrzeć derbowy wyścig swojego ukochanego konia z 1995 roku!

Majówka na Krynkach, ksiądz Roman Karpowicz i Krzysztof Kordalski, fot. Jacek Styrna
Majówka na Krynkach, ksiądz Roman Karpowicz i Krzysztof Kordalski, fot. Jacek Styrna

Na koniec pułkownik Krzysztof Kordalski brawurowo, z mołojecką fantazją i dowcipem, poprowadził wielki konkurs wiedzy o Trylogii. Uczestnicy musieli odpowiedzieć na ponad osiemdziesiąt pytań. Wygrał kowal i kasztelan krakowski Jacek Styrna z grodu wawelskiego smoka. W nagrodę otrzymał tom „Pana Wołodyjowskiego” z odręczną dedykacją prawnuka autora – Jerzego Sienkiewicza.

Tak mówi polskimarabom.com Ataman Rajdu Krzysztof Czarnota:

MVA Prince Vayu, fot. Krzysztof Dużyński
MVA Prince Vayu, fot. Krzysztof Dużyński

– Konie przez trzy dni pokonały około 120 km w dość trudnym, pagórkowatym terenie, przy mokrym, śliskim podłożu. W dwudziestokonnej stawce było osiem ogierów – jeden małopolski i siedem czystej krwi. Poza drobnymi incydentami było bezpiecznie, obyło się bez interwencji lekarzy weterynarii i medycyny. Konie świetnie zniosły trudy rajdu, ludzie podobnie. Uczestnicy ocenili jednak rajd jako trudny technicznie. I rzeczywiście – liczba koni, częste popasy, plenery fotograficzne, rozsiodływanie i siodłanie w terenie, orkiestra witająca nas w Grabowczyku, wymagały od koni żelaznej psychiki, a od jeźdźców doświadczenia i umiejętności radzenia sobie w różnych sytuacjach. Jeden z uczestników stwierdził, że przez te trzy dni nauczył się więcej, niż jeżdżąc przez kilka lat! Inni podkreślali, że zrozumieli teraz, jak

Krzysztof Czarnota, fot. Krzysztof Dużyński
Krzysztof Czarnota, fot. Krzysztof Dużyński

trudną dyscypliną jest prawdziwe jeździectwo terenowe, ile wymaga od człowieka i jak świetnie musi być przygotowany koń, nie tylko kondycyjnie, ale i psychicznie. Tym bardziej, że można było zobaczyć w akcji kilka arabów prawdziwie wojennych, na których wrażenia nie zrobił nawet przejeżdżający tuż przy kopytach ogromny towarowy pociąg. Ci, którzy obserwowali rajd, szybko nabierali przekonania, że nie ma to nic wspólnego z konną rekreacją, skłaniając się ku opinii, że to raczej dyscyplina z pogranicza sportów ekstremalnych, wymagająca niemałej pracy, sporych umiejętności technicznych, panowania nad sobą i koniem, a także wyobraźni i odpowiedzialności za ludzi i wierzchowce. Zaś samozwańczy ataman chciał pokazać światu bezpieczne, przyjazne koniom i ludziom jeździectwo. I chyba się udało…

 

Pamiątkowy medal, odlany z brązu przez Bartłomieja Sęczawę
Pamiątkowy medal, odlany z brązu przez Bartłomieja Sęczawę

Wygląda więc na to, że słowa rajdowej pieśni (autorstwa Krzysztofa Czarnoty), śpiewanej do melodii „Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma” nie są – na szczęście – tak do końca aktualne:

 

„Dziś prawdziwych kuhailanów już nie ma, bo czy warto na grzbiecie się tłuc…
Miękki fotel, mass media i chemia zamiast rżenia, co rwało się z płuc!
Dawne życie poszło w dal, dziś czempiony, dzisiaj szmal
Tylko koni, tylko koni, tylko koni, tylko koni żal …”

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Reklama
Reklamy

Newsletter

Reklamy
Equus Arabians
Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.