Reklama
Stadnina Koni Janów Podlaski, album jubileuszowy

Ludzie i Konie

Stadnina Koni Janów Podlaski, album jubileuszowy

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email

Imponujący wielkością, edytorskim rozmachem i ceną (150 zł) album wydany przez Grupę Arche na 200-lecie Janowa Podlaskiego, to publikacja, którą trudno pominąć, bo rzadko kiedy mamy do czynienia z tak okazałymi przykładami sztuki wydawniczej. Tym bardziej szkoda, że zawartość albumu nie pozwala niestety na równie szczery zachwyt, jak jego forma.

Wytłumaczenie znajdujemy już w słowie wstępnym od wydawcy: „21 lipca dowiedziałem się, że Album na 200-lecie Stadniny Koni Janów Podlaski nie ukaże się z powodu braku funduszy… – pisze prezes Grupy Arche Władysław Grochowski. – Poczułem się zobowiązany, by ratować sytuację”. A zatem na zaledwie trzy tygodnie przed Świętem Konia Arabskiego podjęto wiążące decyzje, by księga ta mogła ukazać się na czas! Nie wiem, jak bardzo były wówczas zaawansowane prace nad albumem i rozumiem sytuację podbramkową, ale nie sposób przejść do porządku dziennego nad brakami tej publikacji.

A jest to praca mająca ambicję, by podsumować 200-letni dorobek nadbużańskiej stadniny. To w założeniu swoiste kompendium, zawierające niemal całą wiedzę o historii i teraźniejszości Janowa Podlaskiego, posługujące się zarówno słowem, jak i obrazem. Na kartach albumu znajdujemy więc mnóstwo zdjęć, archiwalnych i współczesnych, w tym wiele pięknych portretów janowskich koni. Niestety, nie podpisanych. Tymczasem nie jest to przecież impresja, lecz rzecz o znaczeniu historycznym, a dla każdego „arabiarza” tożsamość przedstawionych na fotografiach koni jest równie istotna, jak tożsamość ludzi. A tu nawet koń okładkowy pozostał anonimowy! To oczywiste, że nie zawsze udaje się zidentyfikować konie z przeszłości, ze zdjęć fotografów, którzy już odeszli, jak Zofia Raczkowska, czy Marian Gadzalski. Trudno jednak uwierzyć, by czynni dziś autorzy (np. niemiecka fotografka Petra Mette, czy zatrudniony od lat w Janowie Artur Bieńkowski) nie znali imion bohaterów swych prac, lub by koni na zdjęciach nie byli w stanie rozpoznać pracownicy stadniny. Zapewne więc zawinił ów wielki pośpiech.

Opis janowskiej historii, rozwoju stadniny, losów ludzi i koni opiera się przede wszystkim na książkach prof. Witolda Pruskiego i Romana Pankiewicza. Jaka byłaby nasza wiedza bez tych fundamentalnych pozycji? Przez lata niewiele dodano do spuścizny prof. Pruskiego, który pisał, jak wiemy, w szczególnym czasie, gdy peerelowska cenzura nie pozwalała na odkrywanie całej prawdy historycznej. Próbował to nadrobić Roman Pankiewicz (m.in. w „Polskiej hodowli koni czystej krwi arabskiej 1918-1939”), uzupełniając niejako „białe plamy” z „Dwóch wieków polskiej hodowli koni arabskich (1778-1978) i jej sukcesów na świecie” (1983). Jak pamiętamy, rozdział „Zniszczenia spowodowane przez pierwszą wojnę światową” zajmuje w „Dwóch wiekach…” niecałą stronę druku. Nie wolno było umieszczać nigdzie żadnej wzmianki o zniszczeniach i mordach, jakich dopuścili się bolszewicy. „Tak przepadł dorobek kilku pokoleń hodowców z lat 1778-1918 i wszystko należało rozpocząć od nowa” – podsumował swój arcykrótki rozdział poświęcony temu okresowi prof. Pruski. Ale szeroko pisał o Janowie w wydanej w 1948 roku pracy „Dzieje państwowej stadniny w Janowie Podlaskim 1817-1939”.

I oto w omawianym tutaj albumie znajdujemy znane nam doskonale z wymienionych wyżej książek teksty. „Zdzierano nawet blachę z dachów i wykopywano rośliny okopowe – relacjonował Pankiewicz rabunek Janowa przez ludność zza Buga. – Dopiero wejście Niemców położyło temu kres”. To samo zdanie, w identycznym, słowo w słowo, brzmieniu, lecz bez cudzysłowu, znajdujemy na str. 71 albumu – a to tylko jeden z wielu przykładów. Kompilowanie tekstu metodą „kopiuj-wklej” mści się mocno w dalszych rozdziałach, np. tych poświęconych aukcjom koni w kolejnych latach. Fragmenty te są żywcem przepisane z artykułów prasowych różnych autorów. Lista tekstów źródłowych znajduje się na końcu każdego rozdziału, a także w bibliografii, ale że style pisania są w owych tekstach z natury rzeczy odmienne, to złożone w jedną całość rażą i sprawiają wrażenie chaosu (np. rodowody koni raz są podawane, a raz nie, bez żadnego schematu). Pomijając fakt, że to, co w momencie publikowania owych relacji było aktualne, dziś już aktualne często nie jest i użyty czas teraźniejszy często co najmniej dziwi. Dokonywanie koniecznych skrótów zaowocowało zdaniami typu: „Janowska Pinga została uznana za Best in Show oraz dostała nagrodę Polskiego Związku Hodowców Koni Aranskich dla najpiękniejszej” (str. 108). Czy nadzwyczaj liczne literówki i gramatyczne pomyłki, a także powtórzenia, pochodzą z artykułów źródłowych, czy też są efektem pospiesznego kopiowania, trudno dziś wyśledzić, ale irytują i utrudniają lekturę. W wielu miejscach pozostały w druku wskazówki dla redaktora czy fotoedytora (np.” [foto obrazu z biura SK JP]”, str. 170). Najwyraźniej zabrakło czasu nie tylko na ostateczną korektę, ale i na tę wstępną.

Nie odczuwam przyjemności w znęcaniu się nad treścią albumu, bo mimo wszystko jego powstanie to akt twórczy, który należy docenić – zwłaszcza obecnie, gdy tyle jest osób, które próbują zniszczyć, wyrugować, czy też, mówiąc potocznie, „zaorać” polską hodowlę państwową. Pragnęłoby się jednak, by nie powielano błędów, które zdążyły już zostać sprostowane. Nie jest wielką trudnością zajrzenie do działu „Pride of Poland” na niniejszym portalu (autorzy korzystali z tego źródła, co znalazło wyraz w przypisach), by zweryfikować dane o sprzedanych koniach. „Jedenaście koni pojechało do Ameryki Północnej, w tym Embella za 140 tys. euro” – czytamy na str. 104. Owszem, taka była wiedza prof. Krystyny Chmiel, gdy pisała swoją relację w „Koniu Polskim”, z której to relacji wzięto ten fragment. Dziś jednak wiemy, że Embella do USA nie pojechała, bo nie została odebrana; sprzedano ją na przetargu w lipcu 2007 do Dubaju (ten przykład zadaje zresztą kłam rozpowszechnianym dziś w sieci stwierdzeniom, że nigdy przedtem konie aukcyjne nie były oferowane na przetargach – a już na pewno nie tak cenne). O głośnej w środowisku sprawie nieodebrania kilkunastu koni przez nabywcę z Australii w 2011 roku również nie ma najmniejszej wzmianki, a przecież fakt ten znacząco wpłynął na ostateczny obraz aukcji. To jasne, że podczas kilku miesięcy po sprzedaży trudno jest zweryfikować oficjalne dane, ale tu mamy do czynienia z wynikami sprzed lat, dawno już zweryfikowanymi. Z kolei zaskakuje brak choćby jednego zdania o tak istotnym wydarzeniu, jakim był rekord sprzedaży klaczy własności prywatnej, który padł w 2015 roku – za falborecką Wasę nabywca z Kataru zapłacił 252 tys. euro. Gdyby wcześniej odnoszono się wyłącznie do koni janowskich, nie byłoby w tym nic dziwnego, jednak tutaj podjęto próbę ogólnego, choć krótkiego opisu wszystkich aukcji. Co samo w sobie jest chwalebne (zwłaszcza dawniejsze aukcje, odbywające się pod marką „Polish Prestige”, nie były do tej pory udokumentowane w jednym, dostępnym miejscu), ale czy – biorąc pod uwagę błędy przy opisie najnowszych dziejów – można być pewnym, że podawane informacje nie mijają się z rzeczywistością?

Wartością są niewątpliwie zgromadzone w albumie archiwalia (np. mapa powiatu konstantynowskiego z atlasu z 1907), grafiki i portrety ważnych w historii Janowa postaci, jak choćby Aleksander Stanisław Potocki, pierwszy dyrektor stadniny. Nie dowiadujemy się jednak, kto te portrety namalował, ani w czyich zbiorach wiszą reprodukowane obrazy. Nawet w wykazie osób kierujących stadniną znajdujemy omyłki – Janusz Wawiórko figuruje tu jako „Wiewórko”.

Wśród zdjęć archiwalnych poczesne miejsce (aż dwie kolumny!) zajmuje fotografia przeglądu hodowlanego z czasów okupacji niemieckiej. Być może dlatego, że przeglądowi temu poświęcony jest długi fragment: „O tym, jak szybko i sprawnie okupanci zorganizowali całe przedsięwzięcie, świadczy fakt, że już w następnym roku, 1940, mogli urządzić w Janowie Podlaskim tradycyjną niemiecką Hengstparade – wielką paradę ogierów, prezentowanych także pod siodłem oraz we wszelkiego rodzaju zaprzęgach, której towarzyszył przegląd hodowlany. Co roku było to ważne wydarzenie, odbywające się na placu w centrum stadniny” (str. 74). Identyczny fragment, słowo w słowo, znajduje się w biografii Marka Treli „Moje konie, moje życie” (str. 101), której okładka również jest w albumie reprodukowana. Swoją drogą, narracja o wspaniałych rządach niemieckiego okupanta za każdym razem zadziwia. Choć trzeba przyznać, że w albumie wspomniano o egzekucji pięciu masztalerzy należących do Armii Krajowej (w monograficznym wydaniu „Konia Polskiego” z 1967 roku, wydanym z okazji 150-lecia stadniny, dyr. Andrzej Krzyształowicz, którego pamięci jest zresztą poświęcony album, pisał o aresztowaniu siedmiu masztalerzy i egzekucji sześciu z nich). Całkowicie przeciwną wersję wydarzeń przytoczył w swej biografii były prezes Janowa. Otóż wg niego i autorki książki, po wykryciu komórki AK pięciu spośród aresztowanych masztalerzy zostało uratowanych przez zarządcę stadniny Hansa Fellgiebela: „…płk Fellgiebel korzystał ze swoich koneksji rodzinnych, wyciągając z hitlerowskiego więzienia na zamku w Lublinie pięciu masztalerzy, skazanych przez gestapo na śmierć po wpadce podziemnej organizacji Armii Krajowej” (str. 102). Źródła tej informacji Marek Trela nie podaje – ma ona jednak być jednym z dowodów na tezę o dobrych czasach dla stadniny janowskiej podczas II wojny światowej („To niesamowite, jakie Janów miał szczęście do ludzi, nawet pod okupacją. Fellgiebel bardzo dbał o to, żeby koniom i obsłudze niczego nie brakowało”). Wersja w albumie, bez cudzysłowów: „Fellgiebel bardzo dbał o to, żeby koniom i obsłudze niczego nie brakowało”. Mimo to, jestem raczej skłonna zawierzyć wersji Andrzeja Krzyształowicza, bezpośredniego świadka tych wydarzeń. Nawiasem mówiąc, Hans Fellgiebel, jako brat jednego z uczestników spisku przygotowującego (nieudany) zamach na Hitlera, został uznany za antyfaszystę, skoro po wojnie (1956) zaproszono go oficjalnie do Polski. „To chyba jedyny taki przypadek w okresie PRL” – czytamy w albumie. Warto jednak zdawać sobie sprawę z tego, że organizatorzy tamtego zamachu byli z reguły członkami NSDAP, a ich celem było zawarcie pokoju z Zachodem na korzystnych warunkach, które zakładały m.in. utrzymanie części wojennych zdobyczy terytorialnych Niemiec, a więc także dalszą okupację Polski.

W tym miejscu wypada wspomnieć o mniej znanej, za to daleko dokładniej udokumentowanej historii, dotyczącej innej polskiej stadniny – w Drogomyślu. Źródłem wiedzy o tych zdarzeniach jest niemiecka książka „Pferde zwischen den Fronten”* napisana przez Ehriendfreda Brandtsa w 2008, a zrecenzowana w „Polityce i społeczeństwie” (2009) przez Wojciecha Furmana. Konie z Drogomyśla przeszły podobną gehennę, co konie janowskie – ewakuowano je we wrześniu 1939 na wschód, po to, by wkrótce, po wkroczeniu do Polski wojsk sowieckich, zawrócić, co skończyło się dla wielu z nich tragicznie. Zarządca stadniny Kajetan Kajetanowicz trafił do Auschwitz, a na jego miejsce Niemcy przysłali majora Hansa Brandtsa, doktora nauk rolniczych. Gdy w ’45 przyszedł rozkaz ewakuacji, konie z Drogomyśla, tak jak i konie z Janowa, dotarły do bombardowanego Drezna. Major Brandts, który doglądał koni podczas exodusu, zaginął w Czechach; zamordowano go prawdopodobnie w roku ’45. W roku 1986 jego dorosłe dzieci podjęły trud wyprawy do Polski i do Czech, śladami ojca, pomimo lęku o to, jak zostaną przyjęte w komunistycznej wówczas Polsce, na dodatek jako potomkowie okupanta. Otóż okazało się, że spotkało je niezwykle pozytywne zaskoczenie! Żyjący jeszcze byli pracownicy stadniny podjęli niespodziewanych gości serdecznie, dzięki wdzięcznej pamięci o ich ojcu. To on bowiem przez cały okres swego pobytu w Drogomyślu zabiegał o zwolnienie z obozu koncentracyjnego Kajetana Kajetanowicza, co zakończyło się sukcesem w lipcu ’44. Chronił okolicznych mieszkańców, dając zagrożonym wywózką zatrudnienie w stadninie. Dwóch członków AK tuż przed ich aresztowaniem wysłał na Morawy, by zniknęli z oczu lokalnego gestapo. Niestety, samego majora Brandtsa, gdy przyszedł czas rozliczeń, uratować się nie udało.

Wracając jednak do albumu. Ciekawy jest na pewno rozdział szósty – „Stadnina i jej konie w sztuce polskiej”, z reprodukcjami prac znanych artystów: Czesława Tańskiego (1862-1942), prof. Andrzeja Strumiłły, autora klasycznego już dziś wydawnictwa „Al Jawad. Konie Janowa”, blisko związanego z Janowem Ludwika Maciąga (1920-2007), Andrzeja Novaka-Zemplińskiego, rzeźbiarki Anny Dębskiej (1929-2014), Grzegorza Krzyżaniaka; a także fotografów, wśród nich Mariana Gadzalskiego (1934-1985), Zofii Raczkowskiej (1932-2013), Adama Bujaka, Zenona Żyburtowicza i Petry Mette. Na pewno przyda się niejednemu „arabiarzowi” zamieszczone na końcu albumu kalendarium stadniny.

Czy album ten to stracona szansa na ważną pozycję bibliograficzną? I tak, i nie. Tak, bo raczej nie możemy liczyć na wydanie drugie, poprawione, skoro to publikacja okolicznościowa. Nie, bo jubileusz został uczczony – i za to należy się wydawcy chwała i uznanie – a dla wielu ludzi, którzy z końmi arabskimi zetkną się dzięki tej publikacji po raz pierwszy, może to być nie tylko piękna pamiątka, ale i dowód na siłę polskiej hodowli.

P.S. Jedna dodatkowa uwaga z dziedziny praw autorskich. W albumie wykorzystano zdjęcie pochodzące z naszego portalu – portret prof. Andrzeja Strumiłły. Z całą pewnością chętnie udostępnilibyśmy tę fotografię, gdyby nas o to poproszono. A tak – niespodzianka! Mimo to miło nam, iż uznano, że zdjęcie to zasługuje na umieszczenie w jubileuszowym wydawnictwie.

Stadnina Koni Janów Podlaski, wyd. Grupa Arche, Warszawa 2017, str. 208

 

*Z końmi między frontami, wyd. Logos Press, tłum. Katarzyna Winkler

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Reklama
Reklamy

Newsletter

Reklamy
Equus Arabians
Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.