Reklama
Koń, który nie śpi

Ludzie i Konie

Koń, który nie śpi

Benefis Profesora, fot. Mateusz Jaworski
Benefis Profesora, fot. Mateusz Jaworski

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Benefis Profesora, fot. Mateusz Jaworski
Benefis Profesora, fot. Mateusz Jaworski

Rozmowa z prof. LUDWIKIEM MACIĄGIEM – artystą malarzem, miłośnikiem koni arabskich, propagatorem polskich tradycji narodowych w sztuce.

 

Ewa Bagłaj: Sezon biegów hubertusowych w pełni. Pan Profesor, jak co roku, na ogierze czystej krwi… Czym fascynują araby jako wierzchowce?

Ludwik Maciąg: Jechałem w życiu niezliczoną ilość hubertusów, kilkadziesiąt na pewno – o różnym stopniu trudności i na rozmaitych koniach. Głównie w stadach ogierów, stadninach. Organizowanie gonitw św. Huberta nie jest polską tradycją, ten zwyczaj przyszedł do nas najprawdopodobniej z Anglii. Ale cieszę się, że tak się rozpowszechnił, bo jest to szczególny rodzaj kontaktu z wierzchowcem. Zwierzę w terenie, w naturze, to moc doznań, które niesamowicie zbliżają konia i jeźdźca. Jazda na arabie to doświadczenie wyjątkowe. Rzadko kiedy widzi się aż tyle życia, ile tkwi w tym koniu. Po jakimś czasie, gdy inne zaczynają być „oklapnięte“ – idą bo idą, bo człowiek od nich tego wymaga – arab jest zawsze żywy, zawsze uszy postawione, zawsze zachowuje tempo. Na przykład mój Eos (Banat – Elektorka/Andrut). Ile by koni nie szło w grupie, i tak jadę przed wszystkimi. Taki jest energiczny, silny i chyba ambitny. Kiedy wyprzedza resztę o sto metrów, czy to w stępie, czy w innych chodach, czuje się najlepiej. Araby im starsze, tym ładniejsze. Podobnie jest z ich wytrzymałością w drodze – im dalej, tym bardziej żywo idą. Do tego wspaniała ekspresja. Eos reaguje na wszystko, w każdej chwili może bryknąć, uskoczyć. Tym więcej satysfakcji daje jeźdźcowi: koń nie śpi i ja na nim spać nie mogę.

E.B.: Najbardziej znana część pana twórczości to malarstwo olejne przedstawiające konie i ludzi w scenach batalistycznych, na wyścigach, w scenkach rodzajowych z polskich stad i stadnin, oraz oczywiście podczas biegów św. Huberta. Jak powstają te obrazy?

 

Przez las, akryl/olej-płótno, wł. prywatna
Przez las, akryl/olej-płótno, wł. prywatna

L.M.: Moja wrażliwość zawsze skłaniała mnie do malarstwa, które sięga po nastrój chwili. Całe życie maluję swój pamiętnik. Urodziłem się w Krakowie. Ojciec był wojskowym i kiedy miałem dwa lata, przeniesiono go do pułku w Białej Podlaskiej. Moja młodość wiąże się więc z miastem nad Krzną. W czasie wojny służyłem jako zwiadowca konny w podlaskim oddziale AK pod dowództwem majora Stefana Wyrzykowskiego, pseudonim „Zenon”. Po demobilizacji, wraz z koniem, przyjęła mnie stadnina w Janowie Podlaskim i to uratowało mi życie. Pracowałem tam jako leśniczy, a później masztalerz – z czego jestem niesamowicie dumny, do dziś Janów jest moją mekką. Jeżdżę na czempionaty; na aukcje raczej nie, bo nie interesuje mnie hazard, ale ocena urody konia. Czasami zdarzało mi się przyjechać konno. Tak więc była w moim życiu partyzantka, stadnina, po niej etap Akademii Sztuk Pięknych – od studenta do profesora zwyczajnego. Teraz siedzę sobie w małym lasku, we wsi Gulczewo nad Bugiem, niedaleko Wyszkowa, i nadal, tak jak przez całe życie, towarzyszą mi konie. Te w stajni i te na płótnach. Nie jeżdżę już tylu hubertusów w sezonie, co dawniej – mam w końcu 86 lat – w tym roku pozwoliłem sobie na trzy. Nigdy nie jeżdżę z aparatem fotograficznym. Wszystkie moje obrazy oparte na motywie biegów myśliwskich to są relacje z perspektywy człowieka w siodle, uczestnika. Układy kompozycyjne widziane z siodła są niemożliwe do wykompilowania. Od razu, póki pamiętam, najczęściej nazajutrz po gonitwie, robię szkice do obrazów. Staram się być dokładny. Wielu mogłoby rozpoznać sylwetki własne i swoich koni. Tego typu spotkaniom często towarzyszą zaskakujące sytuacje, niekiedy ekstremalne. Kilka razy wydawało się, że ktoś się zabił, dużo było poważnych wypadków. Ale zawsze najbardziej lubiłem jazdę na ogierach – wspaniałe przeżycia! Na ile udało mi się je oddać w malarskim pamiętniku, nie wiem. 25 lat jeździłem w klubie Legii na warszawskich Powązkach. Kiedy prowadził Jan Kowalczyk, musiało być ostro. Inne wspomnienia wiążą się z hubertusami w Janowie Podlaskim, gdzie dosiadaliśmy arabów hodowlanych. Obce im były przeszkody. Siłą rzeczy, gonitwa nie ma wtedy charakteru sportowego wyczynu. Ma natomiast urok przejażdżki w terenie, dającej bardzo piękne doznania estetyczne. Wielu ludzi jest na nie uwrażliwionych. Bo arab w ruchu, porównany z innymi rasami, ma najwięcej gracji, fantazji. Każdy z tych koni jest aktorem.

E.B.: Kiedy zaczęła się pana przygoda z arabami, które przecież nie były pierwszymi końmi w życiu człowieka wychowanego w koszarach artylerii konnej?

 

Hubertus w Kajetance, fot. Mateusz Jaworski
Hubertus w Kajetance, fot. Mateusz Jaworski

L.M.: W dzieciństwie, gdy mieszkałem w koszarach wojskowych, miałem okno wychodzące na plac. Była tam studnia, koryto, koniowiązy… Od małego obserwowałem życie z końmi. Niesamowicie mnie to wciągało. Ale pamiętam dzień, w którym po raz pierwszy zobaczyłem parę ogierów arabskich. Szły w zaprzęgu, którym przyjechał na stację kolejową ówczesny dyrektor stadniny w Janowie Podlaskim. Taki był przed wojną zwyczaj, że aby dostać się do oddalonego o 20 km dworca w Białej, dyrektor stadniny wsiadał do bryczki albo sań, którymi go tutaj przywożono. Zobaczyłem wtedy te ogiery i nie wiedziałem, na czym polega tajemnica, że ja, na co dzień otoczony końmi, jestem pod takim ogromnym wrażeniem. Co mnie w nich aż tak fascynuje? – zastanawiałem się wtedy, jako mały chłopak. A jako malarz dociekam ich orientalnego piękna do dziś. Bo i wtedy, i później, chodziło o tę różnicę. Przyzwyczajony byłem do obcowania z końmi wojskowymi, które w malarstwie dobrze scharakteryzował Wojciech Kossak: deskowata szyja, ogon skrócony zgodnie z regulaminem. A tutaj nagle bujne grzywy, spadające na kark – i jakże inna szyja! To zganaszowanie, mały łebek… Obfity ogon, pysznie odsadzony! Gdybym miał wpływ na zasady sędziowania pokazów arabskich, ustanowiłbym osobną punktację za sposób noszenia ogona, tak jak ocenia się głowę, kłodę czy nogi. Bo u żadnej innej rasy nie odgrywa to aż tak istotnej roli. W sztuce, nawet w czasie, gdy orient był bardzo modny, żaden z artystów nie odczuł tego tak, jak Juliusz Kossak. Dlatego uważam go za najgenialniejszego malarza koni arabskich na świecie. Gericault, Delacroix czy inni, nie mniej wybitni twórcy – widzieli jednak tego konia przez folbluta. Zupełnie nie brali pod uwagę, że ogon araba to sztandar. Zresztą i teraz mało ludzi ma w pełni świadomość, jak ogromna jest to rola.
Tak więc od chwili, kiedy zobaczyłem tę parę ogierów, zrodził się we mnie malarz konia. Oczywiście miałem też inne ambicje, ale jeśli już ten temat malarski, to właśnie w takim ujęciu. Niektórzy mi dokuczają, że to, co tworzę, to taki „koń Maciąga”. Ale ja takimi zobaczyłem je wtedy, jeszcze przed wojną, tak że było to dla mnie od początku wyzwanie do określenia charakteru konia orientalnego.

E.B.: Czy jazda konna, którą uprawia pan z równą pasją co malarstwo, pomaga w uchwyceniu charakteru tych zwierząt? Czy miała wpływ na stworzenie pańskiej wizji artystycznej tych zwierząt – tak charakterystycznej i, jak dotąd, nie do podrobienia?

 

Hubertus w Kajetance, fot. Mateusz Jaworski
Hubertus w Kajetance, fot. Mateusz Jaworski

L.M.: Rola jazdy konnej jest ogromna nie tylko w sztuce, gdzie przydaje się choćby po to, by oddać doznania jeźdźca, czy też lepiej uchwycić sposób poruszania się zwierzęcia, jego wygląd, zachowania w różnych sytuacjach. Równie ważna jest dla samego zrozumienia konia, którego wtedy poznaje się najlepiej. Nigdy nie umiałem stwierdzić, czego było w moim życiu więcej: ciągot do jazdy czy do malarstwa. Absolutne zbratanie się jeźdźca i wierzchowca przeżyłem w partyzantce, gdzie w siodle przemierzało się miesiącami duże odległości, w dzień i w nocy. To była stuprocentowa współzależność – przeżycie jednego z nas zależało od tego, czy przeżyje drugie. Dlatego kiedy mi zabito moją niezawodną klacz Nunę (zginęła trafiona odłamkiem artyleryjskiego pocisku w bitwie pod Grabarką, na północny zachód od Białej), myślałem, że to i mój koniec. Na szczęście dowódca, na wieść o tym, oddał mi swoją Iskrę. To z nią trafiłem po wojnie do Janowa. Do tej pory najbardziej lubię wyruszać na dalekie rajdy, sam na sam z koniem. Wtedy mam szansę porozumieć się nawet z tym najbardziej niechętnym do współpracy z człowiekiem. Pozbawiony oparcia w stadzie, daleko od domu, z natury przecież towarzyski, musi zaufać człowiekowi. Zaczyna odbierać go jako przyjaciela. Mam takie sympatyczne wspomnienia z Książa, związane ze Zbyszkiem Dąbrowskim. Jako eks-masztalerz miałem prawo wstępu do ośrodków hodowli w Polsce i nieraz podejmowałem się, za jego zgodą, przeprowadzić z tamtejszego stada ogiera np. do Wrocławia, a dalej w Poznańskie. Były to wielodniowe, samotne rajdy, na nieznanym wcześniej wierzchowcu, w obcym początkowo terenie. Przepiękne, niezapomniane przygody. Nieocenione, bo w takich sytuacjach kontakt z koniem jest najbardziej prawdziwy.

E.B.: Czy zatem tradycja dorocznych rajdów do Jezior koło Łosic, miejsca bohaterskiego starcia oddziału „Zenona”, który osłaniał przerzut pocisków V2 na Podlasiu, wyrasta z potrzeby takiego kontaktu z koniem?

L.M.: Na pewno. Podobnie jak konna pielgrzymka do Częstochowy, w której uczestniczyłem, dosiadając Eosa. Ale jest to również przypomnienie, a dla najmłodszych uczestników może nauka, co to są wartości takie, jak honor, ojczyzna, patriotyzm. Jeździmy do Jezior już ponad 10 lat, a w tym roku tradycja tych spotkań nabrała dużej rangi. Ale widzę, że to już często trochę inni ludzie, inne ambicje wchodzą w grę. Boję się, żeby z czasem nie zapomnieli, po co tak naprawdę tam się zbierają… Ale dobrze, że coś takiego w ogóle powstało, że istnieje jakaś ciągłość.

Zaparowane konie, akryl/olej-płótno, 150x71, wł. prywatna
Zaparowane konie, akryl/olej-płótno, 150×71, wł. prywatna

E.B.: Tak jak w pana sztuce, która zawsze pozostawała wierna tradycjom narodowym, nawet gdy czasy temu nie sprzyjały?

L.M.: Przez całe lata po wojnie te wartości były ośmieszane, a malarzy, którzy chcieli kontynuować najlepsze polskie tradycje, gnojono. Propaganda sowiecka miała problemy z naszą kulturą, mocno zakorzenioną i przekorną. Paradoksalnie przecież zaistnieliśmy na świecie, kiedy Polski zabrakło na mapie: trzy Noble, muzyka Chopina, Sienkiewicz, nasze malarstwo z Chełmońskim na czele. Wobec tego wymyślono, że koń to jest podlejszy gatunek sztuki, jak jeleń na rykowisku. Przestano interesować się twórcami, którzy mimo wszystko nie chcieli odejść od tego tematu, odsunięto nas na margines. Trzeba było wtedy naprawdę ogromnej odwagi i samozaparcia, żeby się nie ugiąć. W tamtym czasie konie malował tylko Michał Bylina, szwoleżer ranny we wrześniu 1939, i ja – też z partyzancką przeszłością. Może jeszcze ze dwóch, trzech, ale nie w tym stopniu. Miałem w życiu taki etap, że pozbawiony możliwości wystawiania, zarobkowałem ilustracją książkową. Teraz konie można malować „bezpiecznie”, ale ja nadal, już z wyboru, jestem z boku, poza środowiskiem.

E.B.: Czy wybierając siedlisko na uboczu, kierował się więc pan chęcią ucieczki, odpoczynku, a nie tylko możliwością trzymania koni i pięknymi terenami do jazdy?

L.M.: Potrzebuję do życia i malowania spokoju, przyrody, prawdziwych kontaktów z ludźmi. Ale tak naprawdę szukałem przede wszystkim miejsca dobrego do… wędkowania. Dlatego musiało być nad wodą i niezbyt oddalone od stolicy, gdzie w latach 70. jeszcze jeździłem na zajęcia w ASP. Wychowałem się nad Bugiem i tęskniłem do tej rzeki, żonie też się tu podobało. Kupiłem starą chałupę i zaczęliśmy się urządzać. Dużo prac wykonałem sam. Trochę z braku pieniędzy, ale i ze względu na to, jak wiąże to człowieka z miejscem, któremu poświęcił tyle własnego wysiłku. Tylko kiedy już  pojawiły się konie, okazało się, że na ryby to ja jednak nie będę miał czasu…

E.B.: Czy myślał pan kiedykolwiek o założeniu własnej hodowli koni?

L.M.: Nigdy mnie to nie kusiło. Choć garnę się zawsze do stadnin i stad, a większość najciekawszych chwil spędziłem właśnie tam – to własna hodowla nie wchodziła w grę. Prawdopodobnie nie mógłbym nawet patrzeć na poród. Wymarzonego od lat „brudnego kasztana”, Eosa, mam z Kurozwęk, dzięki uprzejmości dyr. Władysława Guziuka. Przedtem jeździłem na Zagonie (Melon – Zamieć/Czardasz), również z tamtejszej hodowli. Pierwszym arabem w Gulczewie był Perset (El Azrak – Persefona/Negatiw), niegdyś czołowy w Janowie. Bardzo miły koń, fantastyczny charakter; do tego efektowny. Dużym przeżyciem był dla mnie kontakt i rozstanie z bułanym Alkazarem, na którym Daniel Olbrychski jeździł w „Potopie”. Ogier trafił do mnie z rakiem płuc, miałem go miesiąc, ostatnich kilka tygodni spędził w lecznicy. Malarsko bardzo piękny, złoty w słońcu. W sumie dzierżawiłem około ośmiu ogierów, nie tylko arabskich. Ulubieńców miałem więcej – wystarczy przyjrzeć się „Koniom mojego życia”. Tych, których dosiadałem, są setki.

E.B.: Jest pan stałym bywalcem imprez hipicznych nie tylko w Janowie, ale w różnych częściach Polski i za granicą. Był pan niedawno w Paryżu, w Wessen… świetnie zna pan Arizonę. Jak ocenia pan rodzime środowisko „końskie”?

 

Czempionat w Janowie 2006, fot. Mateusz Jaworski
Czempionat w Janowie 2006, fot. Mateusz Jaworski

L.M.: Za bardzo oddalamy się od tego, co nasze. Za mało w nas znajomości korzeni i dumy z nich, a za dużo zachłystywania się tym, co obce. Zdumiewają mnie dziwaczne mody jeździeckie, np. bandażowanie nóg końskich „dla urody”. Ciekaw jestem, jak by wyglądała kawaleria w owijaczach? Albo wymyślne nauszniki, które widziałem na zawodach zaprzęgów. Akurat jechał jakiś obcokrajowiec – czwórka siwych klaczy wyglądała w tym jak muły albo osły. To nie jest chwalebny tytuł dla konia. Nie podoba mi się hałas, w jakim odbywają się prezentacje koni na czempionatach. Byłem w Scottsdale na ogólnoamerykańskich pokazach arabów – w ogóle nie widziałem konia, który bryknął! U nas – łomot jak w dyskotece. Tam – cisza taka, że podczas pokazów jazdy słychać skrzypienie siodeł. Maluję teraz taki heavy metal, reakcję na to, co obserwowałem na Dniach Konia Arabskiego: wszystkie konie takie rozbrykane. Albo to, co się dzieje w przerwach. Pokazywanie kowbojów prawdziwym Amerykanom, dla których jest to marna namiastka tego, co mają u siebie na co dzień – tak jak to zrobiono kilka lat temu – uważam za nieporozumienie. Dobrze, że w tym roku zaczęła się uwidaczniać potrzeba, żeby pokazać tego konia trochę inaczej, w związku z naszą historią, dla której bardzo się zasłużył. Choć od strony kostiumologicznej był to pokaz żałosny, jednak cieszę się, że w ogóle zaistniał.

E.B.: Jakiej oprawy wobec tego życzyłby pan janowskiej aukcji?

L.M.: Nie tylko w sierpniu, ale na co dzień musimy pamiętać, że potrzeba sięgania do naszej tradycji jest absolutnym obowiązkiem Polaka. Szkoda, że hodowcy nie mają skrupułów na ten temat, a powinni. Mamy w świecie ogromną renomę, jeśli chodzi o araby. Moim zdaniem, oprawa artystyczna aukcji i towarzyszącego jej czempionatu tak wysokiej rangi powinna być koordynowana z Ministerstwem Kultury i Sztuki. Trzeba to robić profesjonalnie, przy współpracy scenografów – choćby specjalistów od filmowej Trylogii. Jeśli chcemy pokazać coś bliskiego gościom zza oceanu, niechaj będzie to generał Pułaski – nasz wspólny bohater, twórca amerykańskiej kawalerii. Byle starannie ucharakteryzowany, z dbałością o autentyczny wygląd rzędu i munduru.

Deszcz, 1990, akryl/olej-płótno, 54x73, wł. prywatna
Deszcz, 1990, akryl/olej-płótno, 54×73, wł. prywatna

E.B.: A jakie ma pan osobiste plany związane z końmi na najbliższy czas?

L.M.: Proszę pamiętać, że w moim wieku każdy dzień jest zdobyczą. W tym roku odbyłem dwa rajdy, kilka hubertusów… Skusiłem się też na gonitwę w Kostomłotach nad Bugiem u Eugeniusza Kuprysia. Bywam tam od prawie trzydziestu lat, kiedy to zaczął organizować pierwsze na Podlasiu biegi myśliwskie, dawniej jeszcze jako dyrektor PGR. Nie będę się ścigał, tę satysfakcję trzeba dać młodszym. A poza tym… Cóż, jeśli nie jeżdżę, to maluję. A właśnie teraz, jesienią, zbliża się czas najintensywniejszego malowania.

Ludwik Maciąg – uważany za jednego z najlepszych współczesnych pejzażystów i batalistów, specjalizuje się w tematyce końskiej. Ur. w 1920 roku w Krakowie. W wieku 2 lat przeniósł się do Białej Podlaskiej, gdzie w garnizonie 9 Pułku Artylerii Lekkiej pracował jego ojciec. Absolwent warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, bezpośrednio po dyplomie adiunkt na Wydziale Malarstwa u prof. Michała Byliny. Później wieloletni profesor tej uczelni. Uprawia malarstwo sztalugowe. Autor również wielu znanych ilustracji książkowych, gobelinów, plakatów, projektów znaczków pocztowych. W dorobku malarskim ma szereg wystaw indywidualnych w Polsce i za granicą, udział w wystawach zbiorowych w wielu krajach Europy. Laureat licznych nagród i wyróżnień. Jego prace znajdują się w kolekcjach prywatnych oraz muzealnych w kraju i na świecie (eksponowane są m.in. w Muzeum Narodowym, Muzeum Wojska Polskiego, Muzeum Łowiectwa i Jeździectwa w Łazienkach Królewskich).
 

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Reklama
Reklamy

Newsletter

Reklamy
Equus Arabians
Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.