Reklama

Ludzie i Konie

Nie ma jak arab!

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
George Z, fot. D. Larrson
George Z, fot. D. Larrson

JERZY ZBYSZEWSKI, powszechnie znany jako GEORGE Z, urodził się i studia skończył w Polsce, ale od 27 lat mieszka w Stanach Zjednoczonych. Zanim wyjechał, pracował w państwowych stadninach koni. W 1981 roku trafił do Sir William Farm w Arizonie i tak rozpoczęła się jego międzynarodowa kariera. Jest wyjątkową postacią w świecie hodowców i miłośników koni arabskich – to dzięki niemu w USA znalazły się takie gwiazdy, jak Emanor, Kwestura, Zagrobla, Fallada, El Dorada, Ganges czy wreszcie Pianissima. Cieszący się wielkim uznaniem sędzia i autorytet w dziedzinie hodowli koni arabskich.

Monika Luft: W jaki sposób Jerzy Zbyszewski został Georgem Z?

George Z, fot. D. Larrson
George Z, fot. D. Larrson

George Z: Była to w równej mierze sprawa przypadku, jak i marketingu. Gdy w marcu 1981 roku przyjechałem do USA (Scottsdale, Arizona), okazało się, że nikt nie potrafi wymówić mojego nazwiska, a gdy czytają moje imię, to przypomina ono nazwę ślicznej i wysokowydajnej rasy bydła mlecznego: Jersey. Zostałem więc Georgem, czyli Jerzym po angielsku. Imię George przylgnęło do mnie tak, że nawet znajomi Polacy i część rodziny tak mnie nazywa. Kiedy w latach 90. otwierałem w stanie Washington (w okolicach Seattle) swoją stajnię treningową, musiałem ją jakoś nazwać. Poprosiłem jedną z moich znajomych, specjalistkę od reklamy, by zaprojektowała mi logo z użyciem mojego imienia, a ona zaproponowała logo „George Z”, które służy mi do dziś. Powiedziała mi wtedy (a jest naprawdę świetna, jeśli chodzi o marketing): „Będziesz się lepiej sprzedawał. To, co wymyśliłam jest proste i każdy dureń to zapamięta”. No i miała rację!

M.L.: Kiedy zbierał pan swoje pierwsze doświadczenia z końmi arabskimi?

G.Z.: Po raz pierwszy zetknąłem się z arabami w czasie studiów w Krakowie w latach siedemdziesiątych. Michałów był stosunkowo blisko. Przez znajome (dziś panie Annę Rey-Lachacz i Elżbietę Potocką) poznałem wtedy Urszulę Białobok (wówczas Laufersweiler). Zaprzyjaźniliśmy się. Jako że czasy były ciężkie, wszytko robiło się samemu. W Michałowie u Urszuli nauczyłem się np. robić pizzę. Było to nasze podstawowe pożywienie, gdy przyjeżdżałem na weekendy. Po raz pierwszy widziałem wtedy Negatiwa i Warmię. W późniejszych latach pracowałem w Stadninie Koni w Golejewku, jako asystent świetnego specjalisty i wspaniałego człowieka, inż. Macieja Świdzińskiego. Jednym z moich licznych obowiązków było eskortowanie koni z Golejewka na tor na Służewcu. Tam, w stajniach golejewskich, znów spotkałem się z arabami.

M.L.: Pana mistrzowie na obu kontynentach to…

G.Z.: Z okresu „polskiego” zdecydowanie wspomniany inż. Maciej Świdziński, który nie tylko „sprowadził na ziemię” bujającego w obłokach studenta, ale i dał mu szansę! Z okresu „amerykańskiego” – Jola i Zenon Lipowiczowie, u których, na Sir William Farm w Scottsdale w Arizonie, zaczynałem swoją życiową przygodę z końmi arabskimi. Moi mistrzowie w hodowli koni arabskich to oczywiście także dyrektorowie, którzy odeszli: Ignacy Jaworowski i Andrzej Krzyształowicz, a poza Polską – Lenita Perroy z Brazylii i Sheila Varian z Kaliforni.

M.L.: Mogę się domyślić, czego nauczył się pan od dyrektorów Jaworowskiego i Krzyształowicza. Ale proszę zdradzić, co zawdzięcza pan Lenicie Perroy i Sheili Varian?

G.Z.: Lenita Perroy jest moim zdaniem mistrzynią świata w „line breeding”, czyli w „chowie wsobnym”, o ile dobrze tłumaczę ten termin. Moje długie dyskusje z Lenitą zawsze wracają do tego samego punktu: jak używać krwi tego samego ogiera na jego córkach, wnuczkach, etc…? U niej Ali Jamaal występuje czasem 4 razy w rodowodzie konia i to nie głębiej niż do trzeciego pokolenia. Zawsze mnie to fascynowało, bo wydawałoby się, że muszą z tego powstać destrukty, a u niej tego nie ma. Podstawową zasadą jest fenotyp osobników, które chcemy użyć do połączeń. Muszą być duże, ramiaste i z dobrą jakością kości. Bardzo wiele nauczyłem się w tej dziedzinie od Lenity. Gdy zaczęła mnie traktować bardziej jak przyjaciela a mniej jak zwiedzającego, zaczęliśmy chodzić razem na pastwiska. Często, gdy u niej jestem, siadamy wśród stada, obserwując konie i… ona mówi, a ja zamieniam się w słuch.

Sheila Varian jest kompletnie inna. Ona wierzy w dolew nowej krwi. Wyhodowała wspaniałego ogiera Huckleberry Bey, a potem szukała innej krwi, by wyhodować jeszcze lepszego konia. Sięgała po Sanadika El Shaklana i inne, aż w końcu kupiła syna Ali Jamaala, Jullyena El Jamaala. Eksperymentowała też z końmi polskimi (zresztą całe jej stado wywodzi się od trzech polskich klaczy sprowadzonych w latach 60.). Sheila jest bardzo dobrą obserwatorką i bardzo surowo ocenia swoje konie. Bardzo mi się to u niej podoba.

M.L.: A jakie gwiazdy znajdziemy dziś w George Z Training Center?

George Z, Frank Hennessey i dyr. Marek Trela, Janów Podlaski. Fot. Stuart Vesty
George Z, Frank Hennessey i dyr. Marek Trela, Janów Podlaski. Fot. Stuart Vesty

G.Z.: Nie znajdziecie żadnych, bo George Z Training zamknął swoje podwoje w maju 2007. W 2006 zostałem zatrudniony jako konsultant przez Pride of Poland USA, LLC i w czasie mojej pracy dla tej spółki poznałem Franka i Carol Hennessey. Po roku znajomości zaproponowali mi nadzorowanie budowy i objęcie pieczy nad ich nowo nabytą farmą w Ocala na Florydzie. Podjąłem się tego zadania i przez cztery miesiące krążyłem pomiędzy Florydą a Seattle (5 godzin w samolocie w jedną stronę). Po tym czasie Frank Hennessey zaproponował mi stanowisko głównego menedżera Hennessey Arabian, LLC. Przyjąłem ofertę pod warunkiem, że będę mógł prowadzić działalność konsultingową dla innych klientów. Hennessey wyraził zgodę, ale oznaczało to niestety koniec stajni treningowej w stanie Washington. Teraz konie dzierżawione z Polski lądują w stajniach zaufanych i zaprzyjaźnionych trenerów.

M.L.: Pana ulubiony typ araba to typ polski czy amerykański, a może brazylijski?

G.Z.: Mój typ jest typem George’a Z. Uważam, że dobry koń jest zawsze dobry, bez względu na kraj, z którego pochodzi. Konie, które lubię i podziwiam, znajduję zarówno na pastwiskach Janowa, Michałowa czy Białki, jak i w Brazylii, Australii czy gdziekolwiek indziej na świecie.

M.L.: Jakie są najbardziej rozpowszechnione za oceanem mity na temat polskich koni arabskich?

G.Z.: Mity o polskich koniach w Ameryce są dwa. Ten pozytywny, że konie z Polski są szalenie atletyczne i łatwe w treningu. Ten negatywny, że brakuje im typu. Dlatego tak ważna jest obecność w USA czołowych koni „halter” z Polski. Kwestura, Zagrobla, Pianissima, El Dorada, Emandoria i wiele innych, które dzierżawiłem dla moich klientów w ostatnim dziesięcioleciu udowodniły, że koń z Polski może nawiązać rywalizację z innymi i tę rywalizację wygrać. Niestety biznes arabski jest biznesem wizualnym i trzeba ciągle przypominać hodowcom, widzom i sędziom, że polski koń jest koniem urodziwym. Dlatego istnieje potrzeba nieustannej obecności polskich koni w USA. W ostatnim dziesięcioleciu polskie konie stały się zdecydowanie bardziej typowe. W większości wypadków nie zatraciły także poprawności budowy i ruchu.

M.L.: Jednak, jak wiemy, „arab piękny i dzielny” to tylko teoria albo raczej niedościgły ideał…

G.Z.: Coraz więcej widzimy koni, które są tylko piękne, a praca pod siodłem jest dla nich jak szorowanie podłóg przez czołowe modelki u Prady. Drugą grupę stanowią te, które (żeby już trzymać się tej metafory) z oddaniem serca myją podłogę, rozwijając muskulaturę ciała, ale przy wyjściu do sklepu kładą podwójny makijaż, zawijają się szczelnie chustką i biegną do najbliższego chirurga plastycznego. Rozłam rasy arabskiej jest procesem, który – czy chcemy czy nie chcemy – istnieje i jest faktem. Jakie jest na to lekarstwo? Nie mam pojęcia. Ciągła pogoń za doskonałością nie ominęła biznesu arabskiego. Na sportowych arenach świata chce się stale szybciej, wyżej i poprzeczka nieustannie idzie w górę. To samo dzieje się na arenach pokazowych. Konie do pokazów w klasach w ręku, czyli halter, stanowią prawie odrębną rasę w porównaniu z końmi użytkowanymi pod siodłem. To szalenie niepokojące zjawisko, bo z założenia koń arabski powinien być koniem ogólnoużytkowym. Dlatego tak cenny jest polski program wyścigowy, który gwarantuje próbę użytkową i te same konie, które startują na wyścigach, występują później na arenach. Jest to bardzo pozytywny ewenement na skalę światową i między innymi dlatego z przerażeniem patrzę na kłopoty toru na Służewcu.

M.L.: Pana ukochany koń to…

Jerzy Zbyszewski z Emanorem, fot. J. Little
Jerzy Zbyszewski z Emanorem, fot. J. Little

G.Z.: Emanor! Koń ten nie tylko zmienił moje życie, ale jest najlepszym przykładem inteligencji, mądrości i łagodnego charakteru typowego dla rasy arabskiej. Emanor stał przez kilka lat w mojej stajni w Auburn w stanie Washington. Kolejne tytuły czempiona USA najpierw w halter, potem pod siodłem i stres z tym związany nigdy nie zmieniły charakteru tego konia. Gdy przychodzili do mojej stajni klienci, by go zobaczyć, z reguły puszczałem go luzem w ujeżdżalni. Pobudzony grzechotkami i plastikami, kochał się pokazywać, efektownie kłusując z ogonem przerzuconym przez grzbiet i wysoko zadartą głową. Sprawiał wrażenie absolutnie dzikiego araba pustyni. Gdy przychodził koniec pokazu, stawał w kącie ujeżdżalni, czekając ze spuszczoną głową, bym założył mu kantar i zaprowadził do boksu.

Nigdy nie zapomnę prezentacji w Santa Ynez w Kalifornii w stadninie jego właścicieli, Rona i Mili Hart. Emanor występował pod siodłem, potem puszczany był luzem, wszystko przy głośnej muzyce i okrzykach tłumów. Gdy odprowadzałem go do boksu, podszedł do mnie jakiś mężczyzna z córeczką. Wstydliwie wyznał, że marzeniem dziewczynki była jazda na Emanorze. Bez wahania podniosłem dziecko i wsadziłem na grzbiet ogiera. Jeśli zna się prawo amerykańskie, to wie się, że czyniąc to, zaklepywałem sobie wyrok w procesie z firmą ubezpieczeniową. Emanor „woził” dziewczynkę wokół boksu spokojnie, bez jakiegokolwiek zainteresowania tym, co się działo na zewnątrz. To jest cudowny koń.

Jerzy Zbyszewski z Emanorem, fot. R. Hess
Jerzy Zbyszewski z Emanorem, fot. R. Hess

Na sezony 2008 i 2009 Emanor został wydzierżawiony przez Michigan State University. Uczelnia ta może się poszczycić bardzo prężnym programem hodowlanym koni arabskich i Emanor będzie miał szansę pokryć wiele dobrych klaczy. Prowadzę rozmowy z właścicielami Emanora, państwem Hart, by w przerwie między sezonami Emanor wylądował w stadninie Franka Hennessey na Florydzie. Dawnych wspomnień czar stałby się rzeczywistością i znów miałbym Emanora u siebie. Poza wspaniałym charakterem jest to najlepiej zbalansowany arab, na jakim siedziałem. Mógłbym powrócić do porannych przejażdżek na Emanorze…

M.L.: Czy któryś z polskich koni w Ameryce może dorównać legendzie Baska?

G.Z.: Baska nie da się porównać z żadnym innym koniem pochodzącym z Polski, a ten, kto stara się znaleźć takie porównanie, albo nie orientuje się w temacie albo chce przeforsować personalne teorie niepoparte faktami. Bask był koniem przełomowym. Znalazł się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie i był tym, na co czekała i na co była gotowa hodowla amerykańska. Od tamtego czasu sytuacja ta się nie powtórzyła. Było wiele znaczących ogierów importowanych lub dzierżawionych z Polski, ale żaden z nich nie był Baskiem.

M.L.: Czego powinien wystrzegać się każdy poważny hodowca?

G.Z.: To się nazywa po angielsku „barn blindness” czyli ślepota stajenna. Cierpi na to cała masa hodowców. Jest to choroba nietrudna do zdiagnozowania, ale w niektórych przypadkach nieuleczalna.

M.L.: Może wymieniłby pan kilka przykładowych objawów, dla większej jasności…

G.Z.:
Barn blindness polega na tym, że nie znosimy krytyki i każdy koń w naszej stajni jest najlepszy na świecie. Nawet jeśli ktoś zarzuci naszemu wychowankowi coś, co jest tak oczywiste, że nie można się z tym nie zgodzić, szukamy usprawiedliwień. Np. koń ma strome kopyto. Hodowca tłumaczy: jako źrebię grzebał w boksie tą drugą nogą i ta piętka się starła, a ta druga nie. Nie uwierzyłaby pani, jak kreatywni w odpowiedziach mogą być niby szalenie mądrzy w innych dziedzinach ludzie. Zawsze uważałem, że jeśli powie się hodowcy koni arabskich, że jego dziecko jest totalnym tumanem, to przyjmie to ze spokojem. Ale nie daj Bóg powiedzieć mu, że jego ogier jest wałachem! Nigdy już się do nas nie odezwie.

M.L.: Co więc poradziłby pan początkującemu hodowcy?

G.Z.: Ufać swojej własnej intuicji i zdobyć tyle wiedzy, ile się tylko da. Być bardzo ostrożnym w naśladowaniu. Co wyszło innym, niekoniecznie musi wyjść tobie.

M.L.: Jakich koni poszukują w Polsce pana klienci?

G.Z.: Szukają koni, które mogłyby wygrać na najwyższym szczeblu w USA. Klacze hodowlane są w Polsce stosunkowo drogie. Przy obecnym, słabym kursie dolara, kulejącej sytuacji ekonomicznej w Stanach i rosnącym koszcie transportu koni z Europy do USA, taniej jest kupić klacz na miejscu w Ameryce. Magnesem dla moich klientów są zdecydowanie „konie na show”.

M.L.: Co w takim razie powinni robić polscy hodowcy prywatni, by w większym stopniu otworzyć sobie rynek zagraniczny?

G.Z.: Bywać w świecie, nawiązywać osobiste kontakty z innymi hodowcami. Olbrzymią częścią biznesu arabskiego jest PR (public relations). Sprawdza się tu stara reguła: „By bywać na salonach, trzeba na salonach przyjmować”. Wielu hodowców butnie rzuca hasło: „Jak będę miał dobre konie, to sami przyjdą”. Niestety, to nieprawda. W czasach olbrzymiej konkurencji dobry produkt nie jest gwarancją sukcesu. Lata temu, jako ciekawy życia człowiek, poszedłem na wieczorowe kursy marketingu i PR na University of Washington w Seattle. Na jednej z lekcji, nasz mądry i doświadczony nauczyciel (był odpowiedzialny za PR w słynnej firmie Starbucks) zaczął swój wykład od stwierdzenia, które przyświeca mi do tej pory: „Skończył się czas prostej sprzedaży towaru klientowi, zaczął się czas osobistej relacji pomiędzy sprzedającym a kupującym”. Jest to myślenie szalenie przyszłościowe i wielu ludzi biznesu w USA stosuje tę regułę jako podstawowe prawo marketingowe. Proszę się zastanowić. Mamy wybór samochodów tej samej klasy. Jeden sprzedawca profesjonalnie zachwala towar, ale nie poświęca nam czasu i nie odpowiada na telefony. Drugi natomiast częstuje nas herbatą, pyta (oczywiście bez wścibstwa) o zdrowie żony i oddzwania w ciągu 5 minut. No i teraz proszę odpowiedzieć, u którego z nich kupimy samochód?

M.L.: To oczywiste… A jak brzmi wg pana odpowiedź na trudniejsze, a dręczące każdego hodowcę pytanie „czym kryć”?

G.Z.: Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Gdybym ją znał, dawno przeszedłbym na lukratywną emeryturę. O dobre ogiery trudno na całym świecie. Moim zdaniem trzeba bardzo surowo ocenić swoje klacze, określić cele, które chce się osiągnąć i… próbować. Wiodące w hodowli ogiery nie są końmi idealnymi. Idealnych koni nie ma. Dlatego trzeba uzmysłowić sobie, jakie korzyści i niebezpieczeństwa pojawiają się w związku z użyciem danego ogiera. I tu zaczyna się egzamin z wiedzy i intuicji. Nie znoszę, gdy ludzie gloryfikują jednego ogiera i depczą po drugim. Np. słynny i kontrowersyjny dla niektórych Bey Shah. Naturalnie ogier ten wniósł słabe i często wadliwe kopyta, wady pokrojowe nóg, ale równocześnie żaden inny ogier nie dał potomstwa o tak wielkiej charyzmie i zdolnościach pokazowych. Jest to cecha szalenie mocno dziedziczna w linii Bey Shaha. Tak samo można patrzeć np. na polskiego Bandosa. Ogier ten był niezmiernie zasłużony dla polskiej hodowli, wniósł masę typu i urody, ale równocześnie długą nerkę, słabe związanie kłody i białe oko. Tylko mądry hodowca użyje ogiera tak, by następne pokolenie miało jego zalety a nie wady. To prawdziwa sztuka.

M.L.: W Polsce trwają dyskusje na temat powstania komisji mającej kwalifikować ogiery. Czy wprowadzenie takiego systemu na wzór niemiecki czy holenderski ma u nas sens?

G.Z.: Sądzę, że jeśli system ten będzie prowadzony w sposób rozsądny, obiektywny i racjonalny, to może bardzo hodowli pomóc. W USA nie ma żadnego systemu kwalifikacji ogierów i wątpię, czy kiedyś będzie. Każdy może kryć, czym mu się podoba. Możliwe, że system kwalifikacyjny jest w obecnej sytuacji bardzo logicznym wyjściem.

M.L.: Jaką szansę ma polska hodowla wobec coraz większej dominacji Bliskiego Wschodu?

G.Z.: Dominacji hodowli z Bliskiego Wschodu nie obawiam się wcale. By hodować konie (bez względu na rasę), trzeba olbrzymiej wiedzy popartej tradycją, z której czerpie się konstruktywne wnioski. Dzisiejsza siła Bliskiego Wschodu pochodzi z nieograniczonych możliwości finansowych, a nie z nieograniczonej wiedzy.

M.L.: Jaki jest pana stosunek do kontrowersyjnych tematów, jak embriotransfery?

G.Z.: Osobiście nienawidzę embriotransferów. Klacze nie zostały stworzone do tego, by mieć mioty. Jest to moje prywatne i osobiste odczucie, ale… życie dyktuje inne prawa. Dlatego też praktykuję transfery, negocjuję kontrakty oparte na liczbie embrionów od klaczy i sprzedaję nienarodzone źrebaki w matkach-nosicielkach. Popieram transfery embrionów jedynie w przypadku, gdy klacz nie może utrzymać i donosić ciąży. Niestety nie istnieje możliwość regulowania liczby transferów tylko w ten sposób.

Jestem również przeciwny transportowaniu schłodzonego nasienia. Naturalne krycie zmniejsza ilość potomstwa po danym ogierze i pociąga za sobą większe możliwości marketingowe. Oczywiście głosząc taką teorię, wsadzam kij w mrowisko, bo istnieją niezaprzeczalne korzyści z używania nasienia schłodzonego i mrożonego. Dlatego podkreślam raz jeszcze, jest to tylko moja prywatna i osobista opinia.

M.L.: Jak propagować hodowlę arabów? Czy popularyzacja wiedzy o koniach arabskich jest w ogóle potrzebna?

George Z, fot. D. Larrson
George Z, fot. D. Larrson

G.Z.: Propagowanie wiedzy o koniach arabskich jest moim zdaniem koniecznością, jeśli chcemy, by rosła popularność tej rasy. W obecnych czasach konkurencja w hodowli rządzi się takimi samymi prawami, jak w innych dziedzinach biznesu. Firmy produkujące samochody prześcigają się w reklamowych pomysłach. Przekłada się to w 100% na biznes koński. Nie jest tajemnicą, że istnieje prawdziwa walka o klienta pomiędzy hodowcami poszczególnych ras. W dużej mierze reklama i popularyzacja koni arabskich decyduje o tym, czy ktoś, kto chce mieć konia, skieruje kroki do stadniny arabskiej czy do stadniny hodującej inną rasę. W interesie hodowców i właścicieli koni arabskich leży efektywna reklama. Bez niej popularność koni arabskich zacznie spadać, a bez popytu podaż staje się nonsensem. Reklama koni arabskich powinna moim zdaniem opierać się na podkreślaniu użytkowych walorów tej rasy. Niestety w Polsce, podobnie jak w pozostałej części Europy, użytkowanie arabów pod siodłem jest w powijakach. Bardzo dużą grupę nabywców koni (w większości wałachów) w USA stanowią osoby starsze, które są w stanie cieszyć się przejażdżką na dobrze zrobionym, łagodnym, miękko noszącym koniu Western Pleasure. Jest to nieodkryta przez Europę część użytkowania tej rasy. Oczywiście zmiana taka nie nastąpi z dnia na dzień. Potrzeba fachowych trenerów, ośrodków treningowych i… odpowiedniej promocji.

M.L.: Czy znajduje pan czas na jakieś „nie końskie” hobby?

G.Z.: Bardzo niewiele. Może dużą rolę odgrywa w tym fakt, że nigdy nie odbierałem mojej pracy jako ciężkiego przymusu. Po prostu bardzo lubię to, co robię. A jeśli coś w życiu sprawia autentyczną przyjemność, to człowiek do tego ciągnie, a nie odsuwa się. Nie oznacza to, że nie ma dni, gdy biegnę tak szybko i bez przystanku, że pod koniec mam kompletnie dość.

Lubię jeździć na nartach, zarówno po śniegu, jak i po wodzie, ale ostatnio i to zaniedbałem. Z reguły dwa tygodnie w miesiącu podróżuję po Stanach lub poza nimi, oglądając konie lub sędziując pokazy. Czasem zdarzy się, że w czasie takich wyjazdów mam jedno popołudnie wolne. Wybieram się wtedy na spacer. Jeśli jestem w mieście – to ulicami, zaglądając do sklepów i kafejek; jeśli poza miastem, to po prostu idę w plener. Ciągle obiecuję sobie, że to się zmieni, ale jakoś na razie nie bardzo się na to zanosi…

M.L.: Ostatnie pytanie: na czym polega piękno i urok hodowli koni arabskich?

G.Z.: Pracując przez wiele lat bezpośrednio z końmi arabskimi, poznałem ich niesamowitą inteligencję. To jest moim zdaniem ich największy czar i urok. W przeszłości pracowałem z końmi pełnej krwi, półkrewkami… Nie ma jak arab. Fakt, że nie są duże, ale nadrabiają to wszystkim innym!

 

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Reklama
Reklamy

Newsletter

Reklamy
Equus Arabians
Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.