Reklama
Hazard na czterech kopytach

Ludzie i Konie

Hazard na czterech kopytach

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email

Wszystko zaczęło się jesienią 1963 roku, kiedy playboy i student politechniki Eugeniusz Frajer za sprawą znajomych znalazł się na wyścigach konnych. „Pierwsze dni przebiegały bez specjalnych emocji. Raz były nieduże porażki, zdarzyły się dwie drobne wygrane”. Następnym razem spóźnił się na tor i w pośpiechu kupił trochę przypadkowo wytypowany porządek. Trafił, a ponieważ przez roztargnienie nabył aż 14 biletów, toteż za jednym zamachem zarobił kilka ówczesnych średnich pensji i tak połknął bakcyla hazardu na czterech kopytach.

Od tamtego dnia minęło lat czterdzieści z okładem, a Halski – bo po uzyskaniu dyplomu inżyniera budowlanego Frajer zmienił nazwisko na bardziej szlacheckie – bywa na wyścigach do dziś. (Choć jest to ostatnio trudne z powodu ich nieregularności.) Zapamiętał nie tylko swoje spektakularne zwycięstwa i porażki, lecz również przebieg prestiżowych gonitw. Skrzętnie dzieli się tą wiedzą z czytelnikiem.

Dowiadujemy się na przykład, że w roku 1964 Derby wygrała fenomenalna Demona, dosiadana przez Mieczysława Mełnickiego, przed swą towarzyszką stajenną Geroną. Rok później triumfował Epikur – nie tyko zdaniem autora najwybitniejszy polski ogier wyścigowy pełnej krwi w dziejach PRL – który niestety nie mógł do końca zdyskontować swego talentu, gdyż podczas próbnych galopów złamał nogę i musiał zostać zgładzony. W roku 1969 Halski śledził przebieg wyścigu w towarzystwie Ireneusza Iredyńskiego, świeżo wypuszczonego z więzienia, gdzie siedział wplątany w sfingowaną przez bezpiekę aferę z rzekomym gwałtem. Obaj wzbogacili się, trafiając porządek Kadyks-Jaromir. W kolejnym sezonie Derby zakończyły się niespodzianką. Prowadzący od startu faworyzowany Doryant – potem doskonały reproduktor – dwieście metrów przed celownikiem opadł z sił i został wyprzedzony przez Oczereta oraz Taorminę. O krótki łeb wygrała klacz, dosiadana przez Jerzego Jednaszewskiego, z którym autor się przyjaźni, co niejednokrotnie odbiło się nieraz na grubości portfela Halskiego (z racji dżokejskich „cynków”).

W 1971 roku – w wyniku nocnych perypetii alkoholowo-erotycznych – autor nie zdołał się skontaktować z innym jeźdźcem, Rumunem Wasylem Hutulaecem, toteż nie zbił majątku na porządku Daglezja- Durango, w przeciwieństwie do nieodżałowanego Jana Ciszewskiego, który w latach siedemdziesiątych prowadził transmisje telewizyjne ze Służewca, i który wytypował wyścig prawidłowo za trzysta złotych, podczas gdy kasa płaciła cztery tysiące sto za dwadzieścia. „Rok potem mógłby za wygraną kupić małego fiata” – konstatuje Halski.

Tamten czas zapamiętałem z perspektywy przedszkolaka. Moje pierwsze służewieckie wspomnienie dotyczy bowiem Derbów sprzed 36 lat, które wygrał Dipol pod Stanisławem Dzięciną, bijąc lekceważonego, siwego Orkisza oraz faworytkę Doris Day. „Czy ta ostatnia galopowałaby lepiej, gdyby zamiast Bogdana Ziemiańskiego dosiadał ją Jednaszewski, wtedy przebywający już na saksach w RFN?” – zastanawia się Halski.

Dzięcina – znany autorowi od piaskownicy, ponieważ obaj urodzili się i wychowali w kamienicy przy Odolańskiej – uchodził na Służewcu za „króla arabów”. „Pomimo, że był najwyższym dżokejem w Europie (181 cm), potrafił tak usiąść na małych arabach, że one same biegały pod nim”. Znajomość ta miała bardzo przyjemne reperkusje. „Mając typy Stasia, przed gonitwą arabską poszedłem do kasy i zagrałem za trzy tysiące. Po kilkunastu minutach udałem się tam ponownie po odbiór sumy ponad sześciokrotnie wyższej”.

Systematyczne pobyty (w środy, soboty i niedzielę) na wyścigach, z jednej strony gwarantowały autorowi luksusy, lecz z drugiej spotykały się niekiedy ze stanowczym sprzeciwem życiowych towarzyszek.
„Agnieszka nie chce puścić mnie na wyścigi. Pod pretekstem, że nie ma masła, urywam się z domu. (…) W nocy z sobotę na niedzielę śpię na Mokotowie, chcąc uniknąć zbędnej dyskusji na temat mojej gry”.

Pewnego razu przyprowadził na tor Anglika z polskimi korzeniami, zapalonego koniarza, i ten przewidział wyniki wszystkich gonitw. Czyżby zagraniczni eksperci od hipiki byli kompetentniejsi od krajowych? Ależ skąd! Po prostu: „Tego dnia dżokeje wyjątkowo jeździli do przodu i nie było żadnych numerów”. A takowe się zdarzały wcale nierzadko i na ogół pozostawały bezkarne. Rezultaty unieważniano incydentalnie, nieuczciwych trenerów karano symboliczną grzywną, a jeźdźców „nie dokładających starań o zajęcie lepszego miejsca” – czasowym spieszeniem.

Opanowawszy wyścigową terminologię, mając za sobą czteroletnią praktykę, Halski postanowił zostać… bookmacherem. „Za komuny nie było to zajęcie legalne, acz pożądane, bo wielu mających lewe dochody nie chciało afiszować się zwojami banknotów przy oficjalnych kasach. Cały proceder obstawiania u booka opiera się na zasadzie z ręki do ręki. Tylko zainteresowani wiedzieli, jaką kwotę postawiono i ile będzie wynosić wypłata. Te ostatnie były zresztą ograniczone. Maksymalnie można było otrzymać piętnastokrotną stawkę”.

Nowy fach zazwyczaj przynosił mu profity. Do czasu. Porażki życia doznał, gdy Józef Kossakowski, prywatny handlarz brylantami, trafił sześć gonitw na siedem. „Z trzydziestu pięciu tysięcy, które zabrałem na wyścigi, zostało mi osiem złotych na bułkę paryską, dżem i mleko”. Klęskę poniósł w środę, a już w sobotę się odkuł, potwierdzając aktualność stwierdzenia, iż fortuna kołem się toczy.

Walorem tych barwnych wspomnień są ich epizodyści, w znacznej części związani z końmi. Wspomnijmy jedynie tych cwałujących dziś po niebiosach: Stefana Michalczyka, Józefa Palińskiego, Stanisława Głowackiego, Antoniego Dylika, Stanisława Molendę, Mieczysława Żubera, Andrzeja Tylickiego… Za ich czasów trybuny najpiękniejszego ponoć toru wyścigów konnych w Europie, oddanego do użytku w roku 1939, niejednokrotnie wypełniały się ponad trzydziestotysięczną widownią. Władze miasta uruchamiały w sezonie specjalną linię autobusową „W”, zaś media regularnie relacjonowały przebieg gonitw. To se ne vrati?

Eugeniusz Halski „Gienka Frajera życie jak rock&roll” opr. Wojciech Bukat, Oficyna Wydawnicza Rytm 2006

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Reklama
Reklamy

Newsletter

Reklamy
Equus Arabians
Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.