Reklama
Przegląd prasy: „The Arabian Magazine”, 12/2008

Ludzie i Konie

Przegląd prasy: „The Arabian Magazine”, 12/2008

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email

Grudniowy numer brytyjskiego magazynu „The Arabian Magazine” poświęcony jest w dużej części ogierom. Redaktor naczelna Samantha Mattocks przybliża dwie najsłynniejsze dziś dynastie („Stallion – Dynasties”) stworzone przez Gazala Al Shaqab i Padronsa Psyche. Wiele młodych reproduktorów czeka w „kolejce do sławy”, ale niełatwo im będzie przyćmić legendę Gazala czy Padronsa (o którego przeprowadzce do Europy poinformował niedawno ośrodek Jadem Arabians)… Informacje o ogierach dostępnych w Wielkiej Brytanii przynosi z kolei tekst Jackie Keen „UK Stallions”. Znajdziemy tu całkiem długą listę zasłużonych reproduktorów, jak Master Design GA (Narodowy Czempion WB) czy Final Shadow, ale także postaci mniej znane na kontynencie, a mające swą markę w Wielkiej Brytanii, jak młody H Tobago po Psytadel czy Madaba po Crusader. Duże nadzieje wiążą brytyjscy hodowcy z nowymi reproduktorami, których pierwsze potomstwo przyjdzie na świat bądź też pokaże się na arenach w tym roku – ogierami Forever Besson po Besson Carol i Orion OS po Om El Bahreyn. Ponieważ na Wyspach sporą wagę przywiązuje się do klas pod siodłem, ogiery, które odnoszą sukcesy w tej dziedzinie są również bardzo cenione, jak Ruger AMW po Tallyen El Jamaal czy Toman po Grand.

Ogiery ze Stanów Zjednoczonych opisuje i ocenia dziennikarka i fotografka Carol Maginn. Co to znaczy „dobry koń”? – zastanawia się autorka. Dla niej dobry koń pozostaje dobrym koniem niezależnie od swego rodowodu, a pomijając „papier”, ocena zawsze jest mocno subiektywna. Poza tym, co powinno liczyć się bardziej – wyniki pokazowe (a jeśli tak, to brać pod uwagę klasy halter czy pod siodłem…) czy może jakość potomstwa? Nie jest łatwo odpowiedzieć na te pytania, dlatego autorka skupia się na ogierach, które z różnych powodów zwróciły jej uwagę. Na pierwszym miejscu wymienia og. Showkayce 1992 po Fame VF, czempiona pokazowego, a także pod siodłem, którego potomstwo zdążyło już się odznaczyć w różnych dziedzinach (m.in. klaczka Shownel, młodzieżowa czempionka pokazu w Jordanii). Kolejnym jej faworytem okazuje się Makhnificent KA 1995 po Makhsous, ojciec wielu koni, które z powodzeniem walczą na pokazach arabów czysto egipskich. Autorka wyróżnia także og. Amin po Ibn Morafic i Brandon Bay JCA po Versace. Nie pomija oczywiście gwiazd, takich jak Gazal Al Shaqab, którego wpływ na amerykańską hodowlę trudno przecenić, czy Imperial Baarez, który dla autorki stanowi esencję typu konia arabskiego.

Doris Melzer omawia z kolei rywalizację niemieckich ogierów o licencje. Pokaz odbywa się rokrocznie w Aachen, w październiku, i cały niemiecki świat „arabski” przybywa, by obejrzeć prezentowane nowe ogiery. W minionym roku do oceny stanęło ich 50 (mniej niż w poprzednich latach, co prawdopodobnie jest wynikiem zmiany w przepisach, pozwalającej na prezentowanie ogierów albo w Aachen, albo na pokazach w regionach, które także uzyskały prawo do przyznawania licencji). Najlepszym ogierem pokazu (i laureatem Złotej Odznaki) okazał się siwy trzylatek Nedschd Mansour po Majdan-Madheen, wyróżniony za swój magnetyzm i wspaniały ruch. Złotą odznaką uhonorowano także ogiery: Bolero EM po Shaklan Ibn Bengali, Jascorial po Kardinal, TM Lopez po TM Aikonos oraz Miad Al Shaqab po Alidaar, hodowli katarskiej. Cztery ogiery okazały się godne Srebrnej Odznaki: Om El Shampane i Egyptian LV Lahab (oba po Al Lahab), Egyptian Farid HP po Farres oraz DF Siraj po Sameer. Osiem ogierów otrzymało odznaki białe. Stosowany w Niemczech system licencjonowania ogierów jest bez wątpienia cenną wskazówką dla niemieckich hodowców. Szkoda, że rok 2008 był ostatnim, w którym oceniano je w jednym miejscu i czasie – dawało to szansę pełnego przeglądu nowych niemieckich reproduktorów i ściągało do Aachen wielu obserwatorów, także z zagranicy.

Najnowszy numer brytyjskiego magazynu przynosi także obszerny portret stadniny Ansata z okazji 50-lecia jej istnienia (pióra Steve’a Diamonda). Radość z tej niecodziennej rocznicy (niewiele jest stadnin prywatnych, mogących się pochwalić tak długą historią!) zbladła niestety, gdy dotarła wiadomość o śmierci jej współzałożyciela Donalda Forbisa, który zmarł 15 grudnia 2008 roku w Mena (Arkansas) w wieku 81 lat. Historia Forbisów to gotowy temat na film. Donald Forbis poznał swą przyszłą żonę Judith Freni (od wczesnego dzieciństwa zafascynowaną końmi – jeździła m.in. na wałachu Black Watch należącym do znanej gwiazdy kina Zsa Zsy Gabor) w czasie służbowego pobytu w Turcji w 1957 r. 23-letnia rysowniczka pracowała wówczas w amerykańskich służbach zagranicznych jako sekretarka – a w wolnym czasie startowała w zawodach hippicznych, odnosząc spore sukcesy. Wysłannik koncernu naftowego, wysportowany (niegdyś gwiazda studenckiej drużyny futbolu) i mający za sobą zaszczytną służbę w Marynarce Wojennej w czasie II wojny światowej – a do tego podobny do Burta Lancastera! – zrobił na niej piorunujące wrażenie. Zakochali się w sobie od pierwszego wejrzenia. Pobrali się rok później – i wkrótce zapoczątkowali nowy rozdział w hodowli koni arabskich. Jeszcze w czasie pobytu w Turcji młodzi małżonkowie kupili kilka pierwszych arabów wyścigowych. Don sam je trenował, podczas gdy jockeyem była Judi, która (dzięki odnoszonym na torze zwycięstwom) stała się wzorem oraz inspiracją dla tamtejszych kobiet, całkowicie podporządkowanych mężczyznom i w owej epoce niemarzących nawet o własnej, niezależnej karierze. Gdy kontrakt w Turcji dobiegł końca, para zdecydowała się (za namową Carla Raswana) odwiedzić Egipt. Efektem tej podróży był zakup kilku młodych klaczy egipskich w stadninie El Zahraa koło Kairu oraz ogierka Ibn Halima, rocznego syna Nazeera, który stał się później jednym z wielkich reproduktorów rasy arabskiej. Wkrótce o amerykańskiej stadninie Ansata stało się głośno, m.in. dzięki czempionowi Ansata Ibn Halima. Podczas gdy Judith zajmowała się programem hodowlanym oraz pisaniem i tłumaczeniem książek poświęconych rasie arabskiej, Donald tworzył stadniny: najpierw w Oklahomie (skąd pochodził), potem w Teksasie, a w końcu w Arkansas. Wiele lat małżonkowie spędzili także poza granicami kraju – mieszkali w Libii, Iranie, Grecji, Kolumbii oraz w Egipcie i w Wielkiej Brytanii. Przez cały czas rozszerzali i rozwijali swój program hodowlany, dochowując się wielkiej liczby koni, które podbijały świat, przynosząc hodowcom niezliczone honory i tytuły. Państwo Forbisowie hucznie obchodzili jubileusz stadniny oraz 50. rocznicę ślubu w kwietniu ubiegłego roku, w katarskiej Al Rayyan Farm oraz w czerwcu, w czasie Egyptian Event w Lexington (Kentucky). Markę „Ansata” zdecydowali się jednak sprzedać (kupcem został emerytowany chirurg, hodowca arabów i koni pełnej krwi angielskiej Dr. Thomas Roesener), stado zaś rozproszyć. Konie trafiły m.in. na Bliski Wschód, a Forbisowie zostawili sobie zaledwie kilka sztuk (oraz współwłasność kilku innych). Judith została doradcą w stadninie Al Shaqab w Doha. Niestety, wkrótce potem u Donalda Forbisa zdiagnozowano nowotwór… Smutek przyjaciół i admiratorów dzieła Forbisów łagodzi świadomość, że półwieczne dzieje Ansaty to jedna z najpiękniejszych historii związanych ze współczesną hodowlą koni arabskich, a pamięć o niej i jej dziedzictwo nie zaginą.

Jak zwykle, kilka tekstów w magazynie poświęconych jest fotografii, m.in. artykuł australijskiej fotografki z 18-letnim stażem i hodowczyni koni arabskich Nicole Emanuel „Cyfrowe kłamstwa?” („Digital lies?”), przedrukowany z „The Australian Arabian Horse News”, który uświadamia nam, jak wielka jest potęga Photoshopu… Pięknego typowego araba (na zdjęciu) możemy bez większego problemu uzyskać z konia pełnej krwi angielskiej! Oczywiście, zgodnie z etyką dziennikarską i fotoreporterską, takie działania są zabronione, ale co nie jest dopuszczone na stronach redakcyjnych, może się pojawić na stronach z reklamami (redakcje nie ingerują na ogół w treść ani w formę przysyłanych do publikacji reklam, z wyjątkiem przypadków, gdy reklama zawiera treści obraźliwe bądź ewidentnie kłamliwe). Tekst wyjaśnia, do jakiego stopnia wolno „ulepszać” fotografie, by nie narazić się na zarzut manipulacji i ostrzega, że zbyt daleko posunięta ingerencja może spowodować kłopoty prawne (np. kupiec ma prawo wycofać się z transakcji, argumentując, że oglądał zdjęcia innego konia). Nieetyczność „poprawiania” zdjęć ogiera, którego stanówki się sprzedaje, wydaje się oczywista – cóż, skoro takie praktyki czasem mają miejsce. Prędzej czy później oszustwo jednak wychodzi na jaw, a reputacja właściciela czy hodowcy, który pozwala sobie na manipulację bardzo na tym cierpi. Nieuczciwe postępowanie niektórych rzutuje niestety na wszystkich – i bardzo często jesteśmy skłonni wątpić w prawdziwość tego, co widzimy… Wielu reklamodawców decyduje się więc na dopisek „conformation unaltered” (zdjęcie nieretuszowane), aby podkreślić, że fotografia oddaje prawdziwy wygląd konia. Każdy hodowca powinien, jak pisze autorka, być dumny z efektów swojej pracy i nie bać się pokazywać swoich koni takimi, jakimi są naprawdę.

W grudniowym numerze znajdujemy także relacje z pokazów oraz wiele innych godnych uwagi tekstów – więcej szczegółów na stronie magazynu www.thearabianmagazine.com.

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Reklama
Reklamy

Newsletter

Reklamy
Equus Arabians
Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.