Reklama
KIAHF - Katara International Arabian Horse Festival
KIAHF - Katara International Arabian Horse Festival
Fotografuję duszę konia

Ludzie i Konie

Fotografuję duszę konia

Fotografuję duszę konia

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Joanna Jonientz ze swoimi psami, fot. archiwum
Joanna Jonientz ze swoimi psami, fot. archiwum

Joanna Jonientz – niemiecka fotograf, Polka z pochodzenia. W rozmowie z Urszulą Łęczycką zdradza m.in. jak to jest być jednym z najbardziej znanych fotografów koni arabskich na świecie, jaka była jej droga do kariery i dlaczego tak często fotografuje właśnie w Egipcie.

Urszula Łęczycka: Niewiele osób wie, że oprócz fotografowania również rysujesz. Co było pierwsze – rysunki czy zdjęcia?

Joanna Jonientz: Pierwsze były rysunki, zaczęłam je malować już w przedszkolu.

UŁ: Co rysowałaś?

JJ: Czasami psy i inne zwierzęta, ale moim tematem numer 1 były zawsze konie!

Używałam ołówka i węgla, dopiero w ostatnich latach odkryłam kredkę pastelową i to jest teraz moja ulubiona technika.

UŁ: Które ze swoich obrazów lubisz najbardziej?

JJ: Zwykle te najnowsze – przynajmniej na początku jestem z nich zadowolona. Z czasem jednak dostrzegam niedoskonałości… Zawsze myślę, że mogłabym lepiej je narysować.

UŁ: Ulubieni malarze?

Chłopiec na koniu, fot. Joanna Jonientz
Chłopiec na koniu, fot. Joanna Jonientz

JJ: Uwielbiam Kossaków, oczywiście najbardziej Juliusza, uważam, że jego obrazy są genialne, na widok jego koni arabskich przechodzi mnie dreszcz emocji! Ze współczesnych szanuję i lubię Andrzeja Novaka-Zemplińskiego oraz Zbigniewa Kotowskiego.

UŁ: Przejdźmy do koni prawdziwych – jaki był twój pierwszy z nimi kontakt?

JJ: To były konie robocze, należące do mojego sąsiada-rolnika. Miałam wtedy dopiero 6 lat, ale już potrafiłam stwierdzić, że były to najpiękniejsze konie w okolicy.
Sąsiad bardzo o nie dbał i traktował z dużym szacunkiem. Przychodziłam do jego stajni codziennie, żeby je podziwiać. Mogłam je czyścić, a nawet na nich jeździć!

UŁ: Czy tylko konie są tematem twoich zdjęć?

JJ: Uważam, że zwierzęta i dzieci są najwdzięczniejszymi modelami do uwieczniania na zdjęciach – są takie naturalne. Gdy moje dwie suczki, owczarki australijskie, widzą, że wychodząc na spacer mam w ręku aparat, przewracają już oczami ze znużenia (śmiech). Odkąd pamiętam, podziwiałam w prasie zdjęcia pięknych koni, choć na początku nie wiedziałam, że te, które podobały mi się najbardziej, to były araby. Instynktownie wiedziałam, że są dla mnie najpiękniejsze na świecie, piękniejsze nawet niż wspomniane konie sąsiada… ale oczywiście jemu tego nigdy nie powiedziałam (śmiech).
Najczęściej więc fotografuję konie arabskie. Niezmiennie od wielu lat mogę godzinami na nie patrzeć i podziwiać. Zdradzę tu pewną tajemnicę – czasem nawet miewam łzy szczęścia w oczach na widok koni arabskich.

UŁ: A więc pewnie pamiętasz swój pierwszy kontakt z końmi arabskimi na żywo…

JJ: Nigdy nie zapomnę, gdzie ostatecznie zaraziłam się „wirusem arabitis”! Pojechałam z koleżankami na pierwszy samodzielny wyjazd bez rodziców: do Janowa Podlaskiego na czempionat koni. Miałam wtedy 15 lat. Widok tamtych koni był dla mnie szokiem – okazały się jeszcze piękniejsze niż na zdjęciach! Czułam się jak zahipnotyzowana, do tego stopnia, że koleżanki myślały, że zachorowałam.
Widziałam wtedy wiele koni, ale w pamięci utkwiła mi Arra, dla mnie był to koń-cud. Nie było też wtedy w Janowie konia, którego bym nie pogłaskała albo nie odwiedziła na pastwisku. Ta wizyta była dla mnie niezapomnianym przeżyciem.

UŁ: Twoje ulubione konie arabskie to…?

JJ: Oczywiście polskie.

UŁ: Dlaczego?

Na pustyni, fot. Joanna Jonientz
Na pustyni, fot. Joanna Jonientz

JJ: Wyrosłam wśród nich. W nich się jako 15-latka zakochałam, a pierwszej miłości nigdy się nie zapomina! Oczywiście inne araby – krwi egipskiej czy rosyjskiej, również są przepiękne i w mojej dotychczasowej karierze fotografa widziałam wiele koni, które zaparły mi dech w piersiach. Ale „moje araby” to araby polskie.

UŁ: Urodziłaś się w Polsce, w Raciborzu i mieszkałaś tu do 1987 r. Czemu wyjechałaś i dokąd?

JJ: Wyjechałam z rodzicami do RFN. Moja rodzina zawsze chciała tam wyemigrować ze względu na korzenie: pochodzimy ze Śląska, a moi dziadkowie i rodzice urodzili się w Niemczech. Pojechałam z nimi również dlatego, że chciałam poznać świat i wiedziałam, że w tamtych czasach na Zachodzie będę miała większe szanse ułożenia sobie życia tak, jak chciałam.

UŁ: Jak wyglądało nawiązywanie pierwszych kontaktów z hodowcami koni arabskich za granicą?

JJ: Mniej więcej 4 lata temu wysłałam swoje zdjęcia do „Araber Journal” i „Arabian Horse World”. Postanowiłam cierpliwie poczekać na reakcję… i stało się! Odpisano mi z zapytaniem, czy mam więcej zdjęć, a ja… Boże, jak ja się wystraszyłam! Dziś myślę, że moje zdjęcia są nieco różne od prac innych fotografów i dlatego mogą być interesujące dla magazynów poświęconych koniom arabskim. Zaś kontakty z hodowcami przyszły same – dzięki publikowanym zdjęciom, które wielu ludziom się spodobały.

UŁ: Podobno szczególnie duże wrażenie podczas podróży do USA zrobił na tobie Monogramm – dlaczego?

JJ: Tego ogiera trzeba zobaczyć na własne oczy – ma tyle wdzięku, jest piękny i dumny, ale też łagodny. Po prostu SUPER STAR, i on o tym wie!

UŁ: Czy tak samo lubisz fotografować potomstwo Monogramma?

JJ: O tak! Jego źrebięta są piękne, mają wiele walorów ojca. Gdy na nie patrzę, zawsze uśmiecham się w duchu: cały tata…

Pod piramidami, fot. Joanna Jonientz
Pod piramidami, fot. Joanna Jonientz

UŁ: Nawiązałaś też wiele kontaktów na Bliskim Wschodzie.

 

JJ: W Europie jestem dosyć znana, moje prace doceniane są również w Egipcie – jestem tam co najmniej 2-3 razy w roku. Na Bliskim Wschodzie muszę na swoje nazwisko jeszcze zapracować. Myślę, że będę miała tę możliwość w sezonie 2007. Jestem zaproszona do Kuwejtu i Izraela. Zobaczymy…

UŁ: Czy kobiecie-fotografowi trudno było nawiązać kontakty i dostać pozwolenie na fotografowanie koni w krajach arabskich?

JJ: Zdecydowanie tak. Kobiety mają tam trudniej niż mężczyźni – musimy być dużo lepsze niż panowie-fotografowie.

UŁ: Czy zdarzyła ci się jakaś dziwna, niebezpieczna albo zabawna przygoda podczas zdjęć w tych krajach?

JJ: Fotografowałam kiedyś pięknego, karego ogiera, obdarzonego dużym temperamentem. Dwóch ludzi wyprowadzało go ze stajni, a on szedł prawie cały czas na tylnych nogach, pienił się i szarpał. Był trudny do fotografowania, na padoku tylko bałaganił. Postanowiłam odłożyć sesję na następny dzień, więc znów potrzeba było kilku mężczyzn, żeby go złapać i ujarzmić… i wtedy pojawił się mały chłopiec, miał może 6 czy 7 lat. Podszedł do ogiera, a ten natychmiast się uspokoił. Był tak łagodny, że go osiodłano i wsadzono na niego szczęśliwego chłopca. „Czarna bestia” prawie nie oddychała, żeby tylko chłopcu nic się nie stało! To było piękne przeżycie – i myślę, że chyba tylko araby tak potrafią.

UŁ: Jakie stadniny, ludzie, konie z Bliskiego Wschodu najbardziej zapadły ci w pamięć?

JJ: To trudne pytanie, poznałam wielu hodowców w Egipcie, którzy mają przepiękne stadniny z końmi zapierającymi dech.
Tacy hodowcy jak Dr. Nasr Marei z Al Badeia Stud, Fatma Hamza, szejk Bagedo z Al Khaled Farm czy szejk Khaled z Rabab Stud, należą do czołowych, wieloletnich hodowców w Egipcie. Wystarczy na nich popatrzeć i posłuchać, jak przedstawiają swoje stadniny – widać, że kochają konie.

UŁ: Czemu tak lubisz fotografować w krajach arabskich?

JJ: Atmosfera jest tam zupełnie wyjątkowa – takich zachodów słońca czy światła na pustyni nie zobaczy się nigdzie indziej. To, poza tym, miejsce pochodzenia koni arabskich i to się widzi na zdjęciach: pustynia i piękny koń arabski nie potrzebują komentarza. To jest perfekcyjne i prawdziwe jednocześnie!

UŁ: Twoje ulubione zdjęcie to…

JJ: Mam kilka ulubionych zdjęć, a co sezon dochodzą nowe. Często są to zdjęcia opowiadające jakąś historię, jak to wspomniane z chłopcem i karym ogierem. Niektóre zdjęcia lubię za ich specjalną atmosferę, moment… Myślę, że czasami udaje mi się sfotografować duszę konia.

UŁ: Będąc na pokazach, robisz bardzo dużo zdjęć również poza ringiem – dlaczego?

JJ: Pokaz koni to nie tylko pozy wystawowe. Oczywiście, że i takie zdjęcia robię, bo muszę (śmiech) – widać na nich eksterier konia i na ich podstawie można ocenić jego poprawność. Ale takie zdjęcia nudzą mnie, przyznam szczerze. Pokaz koni żyje – staram się więc uwieczniać chwile, pokazujące atmosferę wystawy i kraju, w którym się ona odbywa.

UŁ: A jak wygląda twoje życie na co dzień?

Sheikh Mahboub, fot. Joanna Jonientz
Sheikh Mahboub, fot. Joanna Jonientz

JJ: Siedzenie przy komputerze – mamy czasy aparatów cyfrowych… Fotografowanie to przyjemność, prawdziwa praca zaczyna się w domu – trzeba przebrać zdjęcia, często specjalnie je przygotować, opisać. To zajmuje wiele czasu. Na szczęście mam jeszcze psy, które zmuszają mnie do spacerów – najlepsze, jakie mogą być, wierne, inteligentne, piękne, wesołe, kochane.

UŁ: A własny koń?

JJ: Niestety, nie mam swojego konia. Praca bardzo mnie pochłania, dużo podróżuję i nie miałabym na to czasu – już psy dają wystarczająco dużo zajęcia. Ale jak tylko jest okazja, jeżdżę konno w stylu western.
Posiadanie własnego konia jest oczywiście moim marzeniem – myślę, że kiedyś będę go miała: własnego, polskiego araba!

Joanna Jonientz
Urodzona w 1967 r. w Raciborzu. Na stałe mieszka w Leichlingen (Nadrenia Północna-Westfalia). Współpracuje m.in. z „Araber Journal”, „Araber Weltweit”, „Arabian Horse World”, „Tutto Arabi”, „Koniem Polskim” oraz stronami internetowymi (m.in. polskiearaby.pl, straightegyptians.com) oraz wydawcami książek o koniach arabskich. Pracuje aparatem Canon EOS Mark II D.
www.joannajonientz.de  

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Reklama
Reklamy

Newsletter

Reklamy
Equus Arabians