Reklama
Próżność i piękno

Ludzie i Konie

Próżność i piękno

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Raymond Mazzei, fot. Jeffrey Bloom
Raymond Mazzei, fot. Jeffrey Bloom

RAYMOND MAZZEI – amerykański trener i prezenter. Po raz pierwszy przyjechał do Polski w 1979 r. Od tego czasu odwiedził nasz kraj ponad 180 razy. Wcześniej był menedżerem sieci salonów fryzjerskich, ale ostatnie 20 lat poświęcił całkowicie trenowaniu koni arabskich na swoim ranczu Furioso Farm. Z polskimiarabami.com dzieli się swoimi poglądami – często kontrowersyjnymi – na temat polskich i amerykańskich koni, polskich ogierów w USA oraz urody i próżności świata koni arabskich.

 

 

Monika Luft: Jakie są pana wrażenia z ostatniej wizyty w Polsce?

Raymond Mazzei: Obejrzałem wiele koni. W Michałowie widzieliśmy dobrą stawkę źrebiąt – po Enzo, Al Maraamie, kilka interesujących koni po Piruecie. Następnie widzieliśmy źrebięta po El Nabila B w Janowie. Najbardziej podobały mi się te po Gangesie, od matek po Ecaho. Gangesa zawsze bardzo lubiłem i teraz widzę, że miałem rację. Oczywiście ucieszyło mnie, że córki Ecaho urodziły świetne źrebięta. Na przykład klaczka od Alhambry jest fantastyczna, być może najlepsza ze wszystkich, jakie widziałem. Najbardziej typowa, w polskim stylu, który cenię najwyżej. Muszę trochę poczekać na ocenę źrebiąt po Enzo. Klaczka po nim, od Palmety po Ecaho, to być może najlepsze źrebię po Enzo, jakie widziałem – piękna głowa, choć kłoda dla mnie zbyt amerykańska – i, choć sam jestem przecież Amerykaninem, dla mnie ona reprezentuje typ raczej „anglo” niż arabski. Ale głowa prześliczna! Muszę poczekać, żeby zobaczyć, co zdziała krew ogiera Bey Shah, która jest obecna w Polsce poprzez Enzo i Psytadela. Byłem świadkiem wieloletniego użytkowania Bey Shaha w amerykańskiej hodowli – boryka się ona teraz z problemami, które, jak podejrzewam, ujawnią się również w Polsce za kilka lat. Otrzymacie niekiedy piękniejsze głowy, pysk Bey Shaha i – z pewnością – problemy z nogami i długością nadpęcia. Radziłbym w tej sytuacji uważnie przyglądać się źrebięciu pochodzącemu z takiej linii. Ale jestem pewien, że wyjdzie też kilka świetnych z takiego outcrossu. Osobiście podobało mi się to, co widziałem po Laheebie w Michałowie, podobali mi się synowie Laheeba w Janowie. Poganin jest doskonały – dobrze wygląda i daje dobre źrebięta. Niektóre źrebaki po Gazalu też są niezłe, choć nie widziałem jeszcze dobrych synów Gazala. Być może mógłby nim być Pegasus, jako że widziałem jego źrebięta, które przyznaję – były dobre. Pegasus może być najlepszym i dającym najlepsze potomstwo synem Gazala, jakiego widziałem. Nie widziałem dobrych synów Gazala w Michałowie. Nie były dla mnie wystarczająco dobre. Oczywiście ucieszył mnie dobry przychówek Laheeba, jako że sam miałem tego ogiera. Widziałem również kilku dobrych potomków Al Maraama w Michałowie, jak również kilku, którzy nie przypadli mi do gustu… Uważam, że od dobrych matek rodzą się dobre Al Maraamy. Dobre źrebaki po tym ogierze widziałem później u prywatnych hodowców. Ogólnie rzecz biorąc, uważam, że Al Maraam, Laheeb, synowie Laheeba – Perseusz, Poganin – i jeden syn Gazala, Pegasus, dają dobre źrebięta. Co do Enzo, muszę poczekać i zobaczyć, co zdziała, ponieważ widziałem tak wiele koni w Ameryce… W przypadku El Nabila B nie mogę na razie podjąć decyzji, też muszę poczekać… Piruet ma kilka córek, które mi się podobają. Widziałem jedną klaczkę po Al Adeed Al Shaqab, córkę klaczy Pilar, która była dobra, nogi miały trochę wad, ale ogólnie to dobra klaczka. Wydaje mi się, że przyszłością dla Polski w ciągu najbliższych trzech lat będzie użycie dobrego, czysto egipskiego ogiera, choć bardzo trudno jest znaleźć czysto egipskiego ogiera, który dobrze łączy się z innymi końmi. Sądzę, że potrzebny jest dolew obcej krwi, ale jeśli będą to egipskie ogiery, muszą one być dobre, z dobrymi nogami pozbawionymi wad, mające wąskie połączenie głowy z szyją… To trudne, ale myślę, że właśnie tego użyją polscy hodowcy, by otrzymać wystarczająco piękne głowy, które będą mogły konkurować z resztą świata w Paryżu, Aachen i innych miejscach, poza polskimi pokazami.

M.L.: Jakie są różnice między polskimi a amerykańskimi końmi?

R.M.: Wydaje mi się, że u amerykańskich koni nacisk kładzie się na długość szyi i ekstremalnie wysoko osadzone ogony. Pożądany jest nadzwyczaj wysoko noszony ogon. Europa i Polska wymagają za to dużo ruchu. W Ameryce ruch jest trochę inny, jako że cenimy wysoką akcję przednich nóg, dobry ruch łopatki, ale bez tak dalekiego wykroku jak w Europie. Ale główna różnica w typach koni jest taka, że bardzo dobre polskie i europejskie konie mają bardziej wyważoną sylwetkę. Czasami amerykańskie konie wyglądają zbyt „anglo”. Mają za dużo szyi, za dużo kłody, za dużo nóg, tak że stają się anglo-arabami, a taki typ traci piękną głowę. Tak piękna głowa jak u Pianissimy musi być uzupełniona kłodą Pianissimy. Dlatego nie można otrzymać konia o kłodzie „anglo”, jak u rasy American Saddlebred, z głową Pianissimy. To się nigdy nie zdarzy! To tak jak u ludzi, niektórzy mają cięższą budowę, inni lżejszą – różne budowy ciała. Tak samo w przypadku koni – nie można mieć głowy Pianissimy, w połączeniu z anglo-arabską kłodą, a tego właśnie chcieliby w Ameryce. Zatem największa różnica, jaką widzę, to ta, że Amerykanie chcieliby rozmiar i wyciagnięcie jak u Enzo, ale głowę Pianissimy. Nie osiągną tego, to się nigdy nie zdarzy. Posługuję się przykładem Pianissimy, ponieważ jest to koń doskonale znany. Powtarzam, należy być ostrożnym, bo choć Pianissima ma dobrą głowę, to cokolwiek krótsza stałaby się już głową kuca. Natomiast jeśli wyjdzie coś dłuższego i rozciągniętego, stanie się anglo-arabem i straci typ. Muszę powiedzieć, że mój ulubiony typ reprezentuje Ganges. Koń ten ma niesamowity ruch, jest zbalansowany, ma wystarczająco męską głowę i kształtną szyję. Porównajmy go z Eksternem – Ekstern daje dobre głowy, ale jest wielkim kucem szetlandzkim, podczas gdy Ganges jest koniem. Dlatego należy być ostrożnym, hodując konie arabskie – potrzebny jest rozmiar, długie linie i harmonia. Czasami araby wychodzą zbyt typowe, za małe, za krótkie, ze zbyt krótką kłodą, takie nigdy nie będą dobrymi wierzchowcami pod siodło, nie podciągną brzucha, nie zaokrąglą grzbietu… Koń arabski musi być typowy, ale nadal musi być koniem. Ganges jest dobrym przykładem stylu arabskiego – bynajmniej nie jest kucem! Poganin – bardzo typowy i nadal bardzo prawidłowy. Perseusz jest nawet większy. Laheeb był świetny dla Polski, jego potomstwo jest pięknie zharmonizowane i w bardzo polskim typie. Z oceną Gazala muszę poczekać – Pianissima jest dobra, ale Gazal miał problemy z uszami. Laheeb nie miał takich problemów. Ale żaden koń nie jest idealny.

M.L.: Polska gwiazda w Stanach Zjednoczonych: Ecaho. Jakie było znaczenie tego ogiera dla Furioso Farm i Ferlita Arabians?

R.M.: Ecaho to najważniejszy polski ogier w USA od czasów Baska. Dlaczego? Ecaho został przywieziony do Ameryki, ale zostawił w Polsce wspaniałe klacze, które są obecnie matkami stadnymi. W Janowie jest Palmeta, która urodziła supergwiazdę po Enzo. To jedna z najlepszych janowskich klaczy. Dalej – według mnie, jedno z najlepszych źrebiąt w Janowie pochodzi ponownie od córki Ecaho po Gangesie. A jeśli pojedzie się do Michałowa, której klaczy nie można wydzierżawić? Czempionki z Paryża i matki paryskiej czempionki – Emandy! Znów po Ecaho! Obecnie w USA wszyscy szukają córek Ecaho, tak samo jak niegdyś szukano córek Eukaliptusa. Znakomite źrebaki w każdej stadninie rodzą się od córek Ecaho! W Michałowie na Emandzie się nie kończy. Pralina urodziła niebywale piękne źrebię. Ecaho przyjechał do Ameryki i sprzedaliśmy już w drugim roku 165 stanówek! W ostatnich latach sprowadzono również Emanora, który jednak nie odniósł sukcesu. Nawet Ganges został źle wypromowany – jego przyjazd do USA okazał się porażką. A co się stało potem? Piaff – przyjechał do Stanów Zjednoczonych i poniósł spektakularną, totalną klęskę. Ale kiedy przybył Ecaho, za fantastyczną cenę prawie miliona dolarów, stał się wielkim sukcesem. Manny Vierra i jego stadnina Valley Oaks to jedna z najlepszych hodowli polskich koni arabskich w USA. Manny ma pięć córek Ecaho. Chcę przez to powiedzieć, że obecnie córki Ecaho są bardzo poszukiwane – nawet właściciele Enzo kupili ode mnie dwie córki Ecaho. Jak widać, córki Ecaho zastępują w programach hodowlanych córki Eukaliptusa, co uważam za fantastyczne.

M.L.: Czy może pan zdradzić kilka szczegółów dotyczących sprzedaży Ecaho?

R.M.: Stadnina Haras de Cardenas jest jedną z największych hodowli w dolinie Santa Ynez. Jej właściciele starali się o zakup Ecaho przez ostatnich sześć miesięcy, podczas gdy ja pełniłem rolę agenta. Umowa została ostatecznie sfinalizowana w Scottsdale, gdzie Olita zdobyła tytuł wiceczempionki, a córka Ecaho od El Dorady również sięgnęła po tytuł. To nowa stadnina, mająca obecnie ponad sto koni. Postanowiła skupić się tylko na polskich koniach. Sprzedałem im wiele stanówek Laheeba, Al Maraama, a potem samego Ecaho. Chciałbym, żeby obejrzeli polski pokaz w Białce w końcu maja. Ciekawą rzeczą, którą zaobserwowałem w Polsce, jest korzystanie z nasienia ogierów Psytadel, Magnum Psyche, Enzo – i wprowadzanie ich krwi do hodowli. Nie jest to zły pomysł, bo żeby pozostać konkurencyjnym, trzeba stale się rozwijać – ale zalecam ostrożność. Ja sam, będąc w tym biznesie, też muszę szukać czegoś innego, czegoś bardziej nowoczesnego i mniej tradycyjnego, żeby odnieść sukces finansowy. Zacząłem więc poszukiwać konia, który byłby jedyny w swoim rodzaju, ale który dobrze komponowałby się z polskimi końmi, bo uważam że „polski koń arabski” to bardziej filozofia hodowli niż rasa koni. Nie ma rasy „polski koń arabski” – to tylko idea. Zacząłem więc poszukiwania w Ameryce, potem rozszerzyłem je na cały świat. Znalazłem wreszcie konia, który nie ma krwi Bey Shaha, ale ma krew innego konia, którego widziałem w Rosji wiele lat temu – Patrona, gniadego araba, który wówczas (a było to naprawdę dawno) był bardzo nowoczesny i egzotyczny. Padł na skutek nieudanego leczenia piroplazmozy. Tak więc znalazłem w Holandii dla Manny’ego Vierry konia o imieniu Honorrs, u którego Patron występuje w rodowodzie dwukrotnie. To był zaledwie trzylatek, teraz jest czterolatkiem, więc nie widzieliśmy jeszcze zbyt wielu źrebiąt po nim. Ale te, które już się urodziły, są bardzo egzotyczne. Jest on bardziej typem rosyjskiego konia arabskiego, który zawsze świetnie sprawdzał się w Polsce. Zatem postanowiliśmy spróbować. Honorrs ma 156 centymetrów i piękną szyję z perfekcyjnie zbalansowaną głową. Oczy są idealne, a uszy – najlepsze, jakie w życiu widziałem. To nie jest może ten styl, jakim zajmowałem się do tej pory, ale myślę, że może to być doskonały ogier dla polskich klaczy. Kupiliśmy go i sprowadziliśmy jego nasienie do Polski, do Michałowa. Nie ma on problemów z nogami tak jak inne konie. To tylko moja prywatna opinia jako hodowcy, ale widziałem wiele koni po Bey Shahu z poważnymi problemami. Bey Shah był w swoim czasie bardzo popularny w USA, ale nigdy nie widziałem jego potomstwa pod siodłem. Gdzie ono jest? Nie ma! Dla mnie polski koń arabski lub jakikolwiek inny, wartościowy koń, musi brać udział w wyścigach lub chodzić pod siodłem. Co się stanie, kiedy przyjdzie czas wystawić potomstwo Psytadela czy Enzo na wyścigach? Koniec wyścigów? Nagle polska hodowla znajdzie się w takiej sytuacji, w jakiej obecnie jest nasza w Stanach. Pojawią się problemy z nogami, a wynikiem tego będzie wielki pudel biegający po arenie. Nie koń. To będzie pudel.

M.L.: Na szczęście wygląda na to, że wyścigi w Polsce nie znikną.

R.M.: Użytkowanie wyścigowe koni arabskich jest dobrym pomysłem. Ale prawda jest taka, że powinny być użytkowane wierzchowo też w rajdach długodystansowych lub w pokazach. Arab jest pięknym koniem, ale musi chodzić pod siodłem. Fani wyścigów chcą oglądać konie pełnej krwi, nie araby. Na Igrzyskach Olimpijskich można zobaczyć dużych, silnych, szybkich sportowców, a nie karłowatych zawodników. Konie arabskie nie są końmi wyścigowymi. Być może są końmi do rajdów. Niemniej, pomysł sprawdzania ich na torze, ich psychiki, ich sprawności, jest dobrym pomysłem. Zwłaszcza w Polsce, ponieważ nie macie zbyt wielu osób jeżdżących konno. W Ameryce jest wiele klas użytkowych. Jeśli hoduje się konie arabskie wyłącznie w celu wygrywania w klasach w ręku, co zrobić z tymi, które nie wygrywają? Co zrobić z całą resztą? Jeśli nie można użytkować ich wierzchowo, to mamy problem!

M.L.: Czy pan jeździ konno?

R.M.: Tak, codziennie. Mam konie, które trenuję do jazdy wierzchem. Kiedyś jeździłem więcej, teraz mam tylko kilka koni w treningu.

M.L.: Czy ma pan swojego własnego konia przeznaczonego wyłącznie do jazdy?

Raymond Mazzei, fot. Jeffrey Bloom
Raymond Mazzei, fot. Jeffrey Bloom

R.M.: Czasami dostaję takiego, którego bardzo polubię, ale zawsze go sprzedaję. Nie trzymam koni dla siebie. Już nie. Tak się robi na początku. Gdy zaczynałem, wszędzie jeździłem wierzchem, ale teraz nie jeżdżę już dla przyjemności. Jazda przekształciła się w zawód i jeżdżę na ringu. Ale patrzenie na piękne źrebięta nigdy nie stało się pracą. Za każdym razem, gdy jestem zmęczony i czuję, że mam dość, ponownie wstępuje we mnie energia, gdy rodzi się nowy źrebak. Tak samo działają na mnie piękne klacze, które są niezwykle ważne w stadninie – ale pulsem i siłą życiową stadniny jest ogier. Aby go znaleźć, trzeba przemierzyć cały świat.

M.L.: Co sprawiło, że zamienił pan biznes fryzjerski na koński?

R.M.: Byłem menedżerem w Beverly Hills. Uwielbiam piękno. Konie arabskie są piękne. Dla mnie mają artystyczną duszę i sposób bycia, w ich ruchu nie widać znużenia – mają postawiony ogon, są czujne, żywo zainteresowane otoczeniem. W historii wzorem konia był dla artystów arab. Ludzie, czy to w Ameryce, czy w Europie, gdy widzą konia z rozwartymi chrapami i uniesionym ogonem, od razu kojarzą go z rasą arabską. Więc porzuciłem ostatecznie poprzednią pracę, ponieważ zwariowałem na punkcie koni. Doszedłem do wniosku, że całe to fryzjerstwo jest zbyt sztuczne, koń arabski był bardziej realny, bardziej szlachetny, niż twarze i włosy kobiet… jedne grube, inne chude… nie mogłem już na nie patrzeć. Konie nie mówią, a wy, kobiety, gadacie cały czas, byłem zmęczony słuchaniem.

M.L.: Czy zatem tamten świat był trudniejszy od świata „końskiego”?

R.M.: Nie… Być może konie wydawały mi się piękniejsze od niektórych kobiet? Nie wiem, po prostu się zmieniłem, podjąłem decyzję, że właśnie to chcę robić w życiu. Chodzi o piękno, lubię piękne rzeczy, coś innego, coś oryginalnego. Świat lubi rzeczy oryginalne, piękne. Nie zawsze jest to sprawiedliwe, nie zawsze jest to dobre, ale świat poszukuje oryginalności i piękna. Tak samo jak kochamy piękną sztukę, tak kochamy piękne konie. Przyglądamy się przystojnym mężczyznom, ładnym kobietom. Patrzymy, jak są ubrani – próżność. Koń arabski jest koniem próżnym. Świat opiera się na próżności. Nie mówię, że jest to słuszne, ale że prawdziwe. Próżność i ekonomia. Pieniądz i piękno. Chirurgia plastyczna. Wszystko się na tym opiera. Wystarczy przejść się po ulicach Warszawy. Jak tylko sytuacja ekonomiczna w Polsce uległa zmianie, zobaczyłem tyle kobiet dobrze ubranych! Pamiętam moje wizyty w Polsce od końca lat 70. Na wystawach nic nie było. Teraz jesteście modni i reszta świata zaczyna to dostrzegać. W wielkomiejskich rejonach Polski widać ludzi ubranych tak samo dobrze, jak gdziekolwiek indziej w Europie. Ludzie z innych części świata nie zdają sobie z tego sprawy, ponieważ tu nie przyjeżdżają. Wydaje mi się to śmieszne, ponieważ bywam tu od tylu lat. Moja matka urodziła sie w Krakowie, jestem więc w połowie Polakiem. Filippo Mazzei był kanclerzem Stanisława Augusta w Polsce. Cieszę się z obecnego sukcesu Polski. Polski arab jest doskonałym koniem dla reszty świata. Cieszę się, że ma tak silnie ugruntowaną pozycję. Każda z wielkich hodowli na świecie po części opiera się na polskim koniu arabskim. Na Bliskim Wschodzie polskie konie są nadal używane na równi z egipskimi. Polski koń arabski jest ideą, którą stadniny państwowe podtrzymują. Uważam, że są one niesłychanie istotne dla reszty świata.

M.L.: Obecnie w hodowli koni mamy erę embriotransferów – pozyskuje się rocznie nawet 8 źrebiąt od jednej klaczy, źrebięta są oferowane na sprzedaż jeszcze przed urodzeniem. Czy w hodowli koni arabskich w Stanach jest jeszcze jakiś romantyzm?

R.M.: Co myślę na ten temat? Najgorsze dla hodowli są embriotransfery, transport nasienia, mrożone nasienie, rejestracja więcej niż jednego źrebięcia od matki w danym roku… Moi klienci tak robią i ja ich nie powstrzymuję, ale powiem tak: pozwalając na naturalność, zyskujemy większą wartość, ponieważ prawa podaży i popytu rządzą w każdym biznesie, także w sztuce. Wyobraźmy sobie wielkiego artystę, bardzo produktywnego, który wystawia na sprzedaż wszystkie swoje dzieła. Za życia jego prace nie będą wiele warte, ale jeśli tworzyłby mało i nie wypuszczał wszystkiego na rynek, jego dzieła zyskałyby na wartości. Tak samo w przypadku koni – jeśli hoduje się ich tak wiele, po pewnym czasie przestaje się doceniać te naprawdę dobre. Człowiek niszczy równowagę w przyrodzie. Wierzę w słuszność embriotransferów, gdy starsza klacz przestaje rodzić. Ale gdy bezpłodny ogier nie jest już w stanie kryć, jego źrebięta zyskują na wartości – to prawo popytu i podaży! Jeśli zacznie się te konie namnażać, te naprawdę dobre nie będą tak wiele warte.

M.L.: Obawiam się, że tak będzie wyglądać przyszłość hodowli. Nawet jeśli na razie w Polsce embriotransfery są zakazane, nie ma od nich odwrotu.

R.M.: Na razie. Potem trzeba będzie powrócić do natury. Stało się tak z innymi rasami! Zniszczono pewne rasy, np. psów, poprzez nadmierne przerasowienie. Teraz jesteśmy na dobrej drodze, by zniszczyć konia arabskiego, ponieważ nie używa się go do jazdy. W Polsce rasa arabska ulegnie degradacji z powodu braku wyścigów. Państwowe stadniny używają obecnie wiele obcej krwi. Wiele lat temu było o wiele trudniej wprowadzić ogiera do polskiej hodowli. Uważam, że hodowla, zwłaszcza w Polsce, musi być ukierunkowana na potrzeby rynku, by utrzymać wartość i jakość. Widzę Amerykanów kupujących na aukcji Pride of Poland konie, które można znaleźć na każdym podwórku w Stanach Zjednoczonych. Nie da się wyhodować konia pokazowego. One rodzą się za sprawą genetycznego – nie chcę użyć słowa „błędu” – ale pewnej anomalii w puli genów. A ta pula jest przecież tak ogromna, że nawet dwaj pełni bracia czy dwie pełne siostry będą zupełnie różne. Spójrzcie na Pianissimę i jej pełną siostrę. Pula genów jest tak wielka, że identyczne konie nigdy się nie trafią! Może tylko bliźniacy – a mówię o moich synach – będą wyglądać tak samo, ale już ich potomstwo będzie różne. Nawet oni już się różnią, choć oczywiście pokrewieństwo jest najbliższe. Ciekawe, jak za kilka lat będą wyglądały w Polsce wszystkie te linie po obecnie używanych ogierach i ta gigantyczna liczba ich potomstwa. Co hodowcy zrobią z tymi wszystkimi końmi? Prywatni hodowcy z Polski – a mam obecnie z nimi więcej do czynienia niż ze stadninami państwowymi – nie mają pojęcia o tym, co dzieje się w świecie. Ale konie chcieliby sprzedawać. Jak mają je sprzedać za granicę, skoro nie sprzedają ich nawet sobie nawzajem? Marzą o rynku zewnętrznym, ale za konia średniej lub wręcz niskiej jakości żądają cen, które można skwitować jedynie śmiechem. Chcieliby uzyskiwać takie ceny jak stadniny państwowe. Ale ja zadaję im jedno pytanie: jak długą kolejkę kupujących mieli w zeszłym roku? Nie było nikogo, nikt nawet się nie zainteresował ich ofertą! Żaden polski prywatny hodowca nie kupi konia od drugiego prywatnego hodowcy.

M.L.: Czasem kupują. I to wcale nierzadko!

R.M.: Tak, ale za bardzo niskie ceny. Prywatni hodowcy powinni nauczyć się, jak być konkurencyjnymi. Nie tylko podążać śladami państwowych stadnin, ale spojrzeć na to, co one robią i zapytać samych siebie: czy powinienem tak postąpić? Co sprawdzi się u mnie? Macie tę przewagę w Polsce, że posiadacie bardzo dobre linie żeńskie. Prywatni hodowcy często nie robią tego, co państwowe stadniny. Nie zawsze to rozumiem. Powinni sprzedać to, co mają i zainwestować pieniądze w coś lepszego. Muszą sprowadzić kupców. Ale dzieje się tak: jeśli zapytasz się o cenę konkretnego konia, od razu myślą, że jesteś wielkim kupcem z Ameryki bądź Europy i podają wysokie ceny, ponieważ chcą sprzedawać konie jak na aukcji. Tak nie może być, nikt ich nie kupi! Nikt nie kupi po dwóch latach klaczy za sto tysięcy, który została nabyta na comiesięcznym przetargu za 4 tysiące euro. Nikt tego nie zrobi. Ale tego oczekują prywatni hodowcy. Powinni przyjechać do Ameryki i odwiedzić stadniny w Kalifornii, zobaczyć, jakie faktycznie są ceny. Nie zwracajcie uwagi na szalone ceny – nie są prawdziwe! Liczba ludzi, którzy wydają naprawdę duże pieniądze na źrebięta lub embriony jest tak mała, że nie można na niej opierać swojej działalności. Spotkanie kogoś takiego to jak wygrana w totolotku. To się nie zdarza! Jeśli w Polsce kupię źrebię za 6 tysięcy euro, transport do Stanów kosztuje mnie 15 tysięcy dolarów, czyli całość to inwestycja powyżej 20 tysięcy dolarów. Przywiezienie Laheeba do Polski kosztowało 12 tysięcy dolarów. Głównym problemem jest transport. Dlatego nabycie konia w Polsce z myślą o odsprzedaniu go w Ameryce jest bardzo trudne. Owszem, przy niskim kursie dolara polscy hodowcy mogą importować konie z Ameryki – mogą wybierać, co im się podoba, z dobrymi rodowodami… Ale muszą wybierać uważnie. Widziałem konie po Padrons Psyche w wielu miejscach w Polsce. Większość z nich nie jest taka dobra, a jest ich przecież tak wiele w Ameryce! Kto je kupi? Stany Zjednoczone? Nigdy! Powinniście hodować polskie konie, być może z dolewem krwi rosyjskiej, egipskiej – wtedy będą one unikatowe.

M.L.: Jakie cechy charakteru pozwalają czuć się swobodnie w „końskim” biznesie?

R.M.: Sądzę, że ja mam nieodpowiednie, ponieważ kocham to, co robię i podchodzę do tego emocjonalnie. Mogę kogoś lubić, ale nie lubić jego konia, co nie powinno być dla niego obraźliwe. Niektórym z branży podobają się wszystkie konie. Ale to fałsz! To jak ze śmiertelnie chorym pacjentem. Umrze za sześć tygodni, a lekarze próbują to ukrywać. Ja mówię, że wszyscy umrzemy. Facet umrze za sześć tygodni. Koniec. Co ja sądzę o koniach? Dzielą się na żywy inwentarz i martwy inwentarz. Wszystkie padną. Mówię ludziom to, w co naprawdę wierzę, nie okłamuję ich. Dlatego niektórzy mnie nienawidzą, a inni kochają – być może dlatego, że mówię im prawdę. Mówię to, co widzę. Wyraziłem swoją opinię o Bey Shahu – widziałem, jak niszczył programy hodowlane w Ameryce. Po czym przyjeżdżam do Polski i dyrektorzy, których znałem, zanim zostali dyrektorami, są tacy pewni swego… Nikt nie może być pewien, dopóki nie zobaczy rezultatu. A nie byli na tyle długo w Ameryce, by widzieć to, co ja widziałem. Czasami włącza się do programu hodowlanego dobrze wyglądającego konia, a dwa pokolenia później wychodzą pokraki. Zaobserwujcie za dwa pokolenia, co otrzymacie po Psytadelu i innych obcych koniach. Pokaz w Białce nie będzie obfitować we wspaniałe konie, wszystkie zaczną przypominać typ amerykański. Robicie to samo, co zrobiono w Ameryce. Za trzy pokolenia otrzymacie to samo. Jeżdżę po stadninach i widzę konie po Magnum Psyche, Padrons Psyche, córki od klaczy po tych ogierach. Za dwa pokolenia będą mieć źrebaki, po czym będziecie mieć ich córki, a wszystkie dobre konie będą już martwe. Nie polepszycie hodowli, ale ją pogorszycie. Stracicie to, co tak wielu znających się na rzeczy ludzi wypracowało, patrząc uważnie na nogi. Mam nadzieję, że inni też to zauważą. Zobaczmy konie po Psytadelu w Polsce za 3-4 pokolenia – pojedźcie do Ameryki i zobaczcie przyszłość. Pierwsze pokolenie zwycięskie, a dwa pokolenia później… Możecie to sami zobaczyć.

M.L.: Mam nadzieję, że pan się myli… Ostatnie pytanie: czy pana dzieci również interesują się końmi?

R.M.: Nie. Mam bliźniaków w wieku 24 lat, jeden z nich ukończył Uniwersytet San Francisco i pracuje w biznesie filmowym, w studiu. Drugiemu z nich pozostał jeszcze rok nauki i prawdopodobnie też znajdzie pracę w studiu filmowym. Mam też córkę w Bostonie i najmłodszego, 12-letniego chłopca z innego małżeństwa. Zabrałem go raz do Polski na aukcję, kilka lat temu, kiedy kupiłem klacz Eloizę, córkę Eukaliptusa. Żadne z moich dzieci nie interesuje się końmi. Nic ich to nie obchodzi, chociaż dorastały, kiedy ja pracowałem jeżdżąc konno, bywały ze mną na końskich pokazach… Ale wolą koszykówkę, bo są wysocy, a ja jestem niski. Może któregoś dnia coś się zmieni. Trudno. Cóż poradzić? Może byłem tak zajęty podróżami, że nie poświęcałem im dostatecznie dużo czasu. Kto wie, może pewnego dnia los się odmieni?

 

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Reklama
Reklamy

Newsletter

Reklamy
Equus Arabians
Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.