Reklama
Życie po życiu

Hodowla

Życie po życiu

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Mameluck, fot. Agnieszka Marcyniuk
Mameluck, fot. Agnieszka Marcyniuk

Niemal dokładnie dwa lata temu, w Wielką Sobotę, tuż przed świętami Wielkiej Nocy, przychodzi telefoniczna wiadomość o dramacie koni w Cholewach. Wizyta na miejscu nie tyle nawet potwierdza najgorsze, co powoduje szok u hodowców znających realia stadniny pod Błoniem. Czterdzieści koni w skrajnie trudnych warunkach walczy o przetrwanie, przy minimalnej ilości paszy objętościowej, bo treściwej te araby nie widziały od dawna, fatalny stan pomieszczeń gospodarskich, a do tego nieprzewidywalny i nieobliczalny – nazwijmy to – czynnik ludzki. Co tu się czarować, nie jesteśmy przygotowani na takie sytuacje, nie bardzo wiemy, jak w takich przypadkach postępować, nie mamy wypracowanych metod, sposobów działania i najchętniej w ogóle nie chcielibyśmy wiedzieć, że podobne rzeczy mają miejsce. A jednak resztki sumienia zabitego konsumpcjonizmem, wygodnictwem i unikaniem jakichkolwiek kłopotów każą coś robić. Jedynym wyjściem jest natychmiastowe odkupienie koni. W całej Polsce rozdzwaniają się telefony, a dobrzy ludzie nagłaśniają sprawę w Internecie. I nagle rodzi się coś, co w dzisiejszym świecie, skupionym głównie na własnym komforcie, wydaje się wręcz niewiarygodne. Najpierw powstaje łańcuszek, a chwilę później prawdziwy łańcuch serc. Z różnych zakątków kraju dzwonią ludzie z pytaniem, jak mogą kupić konia w Cholewach. Nie wspaniałego, lśniącego, świetnie utrzymanego araba, ale zagłodzoną, zarobaczoną, zawszoną i ledwie trzymającą się na nogach kupkę nieszczęścia. Dacie wiarę… W niewiele ponad tydzień ze stadniny pod Błoniem do nowych domów wyjeżdża szesnaście koni. Ja docieram na nasze Kresy, wioząc w przyczepie Mamelucka i Mont Blanca, a raczej to, co z nich zostało. Rozbity psychicznie, ale wdzięczny ludziom, dzięki którym udało się zrobić coś ważnego.
Mongolia, fot. Waldek Tomczyk
Mongolia, fot. Waldek Tomczyk

Tak było dwa lata temu i na szczęście dla tych koni to już dawno zapomniana przeszłość. Korci mnie, aby napisać, jak bohaterowie tamtych chwil mają się dzisiaj? Do jakich trafili domów, na jakich ludzi, jak im się wiedzie? Posłuchajcie.

Państwo Tomczykowie ze Szczecina mają Mongolię 2003 (Balon – Maciejka po El Bak). Kiedy poprosiłem o kilka słów na temat klaczy, Waldek napisał mi tak:

„Myślałem, że wydając kilka tysięcy złotych na konia, może go uratuję w jakiś sposób, a tymczasem za te pieniądze kupiłem sobie własne życie. Przed pięciu laty miałem kolkę nerkową i znaleziono wtedy u mnie tylko maleńki kamyk w lewej nerce. Przeprowadzono diagnostykę, która niczego nie wykazała i wypisano ze szpitala z zaleceniem ewentualnego zgłoszenia się w razie wystąpienia dolegliwości. Jednak te nie wystąpiły i czułem się całkiem zdrowy. W międzyczasie przywędrowała do nas Mongolia. Któregoś razu wsiadłem na nią bez założenia tranzelki i nawet kantara. Nigdy wcześniej tego nie robiłem i nie wiem, dlaczego wtedy postąpiłem w ten sposób. Żona miała prowadzić klacz na uwiązie, ale nie było go do czego przyczepić. Ruszyłem, jednak wystraszyłem się, że nie dam rady zahamować, więc zeskoczyłem i spadłem na piach. Mongolia stanęła obok. Zaczęło mnie pobolewać w prawym boku, więc zrobiono badania, które wykazały, że większa część wątroby zajęta jest przez cysty bąblowca (musiałem z nimi chodzić od wielu lat, nie mając o tym pojęcia). Poddałem się operacji, właściwie cudem unikając przeszczepu, po którym ryzyko nawrotu choroby jest duże. Operacja się udała, ale zmiany były tak blisko dużych naczyń krwionośnych, że moje życie wisiało na włosku. Gdybym wtedy nie spadł z Mongolii, objawy choroby mogłyby wystąpić dopiero wówczas, gdy szansa na wyleczenie byłaby nikła. Tak więc Mongolia jest moim życiem. Sprawuje się bardzo dobrze, nie ma żadnych problemów zdrowotnych, a kilka dni temu wydała na świat piękną klaczkę” – kończy swą opowieść Waldek.

Mont Wiek, fot. Mateusz Miklaszewski
Mont Wiek, fot. Mateusz Miklaszewski

Znany bywalcom Służewca niepozorny, ale wielki sercem Mont Wiek 1998 (Wiek – Majorka po Wermut), zwycięzca dziesięciu wyścigów, znalazł szczęśliwą przystań na Suwalszczyźnie, u państwa Miklaszewskich z Augustowa. Kiedy pytam o konia, panu Grzegorzowi aż błyszczą oczy. „Jest idealny – mówi. – Kapitalnie się rozumiemy i dogadujemy. To mój ulubiony koń. Nikomu nie daję na nim jeździć. Jest bardzo odważny i inteligentny. Nie sprawia jakichkolwiek problemów. Mont Wiek ścigał się w ponad trzydziestu wyścigach, zawsze walcząc o wygraną, a mimo to bardzo łatwo nim powodować. Jest posłuszny, zwalnia na głos, jak tylko go poproszę”.
Mont Blanc, fot. Mateusz Pobłocki
Mont Blanc, fot. Mateusz Pobłocki

Podobnie opisuje swojego pupila Marek Łukaszczyk z Sahrynia. Mont Blanc 1996, był na torze bodaj najlepszym synem Europejczyka, wygrał m.in. nagrody Figaro i Embargo, jego matką jest Margilla po Gil. Nowy właściciel do dziś nie może wyjść z podziwu dla dzielności ogiera. „Blanc nie widział nic poza torem wyścigowym, a od pierwszej jazdy w terenie jest zdecydowanie odważniejszy od wszystkich koni, na których do tej pory jeździłem. Nie płoszy się, niczego się nie boi, wszędzie wejdzie. Jak zajdzie potrzeba, zawiezie cię do samego piekła. Jeździć na takim koniu to wielka przyjemność” – komplementuje właściciel.
Mistrz dwa lata temu. Fot. KS, źródło: www.pegasus.org.pl
Mistrz dwa lata temu. Fot. KS, źródło: www.pegasus.org.pl

Mistrza 2003 (Balon – Majolika po El Bak) wykupiła fundacja Pegasus. Dwa lata temu jego koszmarne zdjęcia obiegły całą Polskę. Dzisiaj trudno nawet uwierzyć, że ten koń mógł być kiedyś w takim stanie. Do adopcji wzięła go Aneta Ciuchcińska, która na grzbiecie Mistrza przemierza Puszczę Kampinoską. Na początku był dziki i nieufny, ale to już stare dzieje. Pani Aneta sama go ujeździła, chwali dzielność konia i jego żelazną kondycję.

O Mamelucku 1996 (Złotogłów – Machalia po Talin) pisałem swego czasu dużo, więc powiem tylko, że ma się dobrze i jest wierzchowcem mojej małżonki. Fizycznie już dawno doszedł do siebie, natomiast psychicznie chyba nie jest tym samym koniem, którego znałem z dawnych czasów. Tą są rzeczy prawie nieuchwytne, ale mam wrażenie, że dawny ogień w jego oczach zastąpiła dzisiaj jakaś melancholia okraszona nutą dekadencji. Ale może źle patrzę.

Mistrz, fot. Aneta Ciuchcińska
Mistrz, fot. Aneta Ciuchcińska

Być może ktoś zadaje sobie pytanie, dlaczego zamiast pisać o czempionach, embrionach, super krótkiej partii pyskowej i ogólnie przyjemnych rzeczach, wywołuję temat, o którym mało kto chce myśleć i pamiętać? Otóż do napisania tego tekstu skłoniły mnie niedawne głosy – padające również na forum polskicharabów.com – według których nie należało ratować koni z Cholew, bo facet w dalszym ciągu hoduje, podaje ceny z kosmosu, a prawo mamy takie, że nie można nic zrobić. Powiem szczerze, że nie rozumiem… Oczywiście każdy ma prawo do oceny i własnego zdania, ale ci, którzy tak myślą, niech powiedzą to głośno Mistrzowi, Mont Wiekowi, Mont Blancowi, Mameluckowi, Mongolii i Waldkowi…

 

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Reklama
Reklamy

Newsletter

Reklamy
Equus Arabians