Reklama
El Jahez WH dostępny w Polsce
El Jahez WH dostępny w Polsce
Hodowla nie lubi sentymentów

Ludzie i Konie

Hodowla nie lubi sentymentów

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Dyr. Jerzy Białobok, fot. Mateusz Jaworski
Dyr. Jerzy Białobok, fot. Mateusz Jaworski

Dyrektor Stadniny Koni Michałów, JERZY BIAŁOBOK, z Michałowem związany jest od początku swojej pracy zawodowej. Przeszedł wszystkie szczeble kariery, był także prezenterem (pokazywał m.in. Penitenta). W 2007 roku obchodził jubileusz 30-lecia pracy zawodowej, a tym samym pracy w stadninie, która z kolei ma w tym roku swoje 55-lecie. Międzynarodowy sędzia i niekwestionowany autorytet środowiska „arabiarzy” w Polsce i na świecie. Jego nazwisko jest synonimem imponującego sukcesu polskiej hodowli.

Monika Luft: Czy zdarza się panu czasem pomylić? Żałować, że sprzedał pan tego czy innego konia?

Dyr. Jerzy Białobok z Kwesturą, Paryż 2007, fot. Erwin Escher
Dyr. Jerzy Białobok z Kwesturą, Paryż 2007, fot. Erwin Escher

Jerzy Białobok: Mylenie się jest rzeczą ludzką i nie wybiegam tu chyba poza średnie standardy… W ogóle hodowla to historia błędów i pewnej liczby sukcesów. Nie ma drogi do sukcesu bez omyłek. A i koni czasami się żałuje! Na przykład ze względu na sentyment. Miałem kolosalny sentyment do Kwestury i ciągle żałuję jej sprzedaży. Z drugiej strony, doskonale wiedziałem, że jej czas już nadszedł. I że ten czas jest dziś, a nie jutro. Mieliśmy już w naszej historii konie, które miały swój czas a nie został on wykorzystany. Po raz drugi on się nie pojawia – ludzie, którzy byli zainteresowani, zmieniają zdanie, znajdują inne konie… Z jednej więc strony potwornie żal, ale z drugiej, nie można się rozstawać wyłącznie z końmi drugiej czy trzeciej kategorii – czasem trzeba coś zdjąć z tej piramidy i rozstać z taką Kwesturą czy Emigrantem.

M.L.: Czy kiedy rodzi się źrebak, od razu pan wie: to będzie koń pokazowy a ten pójdzie na sprzedaż?

J.B.: Gdybym tak powiedział, to by świadczyło o bezgranicznej pysze czy zarozumialstwie, a to jest mi obce. Aczkolwiek prawdą jest też, że w pierwszych 10 godzinach po urodzeniu widać, czy to będzie dobry, obiecujący koń i czy reproduktor spełnił nasze oczekiwania. Gdy źrebak wstanie, można wtedy ocenić proporcje. Potem źrebięta robią się puszyste jak kotki, zwłaszcza gdy jest zimno. Rysunek głowy trudno wtedy ocenić, choć na pewno długość włosa nie ma wpływu na długość szyi.

M.L.: Odczuwa pan czasem zazdrość? Szkoda, że to nie ja wpadłem na pomysł takiego połączenia… Szkoda, że nie doceniłem tego czy innego ogiera…

Dyr. Jerzy Białobok z Drabantem, obok Mariusz Liśkiewicz. Wels 2008, fot. Erwin Escher
Dyr. Jerzy Białobok z Drabantem, obok Mariusz Liśkiewicz. Wels 2008, fot. Erwin Escher

J.B.: Dwie siostry pokryte tym samym ogierem dają zupełnie inne źrebięta, więc czasem można wpaść na ten sam pomysł, a uzyskać zupełnie inny efekt. Ja po prostu cieszę się, że urodził się dobry źrebak i zadaję sobie pytanie, dlaczego on jest taki dobry, co tam się w drugim, trzecim, czwartym pokoleniu poukładało. Zastanawiam się, czy podobny układ mogę zastosować u siebie. Nie, trudno to nazwać zazdrością. Raczej radością, że będziemy mogli oglądać tego źrebaka potem na pokazach. Pokazy dają najlepszą możliwość oceny i obserwacji.

M.L.: Gdyby miał pan absolutną wolność wyboru, niczym nieograniczoną, jakiego ogiera sprowadziłby pan do Michałowa?

J.B.: Pokazy coraz bardziej przekonują mnie, że jest pustka, jeśli chodzi o ogiery. Nie ma wymarzonych ogierów. Przeglądałem właśnie artykuł w „Arabach” o Naborze i Negatiwie… W ogóle, gdy ogląda się stare zdjęcia epokowych ogierów, jak Witraż, Ofir, Wielki Szlem, Nabor, ma się wrażenie, że dziś już byśmy ich pewnie nie użyli. A gdybyśmy pojechali z nimi na jakiś czempionat, moglibyśmy przeżyć duże rozczarowanie. Wiele się więc zmieniło… A jednak to właśnie te ogiery dały znakomite córki, które świetnie wypadały, wtedy gdy trzydzieści kilka lat temu zaczęliśmy się porównywać z Europą. Pierwszy czempionat, w którym zwyciężyła Estebna, w 1973 roku w Niemczech, wygrały „naborki”! Na pewno produkt tych niespecjalnie urodziwych ogierów był znakomity.

Ja miałem wielką chęć na trzy powroty, ale kobiety mi przeszkodziły… Chciałem wrócić do Penitenta, bo uważałem, że spośród ogierów z tej linii był najlepszy, dał u nas chociażby Kawalkadę. Uważałem, że koń ten dobrze się dopasowywał do michałowskich klaczy. Pani Fischerowa otrzymała tego konia w prezencie od męża na urodziny i on właściwie, po pierwszej prezentacji, został wycofany z szerszego użycia w Stanach, a państwo Fischerowie wycofali się z aktywnego uczestnictwa w świecie „arabskim”. Próbowaliśmy go jednak sprowadzić, ale p. Fischerowa stwierdziła, że koń jest członkiem rodziny i że nie chce go użyczyć. Za drugim razem też się spotkaliśmy z odmową. Podobnie było z Monogrammem, którego dwukrotnie próbowałem ściągnąć, rozmawiając na ten temat z paniami Bishop – matką i córką. Zwróćmy uwagę, że potomstwo Monogramma w USA prawie nie występuje! W katalogu pokazu w Scottsdale są ze 3 tysiące koni – i sporadycznie tylko jacyś potomkowie Monogramma. On miał spore trudności w rozrodzie, ale chcieliśmy go ściągnąć tutaj na bardzo dobrą emeryturę, nawet bez żadnej gwarancji sukcesu. Jego nasienie było kiepskie, ale mieliśmy nadzieję, że coś się nam uda. Szkoda, że tak się nie stało, bo sądzę, że mógł jeszcze się przysłużyć polskiej hodowli.

Dyr. Jerzy Białobok z p. Izabellą Pawelec-Zawadzką, Wels 2008, fot. Erwin Escher
Dyr. Jerzy Białobok z p. Izabellą Pawelec-Zawadzką, Wels 2008, fot. Erwin Escher

A trzeci to był Menes. Widzieliśmy tego ogiera z p. Zawadzką jeszcze za czasów Animexu. Bardzo nam się podobał, on i jego klacze pierwiastki (ta sama linia żeńska co Monogrammm), ale Sasza Ponomariew z Tierska mocno się opierał, twierdząc, że ogier jest mu potrzebny na miejscu. Chyba miał już wówczas ofertę ze Stanów – podobno 3 miliony dolarów – i zapewne ta kolosalna kwota była przyczyną odmowy, a nie to, że (jak mówił), „wy nas znów oszukacie, jak było z Naborem i Negatiwem”. Później okazało się, że Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy i wynagrodził nam dzierżawą Tallina i Pesennika, którą załatwiał dyr. Jaworowski z p. Budnym. Pesennika wzięto ze względu na jego karierę wyścigową, ale gdyby nie Pesennik, nie byłoby przecież Kwestury! A my posłaliśmy tam m.in. Gwizda (po Probat) i mocno malowanego kasztanowatego og. Harfiarz, który miał b. słabą jakość nasienia. Ale Sasza twierdził, że to na pewno nieprawda, że on ma słabe nasienie, tylko że my chcemy go znów oszukać. Aby więc nie wywołać konfliktu dyplomatycznego, zostaliśmy delegowani do powtórnego pobrania nasienia. Wyszło podobnie, ale i tak go wzięli, pokryli 20 kobył, z tego się zaźrebiły dwie czy trzy i było, że znów ich oszukaliśmy…

Gdyby można było cofnąć zegar historii, to Eukaliptus dawał znakomite rezultaty. A z drugiej strony, Michałów nigdy nie miał sentymentu do Bandosa. Pamiętam przeglądy w Janowie, gdy wychodziło 16 córek Bandosa i to w pierwszej kategorii klaczy! A w Michałowie zupełnie się nie sprawdził.

Wymarzony ogier…? Ja ciągle marzę, że uda mi się znaleźć ogiera, który będzie miał pozytywne cechy Monogramma i Gazala. I żeby jeszcze był siwy. Ciągle szukam. Mimo sporadycznego użycia ogierów egipskich, uważam, że powinniśmy kontynuować polskie linie, szczególnie męskie, o w miarę czystym składniku. Choć to trudne, bo poprzeczka rywalizacji jest bardzo wysoko podciągnięta. A nie wszystkie nasze ogiery (choć dają wiele pozytywnych cech, jeśli chodzi o budowę i długość szyi), przekazują tę porcelanowo-finezyjną głowę, tak pożądaną dziś przez sędziów. Z kolei nasze konie potrafią znakomicie zbierać punkty za kłodę, nogi i ruch.

M.L.: Czy prawdziwe są pogłoski o sprzedaży Eksterna?

Ekstern, fot. Katarzyna Dolińska
Ekstern, fot. Katarzyna Dolińska

J.B.: Tak wszyscy myślą… Już dwa lata temu klamka niemal zapadła, ale po długich namysłach i dyskusjach z kolegami uznałem, że to trochę za wcześnie. My, podobnie jak Europa, cierpimy na brak ogierów. Wychodzę z założenia, że ze względu na ograniczone grono odbiorców, ogiery powinno się sprzedawać przy okazji aukcji, ale negocjacyjnie. To jest bezpieczniejsze, ogier dużej klasy nie powinien zejść niesprzedany. Tak było ze sprzedażą El Paso – przy okazji aukcji, ale poza licytacją. Rozmowy z Armandem Hammerem były krótkie. Wszyscy myśleli, że on się na tę cenę roześmieje – a tymczasem zaakceptował ją w ułamku sekundy! Koń był już w Polsce sprawdzony, po powrocie z USA nie krył dużo, bo już nie bardzo miał co robić. Takie ogiery powinny być sprzedawane negocjacyjnie. Nabywca ma też wówczas w ręku dokumenty weterynaryjne (czasem starsze ogiery mogą mieć obniżoną płodność). Nie ma potrzeby, żeby to rozgłaszać, skoro nabywca ma świadomość, na co się decyduje.

M.L.: Nie będzie więc Ekstern lotem A przyszłorocznej, jubileuszowej aukcji?

J.B.: Nie sądzę. Przyszedł zresztą czas chłodzenia i atmosfery wokół aukcji, i samej aukcji. Giełdowy kryzys też ma na to wpływ. Od czasu większych zakupów poczynionych przez Amerykanów, którzy bardzo podnieśli wówczas poprzeczkę cenową – pamiętamy Palestynę czy Elandrę – już takich nie było. Od dwóch lat tamten rynek jest właściwie zatkany. Przesunął się w kierunku Bliskiego Wschodu i Belgii. Oczywiście także p. Watts, jeśli chce coś kupić, to jest bardzo skuteczna. Ale zawsze może się zdarzyć jeszcze człowiek, dajmy na to, z wysp Bali… Nie wiadomo, dlaczego komety spadają. I tak, być może przy wyjeździe naszych koni do Paryża uda się przewieźć ostatnie konie „australijskie”. Czasem ma miejsce coś nieoczekiwanego – ktoś, kto aktywnie podnosi poziom aukcji – dwa lata temu także Dubajczycy.

M.L.: Czy hodowla dziś to tylko kwestia dużych pieniędzy? Kupując stanówki najdroższych, najmodniejszych ogierów zawsze można się czegoś doczekać.

Dyr. Jerzy Białobok z Zagroblą, z prawej Mariusz Liśkiewicz. Werona 2007, fot. Erwin Escher
Dyr. Jerzy Białobok z Zagroblą, z prawej Mariusz Liśkiewicz. Werona 2007, fot. Erwin Escher

J.B.: Nie, myślę, że rządzi tym jednak dobry pomysł i nastawienie się: co chcemy w tej hodowli osiągnąć. Czasem od bardzo przeciętnych klaczy można otrzymać bardzo dobre źrebaki. Cała filozofia polega na tym, żeby dobrać odpowiedniego ogiera. Oczywiście był taki moment, gdy wielu ludzi w Polsce uwierzyło, że hodowla i sprzedaż koni arabskich szybko uczyni z nich ludzi bogatych. Pierwsze zakupy prywatne były to zakupy dewizowe (np. p. Stanisław Duda, który miał pierwszą dużą hodowlę prywatną pod Staszowem). Jak dziś wiemy, okazało się to nie takie proste. Dużo stadnin dość szybko – a niektóre także dość boleśnie – zakończyło swoje istnienie. Prawdą jest natomiast, że hodowla koni arabskich w większym wydaniu (ok. 10 klaczy-matek) to zabawa dla ludzi zamożnych, bo jest to kosztowne – i utrzymanie koni, i wynajdywanie odpowiednich ogierów, i uczestnictwo w pokazach. Sądzę jednak, że wszystko zależy od przyjętych założeń. Można to przecież robić tylko dla własnej przyjemności. Podoba mi się pogląd, który reprezentuje prof. Strumiłło: jemu to sprawia kolosalną przyjemność! Ze względów organizacyjnych zawsze dzierżawi jakiegoś ogiera, nie sprowadza nasienia, a mimo to udało mu się wyhodować kilka całkiem przyzwoitych źrebiąt. Bardzo przeżywa występy swoich wychowanków. Odnalazł się w tej hodowli dobrze i nie czuje dyskomfortu tylko dlatego, że nie używa najmodniejszych w danym momencie ogierów. Oczywiście, są ludzie, których pewna nieskromność popycha do wyhodowania czempiona w krótkim czasie. Uważają, że im się to należy, a te wszystkie przeciwności, które ich spotykają w postaci werdyktów sędziowskich, kontuzji koni czy też chorób, albo w postaci trenerów i prezenterów, którzy źle ich konie pokazują, to jest specjalne robienie im na złość. Ale tak jak są fanatyczni psiarze, którymi targają ogromne emocje w czasie wystaw, tak są i podobni hodowcy koni arabskich. Niemniej jednak proszę zauważyć, że ten malowany roczny ogierek, który pobił Kabsztada, Ali Moniscione, urodził się w małej stadnince. Wierzę, że w niedużych hodowlach, prowadzonych z rozsądkiem, ideą, ukierunkowaniem, gdzie nie panuje misz-masz – ten ogier jest modny, to kryję tym, a za chwilę innym – gdzie jest konsekwencja hodowlana, można prędzej dojść do sukcesów niż tam, gdzie tylko się wydaje wielkie pieniądze.

M.L.: Jest i druga strona medalu. Wszyscy z przerażeniem patrzymy na „mnożycieli” koni, którzy kryją słabe klacze słabymi ogierami. Później te konie czeka często straszny los…

J.B.: Jest to konsekwencja tego, cośmy sami chcieli. Hodowla arabska stała się powszechna. Wcześniej był to owoc zakazany, choć ja nigdzie nigdy nie znalazłem przepisu, który by zakazywał sprzedaży arabów odbiorcom prywatnym. Jednak, choć niepisany, przepis obowiązywał. Ale też i chętnych nie było – prócz Zygmunta Braura i p. Anny Dębskiej był jeszcze p. Andrzej Ou i niewielu więcej. Ale istniała duża grupa sympatyków rasy. Część z nich, w momencie gdy było to już możliwe, zaczęła te konie kupować i rozmnażać, nie myśląc o tym, co potem z tymi końmi zrobią. Ceny stanówek nie były wygórowane, a i dziś nie są podnoszone, by ludzi zachęcić do krycia w miarę dobrymi ogierami. Niemniej jednak było kilka momentów, gdy sporo koni trafiło na niekontrolowany rynek, np. przy okazji likwidacji Kurozwęk. Potem jeszcze „przewrócił się” Tarus, upadło też kilka prywatnych hodowli (wśród nich p. Redestowicza). Rynek już wtedy mocno się zapełnił. A bardzo wielu hodowców traktowało krycie jako przymus – jak się ma klacz, to trzeba ją rozmnażać. Tymczasem w ciągu kilku ostatnich lat poprzeczka gwałtownie się podniosła. Gdy kraje arabskie zostały przyjęte do ECAHO, na pokazy europejskie napłynęły konie własności bliskowschodniej. A ci właściciele, chcąc koniecznie wygrywać, spenetrowali rynki, głównie Stany Zjednoczone i Brazylię, wykupując najlepsze konie. Nagle musieliśmy się zderzyć z najlepszymi końmi z danego rocznika! Tak więc, z jednej strony poziom hodowli krajowej gwałtownie się podnosił, z drugiej zaś, hodowla stawała się coraz bardziej powszechna. A jak się coś staje powszechne, traci na jakości. I pojawia się pytanie: dokąd zmierzamy? Najprostszym kryterium selekcyjnym jest niestety to, że konie, które się nie nadają do rozrodu, należałoby przeznaczyć na rzeź. Dla wielu ludzi taki wniosek to potworny szok. Rynek koni rekreacyjnych czy sportowych kiedyś te konie wchłonie, ale tu potrzebne są konie 4-letnie. Trzeba je przez te lata utrzymać i wyżywić, więc koszt utrzymania przekroczy dwu czy trzykrotnie wartość konia sprzedanego. W podtekście artykułów na ten temat znajdujemy pytanie: Kto jest za to odpowiedzialny? Kto jest winien? Niestety, odpowiedź brzmi: sami hodowcy! Zachowanie rynku można do pewnego stopnia przewidzieć. On nie jest w stanie takiej ilości koni przyjąć! Nawet gdybyśmy na aukcję przeznaczali 70 koni, a drugie tyle przyjmowali do Silent Sale, to i tak sprzedalibyśmy podobną liczbę jak teraz. Chłonność rynku jest ograniczona. Ale do wielu młodych ludzi, którzy uważają, że każdy urodzony koń arabski jest dobry, bo ma udokumentowane pochodzenie do któregoś tam pokolenia – ta brutalna prawda nie dociera. Tymczasem one są ładne, brzydkie, czasem zupełnie słabe. Niektóre linie są zwyczajnie mniej urodziwe, czy genetycznie słabsze i są selekcjonowane ze stada. Inaczej w ogóle byśmy obniżyli wartość całej hodowli. Bo konie wybitne muszą utrzymywać słabsze. Jeśli proporcje koni wybitnych do słabszych są zakłócone – to źle. 25 wybitnych koni nie utrzyma stada stu klaczy. Ta równowaga została niestety na rynku zachwiana i mamy nadprodukcję koni arabskich. A prawdziwa hodowla nie lubi sentymentów, one przeszkadzają w selekcji. Jest kwestią rynku, czy przyjmie konia nie wcielonego do hodowli w postaci konia użytkowego czy też w postaci konia rzeźnego.

Pamiętam, jak to ciśnienie wewnętrzne zostało zachwiane w Kurozwękach kilka lat przed likwidacją. Najpierw było 40 koni, za chwilę 50, potem 70… Konie zaczęły mieć coraz gorsze warunki i znacznie się obniżyła ich jakość, bo za mało sprzedawano i eliminowano. Ale pamiętam też pierwszy przegląd, gdy do Białki przyszło 20 wyselekcjonowanych koni z Kurozwęk (część poszła do Tarus Arabians) i nagle aż dech nam zaparło… Bo konie odbiera się w zależności od tła. I nagle na tle białeckich klaczy pojawiło się wyselekcjonowane stado kurozwęckie – „eukaliptuski”, „banatki”… wszystkich aż wmurowało w ziemię, bo to był sam wierzchołek góry. Dlatego te decyzje, które trzeba czasem podejmować, nie do końca są dla ludzi z zewnątrz zrozumiałe. Jeśli chce się uratować coś większego, trzeba poświęcić coś innego, a na pewno stale kontrolować stan swojego posiadania.

M.L.: Jak pan wyobraża sobie polską hodowlę za 50 lat?

Dyr. Jerzy Białobok z Emesą i Mariuszem Liśkiewiczem, Aachen 2008, fot. Erwin Escher
Dyr. Jerzy Białobok z Emesą i Mariuszem Liśkiewiczem, Aachen 2008, fot. Erwin Escher

J.B.: Prorokować jest bardzo trudno, szczególnie w tak szybko zmieniającym się świecie. Ale hodowla koni związana jest z ekonomią. Myślę więc, że stado się nie powiększy kilkadziesiątkrotnie. Nie będzie dwudziestu paru tysięcy matek. Ekonomia zmusi ludzi do większego selekcjonowania. Być może hodowców będzie nawet dwustu czy trzystu, ale więcej niż dwa do czterech tysięcy klaczy nie będzie. Na pewno powinna wzrastać jakość. Wśród ludzi jeżdżących na koniach panuje przekonanie, że araby nie bardzo się nadają do rekreacji, bo są za małe, płochliwe, bo mają krótki galop… Nie jest to więc koń, który zaleje rynek rekreacyjny. To trochę jak z psami – ludzie wolą konie postawne. Im mniejszy człowiek, tym większy wilczur szamocze się na końcu smyczy. Tak więc nie otworzy się nowe źródło zbytu, ani w Europie, ani na Bliskim Wschodzie – bo tam mają produkcję własną. Pan Tadeusz Rusiecki, który wierzył, że będzie sprzedawał konie kawalerii omańskiej i który gościł sympatycznego generała, zawiódł się niestety w swych rachubach. Rynek na konie średnie i przeciętne, których jest ok. 60-70%, będzie niewielki. Hodowle będą upadać. Największa rotacja jest zresztą zawsze w sektorze hodowców. Hodowca z dwudziestoletnim stażem jest rzadkością, nawet w USA! Z wyjątkiem może Raymonda Mazzei nie ma tam hodowców z takim stażem. Nie sądzę, żeby u nas wyrastały stadniny 50-60-letnie. To mało prawdopodobne, także dlatego, że kolejne pokolenia rzadko się interesują tym samym, co rodzice. Zwykle chcą robić coś innego. A czy hodowla państwowa będzie jeszcze istnieć? Nie wiem, chyba w jakiejś formie przetrwa, może w postaci jednej lub dwóch stadnin, może na sposób niemiecki, jako stadniny wojewódzkie czy regionalne.

M.L.: Jakie znaczenie ma tradycja? Pamięć o tym, co robili poprzednicy? Ich doświadczenia? A może jest podobnie jak z komputerami: dziś mamy zupełnie inną epokę i wiedza poprzednich pokoleń nie ma już wielkiego zastosowania?

Dyr. Jerzy Białobok i Esparto, Czempionat Europy Moorsele 2008. Obok Mariusz Liśkiewicz. Fot. Erwin Escher
Dyr. Jerzy Białobok i Esparto, Czempionat Europy Moorsele 2008. Obok Mariusz Liśkiewicz. Fot. Erwin Escher

J.B.: Hodowla koni to zajęcie typowo doświadczalno-obserwacyjne. W żadnym podręczniku hodowli nie jest napisane, jak hodować konie. Owszem, są wskazówki, jakie zachować warunki, by zwierzęta mogły żyć, rozmnażać się, podlegać treningowi. Ale nigdzie nie jest zaznaczone, jak hodować dobre konie. Bo to bierze się z dużej zdolności do obserwacji i samokrytycyzmu. Najlepszy jest system, wymyślony już za czasów cesarstwa austrowęgierskiego, gdy zaczęto utrzymywać stadniny: otóż hodowlą powinny zajmować się dwie osoby – hodowca i kierownik stadniny. Ten system polegał i nadal polega na nieustającej dyskusji, forsowaniu własnych pomysłów, ale że nie ma ludzi nieomylnych, warto pomysły te konsultować. Czasem pomysł z pozoru nienajlepszy okazuje się całkiem niezły po przeanalizowaniu. Mile wspominam czasy tzw. układania planu stanówki, gdy byłem praktykantem, a potem zootechnikiem. Dyr. Jaworowski, Urszula i ja siadaliśmy, gdzieś w listopadzie, do stołu. Było takich posiedzeń cztery-pięć. Każdy miał obowiązek przyjścia z własnym planem stanówki. Dyskutowaliśmy, może ten, może tamten ogier, ten będzie tylko na jeden sezon, nie da się już połączenia powtórzyć, a ten na dwa sezony, można z nim poczekać… Plan powstawał w bólach, każdy miał wątpliwości, nigdy nikt nie był do końca przekonany, choć na ogół ten plan się pokrywał w jakichś 80%, a różnił jedynie w szczegółach. Hodowla koni jest bardziej zajęciem zbiorowym niż indywidualnym. To co się wymyśli, trzeba później wprowadzić w życie. A chodzi jeszcze i o to, żeby te produkty przetrwały. Jeśli nie ma więzi między strefą zootechniczną a stajnią, koniuszym, to nic z tego nie wyjdzie. Bo los jest taki, że nagłe wypadki, choroby zabierają najcenniejsze sztuki. Hodowla nas nie głaszcze, lecz uczy pokory wobec śmierci i tego, że nagle to, w czym pokładamy największe nadzieje, potrafi nagle odejść… Najlepszą córkę Laheeba straciliśmy w pierwszym dniu wypędu na pastwiska…
Przegląd hodowlany 2008, fot. Mateusz Jaworski
Przegląd hodowlany 2008, fot. Mateusz Jaworski

Nam się udało ten system wypracować, a raczej kontynuować. Jednoosobowo można pracować w małych stadninach. Gdy jest więcej niż 20 klaczy, ciężko mieć nad tym kontrolę. Jak się już siedzi przy tym stole, trzeba mieć w oczach zarówno tę klacz, jak i tego ogiera, żeby te dwa obrazy się na siebie nasunęły w jakiś sposób. Muszę przyznać, że o wiele łatwiej dyskutuje się z ludźmi, którzy mają zacięcie artystyczne, oni te rzeczy widzą, im jest to łatwiej zauważyć. Nigdy bowiem nie będzie dobrym hodowcą ktoś, kto nie jest wnikliwym obserwatorem. Tego nie ma w książkach, trzeba mieć zdolność zapamiętywania szczegółów konia, fragmentów jego budowy, by podejmować słuszne decyzje. Nie każdy się do tego nadaje. Ale te uzdolnienia rozbudowują się w miarę przepracowanych lat. Gdy byłem młodszy, czułem czasem, że z danego połączenia nic dobrego nie wyjdzie, ale trudno mi było wytłumaczyć dlaczego… Intuicja. Tęsknię do tych dawnych przeglądów, zamkniętych. Dziś, gdy każdy może brać udział w przeglądzie, hodowcy stali się bardziej zamknięci, nie chcą o niektórych rzeczach mówić publicznie, co jest zrozumiałe. Ale dyskusja na tym traci. Dla edukacji młodej kadry zootechnicznej tamte przeglądy były lepsze. To jak wśród aktorów: młodsi często uczą się, patrząc jak starsi próbują – bez publiczności.

M.L.: Jaki jest pana stosunek do współczesnych problemów hodowlanych? Np. do embriotransferów?

J.B.: Ja jestem za. Dwa lata temu na zjeździe proponowałem, aby je wprowadzić, ale dwaj prywatni hodowcy mocno się przeciwstawili. Zarzut był jeden: to niemożliwe, bo wtedy Janów wyprodukuje 10 Pianissim, a Michałów 10 El Dorad i my nigdy nic z wami nie wygramy! To był koronny argument.

Myśmy to już robili, przyznam się, na zasadzie eksperymentu, u klaczy, która była po ciężkim ochwacie, nie mogła chodzić. Zdawaliśmy sobie sprawę, że źrebak nie będzie zarejestrowany, ale podjęliśmy próbę. To było z 15 lat temu. Niestety, stan sprzętu był taki, że to się i tak nie udało. Uważam jednak, że powinna istnieć taka możliwość, ale według ściśle określonych zasad.

Po pierwsze, embriotransfery powinny być stosowane w przypadkach uzasadnionych weterynaryjnie, tzn. wtedy, gdy wymaga tego zdrowie klaczy. Po drugie, nie powinno się pozyskiwać więcej zarodków od jednej klaczy rocznie, niż jeden, najwyżej dwa. Ale sama idea jest słuszna z wielu względów. Także dlatego, że klacze źrebne są wyłączone z treningu pokazowego – uważam, że praca z klaczą wysoko źrebną jest nieetyczna. Dziś nasza stacja w Michałowie jest przygotowana do tego, by przeprowadzać embriotransfery. Niemniej jednak, masowa produkcja zarodków jest szkodliwa z punktu widzenia hodowlanego i handlowego też, bo obniży ceny koni arabskich z górnej półki. Moim zdaniem jednak, embriotransfery na dużą skalę wkrótce przestaną się opłacać, a przyczyni się do tego światowy kryzys. Owszem, w krajach arabskich, gdzie nikt nie liczy się z kosztami, mogą nadal to robić, ale gdzie indziej, z powodu wysokich kosztów, zacznie się od tego odchodzić. W hodowli liczy się też przecież tajemnica – bardzo często kupujący nabywa nadzieję, marzenie. Przy masowej produkcji zarodków, ta tajemnica, która dziś jest magnesem, przestanie nią być. Zresztą, to jest wypaczanie prawideł hodowlanych. W hodowli folblutów utrzymują się wysokie ceny koni z najwyższej półki m.in. dlatego, że dopuszczane jest tylko krycie naturalne. Cóż, szybki pieniądz to krótki pieniądz.

M.L.: Kolejna kwestia to wyścigi. Jest pan za niezamykaniem gonitw dla niepolskich koni. Dlaczego? Czy to nie wbrew interesowi naszej hodowli?

J.B.: Uważam, że zamknięcie czterech najważniejszych gonitw (plus piątej N. Sambora, która także ma być zamknięta) jest całkowicie wystarczające z punktu widzenia interesów polskiej hodowli. Patrzę na to z perspektywy pokazów: zamykanie się ze względu na własne, lokalne interesy ma krótkie nogi. Wysoki poziom polskich koni pokazowych wynika m.in. z tego, że szybko zaczęliśmy się porównywać z tym, co się dzieje w Europie i na świecie. I oto rezultat: jedynymi, które stawiają czoło koniom szejków, są polskie konie. Zresztą, nasze konie wyścigowe trenowane w Stanach (np. przez Zenona Lipowicza, ale nie tylko) osiągnęły bardzo wysoki poziom. Jedyne, czego należy się obawiać, to niefachowości trenerów i jeźdźców. Jeśli się to robi porządnie, systematycznie – można do czegoś dojść. W naszym środowisku wyścigowym są inne problemy – np. zły jest układ, gdy trener własnych koni bierze do treningu także konie innych właścicieli. To jest źródłem konfliktu interesów, a potem – kłopotów.

M.L.: Czy nie obawia się pan jednak napływu francuskiej krwi do polskiej hodowli?

J.B.: Są hodowcy, którzy nie będą sprowadzać francuskich ogierów, ani w ogóle francuskich koni, także i dlatego, że wkrótce pojawi się poważny problem: co zrobić z tym koniem po skończonej karierze wyścigowej? Nie, nie sądzę, by groził nam zalew francuskiej krwi.

M.L.: Czy Kabsztad pójdzie na tory?

Kabsztad z dyr. Jerzym Białobokiem i Mariuszem Liśkiewiczem. Moorsele 2008, fot. Katarzyna Dolińska
Kabsztad z dyr. Jerzym Białobokiem i Mariuszem Liśkiewiczem. Moorsele 2008, fot. Katarzyna Dolińska

J.B.: Była taka oferta ze strony jednego z hodowców: dzierżawy i treningu wyścigowego, ale ją odrzuciłem. Owszem, Kabsztad ma być użytkowany pod siodłem, bo na pewno przyda mu się gimnastyka. Na tor boję się go puścić. Być może wydzierżawię go potem, by kontynuował karierę pokazową. Paryż jest miejscem, gdzie domyka się tego typu kontrakty. (Kabsztad został wydzierżawiony przez księcia AbdulAziza bin Ahmed bin Abdulaziz Al Saud /Athba Stud  Stud/ z Arabii Saudyjskiej i weźmie wkrótce udział w pokazie w Al Khalediah – przyp.red.)

M.L.: Jakie oczekiwania ma pan w związku z czempionatem świata w Paryżu?

J.B.: Ten rok, jak wiemy, należy do Pianissimy. My walczymy o punkty, o dobre „wyjście z grupy”. Chciałbym, by Grafik i Esparto dobiły do finału, to zawsze jest dla każdego ogiera dobra promocja.

M.L.: Czy sędziowanie jest dla pana ważnym zajęciem?

J.B.: Z jednej strony lubię sędziować, z drugiej – nie bardzo. Traktuję to jako poznawanie nowych koni. Im dłużej sędziuję , tym szybciej mi to idzie… Jeśli klasa liczy 10 czy 20 koni, trzeba wybrać kilka najlepszych. To jest właśnie sędziowanie na dużym kole. Potem przychodzi czas na szczegóły, na „rozbieranie” konia na poszczególne części. Ale ciekawe, że często przy bliższym podejściu konie, które wydawały się najlepsze, okazują się dużo mniej finezyjne. Ja zawsze poszukuję zalet. Zadaję sobie pytanie: czy zalety przeważają nad wadami? Czy noga, która nie do końca jest prawidłowa, powinna tego konia aż tak dyskwalifikować? Niektórzy sędziowie z lubością doszukują się wad, ja do nich nie należę.

Z Espadrillą w Janowie, 2008, fot. Katarzyna Dolińska
Z Espadrillą w Janowie, 2008, fot. Katarzyna Dolińska

Inaczej sędziuje się małe pokazy, inaczej duże. Na dużych trzeba wybrać konie najwybitniejsze ze stawki bardzo dobrych. Na małych na ogół od razu widać te, które zasługują na zwycięstwo. Polscy sędziowie są na świecie lubiani, bo funkcjonują poza pewnym układem, nie są powiązani interesami. Nasza sprzedaż jest inna, nie odbywa się poprzez trenerów i prezenterów (którzy dziś na ogół są także pośrednikami), lecz na innej zasadzie, na aukcji. Jest to ogólnie wiadome, więc nie musimy toczyć dyskusji z agentami, tłumacząc, ze nie jesteśmy zainteresowani ofertą.

M.L.: Po Paryżu rozpocznie się nowy sezon. Czy jakąś niespodziankę pan szykuje, jeśli chodzi o reproduktory?

J.B.: Niestety, nie udało się zatrzymać na dłużej Laheeba, który zostawił wyrazistą stawkę klaczy. Miał jednak ogromne kłopoty z jakością nasienia po powrocie ze Stanów. Mamy 20 stanówek QR Markiem – zobaczymy, co z tego wyjdzie i czy przekazuje te cechy, które mi się w nim nie podobają… Są też pewne plany dotyczące dzierżawy ogiera, ale na razie jest za wcześnie, by o tym mówić. Każdy nowy sezon to wielka niewiadoma. I to jest w tym wszystkim najciekawsze…

 

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Reklama
Reklamy

Newsletter

Reklamy
Stigler Stud
Equus Arabians