Reklama
KIAHF - Katara International Arabian Horse Festival
KIAHF - Katara International Arabian Horse Festival
Umieć dzielić się sukcesem

Ludzie i Konie

Umieć dzielić się sukcesem

Umieć dzielić się sukcesem

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Albert Sorroca, fot. z archiwum prywatnego
Albert Sorroca, fot. z archiwum prywatnego

ALBERT SORROCA, twórca i właściciel hiszpańskiej stadniny Equus Arabians i hodowca ogiera Shanghai E.A., młodzieżowego czempiona Pucharu Narodów i Europy, wiceczempiona świata, zaczął budować swój program hodowlany przed dziesięcioma laty. Jego bazę stanowiły polskie klacze. W sobotę 25 sierpnia w stadninie Equus Arabians odbędzie się Dzień Otwarty, a dziś jej twórca opowiada polskimarabom.com o swojej drodze do światowej elity hodowców koni arabskich.

Monika Luft: Kiedy po raz pierwszy zachwyciłeś się koniem arabskim?

Equus Arabians, fot. z archiwum prywatnego
Equus Arabians, fot. z archiwum prywatnego

Albert Sorroca: Jakieś 20 lat temu. Mam tego konia przed oczami nawet teraz! 3-letnią klacz zobaczyłem podczas imprezy pod nazwą Equus Cataluña. To wielki pokaz koni wielu ras organizowany corocznie tutaj, w Katalonii. Wtedy wiedziałem już, że chciałbym hodować konie – tę pasję zaszczepili mi w dzieciństwie dziadek i ojciec – ale nie podjąłem jeszcze decyzji co do rasy. Prezentacja, w której wziąłem udział, odbywała się w rytm muzyki gitarowej, a ja byłem przekonany, że klacz, która ruszała się tak, jakby w ogóle nie dotykała podłoża, została specjalnie w tym celu wytrenowana. Dosłownie frunęła! Byłem zadziwiony: jak udało się wytrenować konia, by sam z siebie pokazywał taki niesamowity ruch? Dzisiaj się z tego śmieję, ale to była miłość od pierwszego wejrzenia. Młodzieńcza miłość – nigdy więcej nie zobaczyłem tej klaczy, nie znam nawet jej imienia. Ale utkwił mi w pamięci jej wdzięk i wrażenie, jakie na mnie zrobiła.

M.L.: Czy jeździłeś konno?

Albert Sorroca z córkami Mireią i Gemmą, fot. z archiwum prywatnego
Albert Sorroca z córkami Mireią i Gemmą, fot. z archiwum prywatnego

A.S.: Tak, ale amatorsko, rekreacyjnie. Konne spacery to był w mojej rodzinie sposób na wspólne spędzanie czasu. Także obie moje córki jeżdżą konno od czwartego roku życia. Wiem, jak wielką przyjemność sprawić może przejażdżka na dobrym koniu, wśród pięknych krajobrazów. Między człowiekiem a koniem tworzy się specyficzna więź, nieporównywalna do więzi z innymi zwierzętami. Odkąd zakochałem się w koniach arabskich, jeździłem już tylko na arabach. Wcześniej, np. podczas służby wojskowej, którą odbyłem w kawalerii, jeździłem także na koniach innych ras.

M.L.: Kiedy po raz pierwszy uczestniczyłeś w pokazie z własnym koniem?

Equus Arabians, fot. z archiwum prywatnego
Equus Arabians, fot. z archiwum prywatnego

A.S.: Mój pierwszy sezon pokazowy z własnymi końmi to był rok 2004. Zapisałem na pokaz dwie kapitalne roczne klaczki, które kupiłem w Niemczech – Taminę Bint Taman (Taman II – Prestynia/Present) i Lamirę (Laman HVP – Miriam II/Mirok Monpelou). Obie przeszły przez ringi pokazowe jak burza, z fantastycznymi wynikami, wygrywając wszędzie, gdzie tylko się zjawiły. Było to zresztą dla mnie sporym zaskoczeniem. Kupiłem klaczki, bo pasowały do programu hodowlanego, który od pewnego czasu realizowałem. Uznałem, że udział w pokazie może być dobrą promocją dla mojej stadniny Equus Arabians, ale zupełnie nie myślałem o wygrywaniu. Do tego stopnia rywalizacja pokazowa była mi obca, że nawet nie pojechałem na pierwsze pokazy – w Wels, Wielkiej Brytanii, w Niemczech i Danii. Dzwonili do mnie moi trenerzy (w tamtym czasie współpracowałem ze Scottem Allmanem i Mary Lang) i mówili: Wygraliśmy! Oczywiście, bardzo mnie to cieszyło, ale nadal nie dostrzegałem jeszcze, jak wielkie ma to znaczenie; nie do końca rozumiałem też, na czym to wszystko polega. Skupiłem się na budowie programu hodowlanego Equus Arabians – poszukiwałem klaczy, odwiedzałem europejskie stadniny, uczyłem się. Dopiero po kilku zwycięstwach zdałem sobie sprawę, że dzieje się coś ważnego i że nie powinienem tego tracić. Jesienią jeździłem już na pokazy z moimi klaczkami. Tamina zaszła bardzo wysoko, uzyskując tytuł Top Ten podczas Czempionatu Świata. Niemniej jednak, nadal najbardziej interesuje mnie hodowla. Przyznaję, że odkąd zacząłem jeździć na pokazy, wiele się nauczyłem, obserwując, analizując, porównując. Zawsze staram się robić notatki, które często mi się potem przydają. Nie tylko zresztą notatki – mam filmiki z moich pierwszych wizyt np. w polskich stadninach, ze źrebaczkami sprzed 8-10 lat, które dziś są gwiazdami. To bardzo pouczający materiał.

M.L.: Twój pierwszy polski koń to?

Equus Arabians, fot. z archiwum prywatnego
Equus Arabians, fot. z archiwum prywatnego

A.S.: Zenobia (Endel – Zuela/Probat) z Michałowa. Niestety, straciłem ją niedawno, padła podczas porodu. Jednak szczęśliwie źrebak przeżył i został wykarmiony butelką. Ma się doskonale. Zenobia ujęła mnie swoim wyrazem, była słodka i wdzięczna. Opowiadano mi, że jeszcze w Polsce karmiła kiedyś jednocześnie dwa źrebaki – swojego i drugiego, osieroconego. Zenobia pozostawiła mi sporo córek, tak więc jej linia została przedłużona.

M.L.: Jak Zenobia trafiła do Equus Arabians?

A.S.: Kupiłem ją podczas sierpniowej aukcji w Janowie Podlaskim w 2002 roku. Przyjechaliśmy całą rodziną, to było bardzo emocjonujące przeżycie dla nas wszystkich. Kupiłem wtedy także Dąbrowę (Probat – Dębówka/Eternit), Cygarniczkę (Monogramm – Cygaretka/Fanatyk) i Ekolę (Pamir – Ekade/Arbil). Moje córki miały wtedy 11 i 14 lat. Następnego roku kupiłem janowską Arabeskę (Eldon – Arina/Palas) i białecką Pertycję (Pers – Petycja/Palas). Polskie klacze stały się podstawą programu hodowlanego Equus Arabians.

M.L.: Ile polskich koni jest dziś w twojej stadninie?

Equus Arabians, fot. z archiwum prywatnego
Equus Arabians, fot. z archiwum prywatnego

A.S.: Mam sporo koni o polskim pochodzeniu; przede wszystkim córki tej pierwszej szóstki. Nie została mi już żadna z nich, ale w zeszłym roku dołączyły do stada dwie nowe klacze z Michałowa, Eryka (Eukaliptus – Emilda/Pamir) oraz Empiryka (Monogramm – Emanacja/Eukaliptus). Gdy dziesięć lat temu decydowałem się na zakup polskich klaczy, miałem na uwadze ich doskonałą budowę, świetny ruch i potencjał genetyczny. Postanowiłem skrzyżować je z reproduktorem o światowej renomie, jakim był Khidar (Ansata Sinan – Elizja/Esta-Ghalil). Wydawało mi się, że ma szansę dobrze połączyć się z polską krwią, zwłaszcza że i w jego rodowodzie znajdujemy liczne polskie akcenty. Miałem rację. Dziś w stadninie mam jego córki i wnuczki.

M.L.: Jak bardzo pojawienie się Shanghaia E.A. (WH Justice – Salymah E.A/Khidar) zmieniło twoje życie?

Ogierek Mississipi EA 2012 (Shanghai E.A. - Nedraska Kossack), hod/wł. Equus Arabians, fot. Ricard Cunill, SiR Photography
Ogierek Mississipi EA 2012 (Shanghai E.A. – Nedraska Kossack), hod/wł. Equus Arabians, fot. Ricard Cunill, SiR Photography

A.S.: Na pewno w sposób znaczący! Wszyscy dążymy do doskonałości, niezależnie od tego, czym się zajmujemy. Ja również ścigałem marzenie o doskonałym koniu arabskim. Shanghai okazał się wcieleniem tych marzeń. To wielka satysfakcja. Ogromny wysiłek, inwestycje, poświęcony czas – wszystko to nie poszło na marne, warto było się starać. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że mieliśmy szczęście – Shanghai mógł się urodzić lub też nie. Ale jego przyjście na świat nie jest dziełem przypadku, lecz efektem przemyślanych połączeń. Wiem, że gdyby nie mój upór, zaangażowane środki, gdyby nie pasja – nie byłoby Shanghaia. To ogromna radość, gdy możesz sobie powiedzieć, że dobrze wykonałeś swoje zadanie. Jednak narodziny dobrego konia to nie wszystko. Codziennie na świecie rodzi się wiele dobrych koni. Potem przychodzi czas odchowu, zaplanowania ich kariery i osiągania wyznaczonych celów. Gdyby nie to, że wielu ludzi zrobiło świetną robotę, Shanghai nie byłby tym Shanghaiem, którego znamy. A dzięki niemu na pewno zmieniła się pozycja Equus Arabians na mapie hodowlanej. O wiele więcej osób nas odwiedza, pyta o nasz program hodowlany, o źrebaki, które zresztą chętnie pokazujemy, bo jesteśmy dumni z ich jakości. Poprzedni rok i ten okazały się pod tym względem zupełnie niesamowite.

M.L.: Shanghai sprawił, że śpisz na walizkach, przemieszczając się z kontynentu na kontynent. Jak znosisz ciągłe podróże? Zawsze byłeś globtroterem?

Ogierek Excalibur E.A. 2011 (Shanghai E.A. - Essence of Marwan E.A.), hod/wł. Equus Arabians, fot. Irina Filsinger
Ogierek Excalibur E.A. 2011 (Shanghai E.A. – Essence of Marwan E.A.), hod/wł. Equus Arabians, fot. Irina Filsinger

A.S.: Jestem urodzonym podróżnikiem. Uwielbiam poznawać ludzi, smakować inną kuchnię – lubię wszystko, co wzbogaca moją wiedzę o świecie. Oczywiście w tym roku podróżuję jeszcze intensywniej niż zwykle, co niewątpliwie bywa męczące dla kogoś, kto nie ma już osiemnastu lat. Ale zostało jeszcze wiele miejsc, do których mam nadzieję dotrzeć. Kiedyś podróżowałem dla przyjemności, turystycznie, lub w interesach. Właściwie zawsze miałem spakowaną walizkę. W moim biurze czekał na mnie na wszelki wypadek neseser z paroma koszulami na zmianę, bo często zdarzało się, że musiałem wyjechać gdzieś nagle w sprawach moich klientów. Dziś faktycznie to Shanghai jest głównym powodem moich podróży, lub też jego potomstwo. Np. jego roczny syn Excalibur E.A. (od Essence of Marwan E.A. po Marwan Al Shaqab) był w tym roku pokazywany na Bliskim Wschodzie, a teraz jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie weźmie udział w Czempionacie Narodowym USA w październiku, a w przyszłym roku w pokazach w Scottsdale i Las Vegas. Excalibur będzie niejako ambasadorem Shanghaia, bo na jego przykładzie dobrze widać, jakie cechy przekazuje jego ojciec. Bardzo sobie cenię kontakty z innymi hodowcami, wymianę doświadczeń, rozmowy, pozytywną energię. Pewnie nie byłoby tego wszystkiego, gdyby Shanghai został sprzedany. Bo choć każdego niemal tygodnia rozchodzi się plotka o jego sprzedaży, to ogier nadal pozostaje własnością Equus Arabians.

M.L.: Jak wielką motywację i siłę woli trzeba mieć, żeby odrzucić propozycje wielkich pieniędzy? Za Shanghaia proponowano przecież niemałe kwoty.

Klaczka Nayade EA 2012 (Shanghai E.A. - Naif E.A.), hod/wł. Equus Arabians, fot. Ricard Cunill, SiR Photography
Klaczka Nayade EA 2012 (Shanghai E.A. – Naif E.A.), hod/wł. Equus Arabians, fot. Ricard Cunill, SiR Photography

A.S.: Może potrzebna jest do tego odrobina szaleństwa… Ale motywacja jest następująca. Jeżeli pracujesz nad jakimś projektem przez wiele lat, poświęcając czas i wkładając ogromny wysiłek, a rezultat tej pracy okazuje się sukcesem, chcesz dzielić się nim z innymi. Za każdym razem, gdy pojawia się propozycja sprzedaży Shanghaia, stawiam warunek: zanim zaczniemy rozmawiać o pieniądzach, porozmawiajmy, po pierwsze, o respektowaniu już podpisanych kontraktów stanówkowych, a po drugie, o dalszej karierze hodowlanej konia. Gdyby miał od tej pory nie być powszechnie dostępny, to nie jestem taką propozycją zainteresowany. Nie mogę zawieść ludzi, którzy pokładają zaufanie w Shanghaiu i we mnie. Obawiam się też, że nikomu poza mną nie będzie zależało na realizacji mojej wizji. A jestem przekonany, że Shanghai ma szansę dołączyć do grona historycznych reproduktorów, które przyczyniły się do polepszenia rasy arabskiej i podniesienia jej na nowy, wyższy poziom. Gdy mówisz: Monogramm, od razu wiesz, jak jest jego wkład. Podobnie El Shaklan, czy Padrons Psyche. Jeśli więc pytasz o moje marzenie, to chciałbym, aby kiedyś, w przyszłości, imię Shanghaia natychmiast kojarzyło się z tym, co wniósł do hodowli. Żeby stał się mitem, legendą tej rasy. To jest mój cel.

M.L.: W minionym sezonie stanówkowym Shanghai był jednym z najmodniejszych reproduktorów na świecie, także w Polsce, gdzie sprzedała się rekordowa liczba stanówek. Niewiele osób zdaje sobie sprawę z tego, że to nie tylko wielki sukces, ale także skomplikowana logistycznie operacja.

Klaczka La Reina 2012 (Shanghai E.A. - Lamira), hod/wł. Equus Arabians, fot. Ricard Cunill, SiR Photography
Klaczka La Reina 2012 (Shanghai E.A. – Lamira), hod/wł. Equus Arabians, fot. Ricard Cunill, SiR Photography

A.S: Szczerze mówiąc, nie wyobrażałem sobie, że będzie to aż tak skomplikowane! Po pierwsze, wielki popyt to wielka presja. Po drugie, wybrałem drogę, która nie ułatwiła mi zadania. Są dwie metody sprostania oczekiwaniom w przypadku szerokiego oferowania stanówek. Pierwsza polega na tym, by pobierać jak najwięcej nasienia. Druga, by pobierać, jednak bez nadmiernej eksploatacji ogiera. Ponieważ chciałbym, by Shanghai pełnił rolę reproduktora jeszcze przez wiele lat, wybrałem drugą metodę. Zdecydowałem, że będzie skakał tylko dwa razy w tygodniu. To spowodowało, że podaż jest ograniczona. Gdy rozmawiałem o tym z innymi hodowcami, na ogół przyznawali mi rację. Ich nastawienie zmieniało się jednak radykalnie, gdy ich klacz wchodziła w ruję, a oni chcieli pokryć ją właśnie Shanghaiem. Wtedy zrozumienie szybko zmieniało się w żądanie natychmiastowego zapewnienia dostawy. Pojawiały się pretensje i żale. Argument, że półtora miesiąca temu byliśmy całkowicie zgodni, przestawał działać. W takim momencie zaczynają krążyć plotki, że nasienie nie jest dostępne, bo jest słabe. Tymczasem powód jest prosty – pobieranie dwa razy w tygodniu. Przekonałem się, że rozwijanie kariery hodowlanej ogiera jest jak bieg z przeszkodami, z tym że każda następna jest wyższa od poprzedniej. Ale naszym zadaniem jest pokonywanie tych przeszkód. Mam zresztą wrażenie, że wszelkie niedogodności, jakie mogą wynikać z ewentualnych opóźnień w dostawach, zostają zrekompensowane z chwilą przyjścia na świat źrebaka. Jak do tej pory, hodowcy są zachwyceni! Z wielu miejsc otrzymuję sygnały o doskonałych źrebiętach po Shanghaiu, a i w domu też nie narzekamy. Urodziła się nam np. absolutnie zachwycająca pełna siostra rocznej klaczki L’Emperatrice E.A. (od Lamiry). Nazwałem ją La Reina (Królowa). Zdaję więc sobie sprawę, że wielu ludzi chętnie by się ze mną zamieniło na moje problemy. Jak wiadomo, reproduktorów jest wiele i znakomita większość nie kryje poza swoją rodzimą stadniną.

M.L.: Jak twoje środowisko zawodowe – adwokackie – odnosi się do twojej pasji?

Shanghai E.A. w Paryżu, 2011, fot. Antonia Bautista
Shanghai E.A. w Paryżu, 2011, fot. Antonia Bautista

A.S.: Do niedawna, prócz najbliższych przyjaciół, niewiele osób ze środowiska wiedziało o mojej pasji. Właściwie dopiero sukces Shanghaia sprawił, że sprawa stała się głośna. Tak więc być może z jednej strony zacząłem uchodzić za ekscentryka, ale z drugiej, zacząłem też zbierać liczne gratulacje ze wszystkich stron. Myślę, że wielu ludzi szuka doskonałości w takiej czy innej dziedzinie i jest w stanie zrozumieć samą ideę, nawet jeśli w ogóle nie interesuje się końmi. Zauważyłem, że ludzie, wiedząc, że oddajesz się jakiejś pasji, sami też zaczynają dzielić się z tobą swoimi fascynacjami, czy jest to sztuka bonsai czy zbieranie monet. Otwierają się, co z kolei przekłada się na zacieśnianie kontaktów i znacznie bliższe relacje.

M.L.: Jak zdobywa się wsparcie tłumu ludzi? Widzieliśmy niesamowity entuzjazm, który towarzyszył występowi Shanghaia w Paryżu w ubiegłym roku. Tego się nie da kupić.

Ekipa i przyjaciele Equus Arabians z Shanghaiem E.A. w Paryżu, 2011, fot. Krzysztof Dużyński
Ekipa i przyjaciele Equus Arabians z Shanghaiem E.A. w Paryżu, 2011, fot. Krzysztof Dużyński

A.S.: Nie wiem, naprawdę nie wiem! To było całkowicie spontaniczne. Sądzę, że chodzi właśnie o dzielenie się swoją pasją z innymi. Oczywiście, koń się podobał, bez tego nie byłoby tych oklasków, tego ogłuszającego dopingu. Były osoby, które kompletnie ochrypły od skandowania imienia Shanghaia, a przecież nikt ich do tego nie zmuszał. Ale też miała na to pewnie wpływ nasza polityka otwartości, to, że Shanghai zawsze był dostępny dla odwiedzających naszą stadninę gości, że można było go dotknąć, pogłaskać i że szeroko oferowaliśmy stanówki, początkowo w bardzo niewygórowanej cenie, aby każdy mógł skorzystać. Doceniamy i szanujemy to, że Shanghai wzbudza zachwyt. Jest to zbiorowy sukces wszystkich tych, którzy byli i są z nami. Wielka lekcja, jaka płynie z tego, co się wydarzyło w Paryżu, polega na tym, że trzeba umieć dzielić się sukcesem. Wiele osób odebrało sukces Shanghaia jako swój własny. I o to właśnie chodzi.

M.L.: Czy masz świadomość, że rzuciłeś wyzwanie potężnym siłom? Czułeś się jak Dawid naprzeciwko Goliata?

Equus Arabians, fot. z archiwum prywatnego
Equus Arabians, fot. z archiwum prywatnego

A.S.: Nie, nie leży w mojej naturze rzucanie wyzwań, chyba że samemu sobie. Jestem nie tyle za rywalizacją, ile za dzieleniem się radością z dobrze wykonanej pracy. Pierwszy idę pogratulować zwycięzcy. Oczywiście mam głębokie przekonanie, że mój koń jest najlepszy – bez tego w ogóle bym nie zaczynał. Ale to jest gra, która ma swoje reguły i ja ich nie kwestionuję. Wiem, że rywalizując na tym poziomie, muszę mieć konia nie dwa razy lepszego od innych, ale trzy razy lepszego, jeśli mam zaistnieć. Jednak dla mnie nie zwycięstwa są priorytetem, lecz zbudowanie stadniny na światowym poziomie. Uważam, że już osiągnęliśmy bardzo wiele, ale możemy osiągnąć jeszcze więcej. Im bardziej zbliżasz się do doskonałości, tym bardziej jest ona w zasięgu ręki. Kiedy rozpoczynałem hodowlę, zdałem sobie sprawę, że muszę przede wszystkim unikać popełniania błędów. Że nawet jeśli nie osiągnę efektu, o jaki mi chodziło, to nie mogę sobie pozwolić na niską jakość. Czyli mogę wyhodować konia dobrego, bardzo dobrego lub doskonałego – ale nigdy złego. Ten cel zrealizowałem już kilka lat temu. Dlatego nie eksperymentuję zbyt wiele. Studiuję rodowody, analizuję wygląd klaczy, zagłębiam się w kwestie genetyczne – wszystko po to, żeby koń z Equus Arabians miał swoją markę.

M.L.: Jak wiele trzeba poświęcić, by realizować swoją pasję?

Albert Sorroca i autorka wywiadu Monika Luft, fot. Katarzyna Dolińska
Albert Sorroca i autorka wywiadu Monika Luft, fot. Katarzyna Dolińska

A.S.: Na pewno poświęca się czas, przez co nie możesz realizować się w innych dziedzinach. Następuje swoiste zawężenie możliwości. Ale jest coś pięknego w tym, że dajesz się pochłonąć swojej pasji. Poświęcenia ciążą mi więc bardzo mało. Ciążyłyby bardziej, gdyby nie radość, jaką czerpię z tego, co robię. Jeśli kiedyś okaże się, że poświęcenia przeważają nad radością i satysfakcją, będę musiał znaleźć sobie coś innego… Ale to chyba nie jest bliska perspektywa. Właśnie dziś, pijąc kawę, znalazłem klaczkę, która wydaje mi się doskonałą przyszłą partnerką dla Shanghaia, choć na razie ma zaledwie sześć miesięcy. Już jest moja, kupiłem ją natychmiast. Skoro jestem w stanie planować połączenia z kilkuletnim wyprzedzeniem, to chyba brak entuzjazmu na razie mi nie grozi.

Artykuł w wersji angielskiej do pobrania jako PDF»

 

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Reklama
Reklamy

Newsletter

Reklamy
Equus Arabians