Reklama
Mamy już program hodowli polskich arabów!

Felietony i recenzje

Mamy już program hodowli polskich arabów!

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email

Krzysiu – czy może lepiej „Ojcze Atamanie”! Masz zupełną rację, że to, co w Polsce zrobiono z arabem „Pure Polish”, jest do… tego, co miałeś na myśli. Jednak nie tylko Twój głos w tej sprawie jest głosem wołającego na puszczy. Mój już od dawna odbija się od decydenckich progów, jak groch od ściany.
Jeszcze w 2001r. ówczesny Minister Rolnictwa, Jarosław Kalinowski z PSL-u, zlecił Zespołowi ds. Hodowli, działającemu w obrębie PZHKA, opracowanie programu polskiej hodowli koni arabskich czystej krwi. W skład tego zespołu wchodzili: ś.p. Pani Izabela Zawadzka, Prof. Marian Budzyński i ja. Tak, byłam współautorem tego programu, choć pewna facebookowa hejterka usiłowała to podważyć. Na dowód tego załączam zdjęcie pierwszej strony oryginalnego maszynopisu, gdzie figurują nie tylko nasze trzy nazwiska, lecz także odręczna notatka Pani Izy dla mnie.

Trudno po tylu latach oceniać, z czyjej winy ten program pozostał tylko w maszynopisie i szybko, bo już od ok. 2006r., stał się „półkownikiem” – to nie błąd, nie kresowym pułkownikiem, lecz został odłożony na półkę, gdzie powoli zarastał kurzem. Nasze „wiodące stadniny” stopniowo rezygnowały z funkcji „banku genów” i z kultywowania historycznych, polskich rodów męskich rekomendowanych przez program. A było ich 7 – Bairactar or.ar., Krzyżyk or.ar., Koheilan Adjuze or.ar., Ilderim or.ar., Ibrahim or.ar., Kuhailan Haifi or.ar. i Kuhailan Afas or.ar. Wprowadzony w 1973r. przez og. Palas ród Saklawi I miał za zadanie dolew obcej krwi do naszego pogłowia, ale dolew wkrótce przeistoczył się w zalew, a zamiast przeciwdziałać spokrewnieniu – zaczął je zwiększać. Jak słusznie zauważyłeś – strach otworzyć lodówkę, żeby jakiś „Al Shaqab” nie wyskoczył!
Dopiero w 2016r., kiedy zostałam zaproszona do Rady ds. Hodowli Koni przy Min. Jurgielu, postanowiłam skorzystać z okazji i „odkurzyć” program. Niektóre jego treści zdążyły się tymczasem zdezaktualizować, więc stworzyłam zmodyfikowaną wersję, której tekst załączam. Została ona zaakceptowana przez Radę, ale następujące w późniejszych latach zmiany ministrów rolnictwa i prezesów stadnin nie rokowały w dobrym kierunku. Żadna ze stron areny politycznej nie wykazała zrozumienia dla konieczności kontynuacji hodowli „pięknych i dzielnych” arabów Pure Polish (które to określenie w krajach anglojęzycznych, zwłaszcza USA, poczynając od lat 70-i 80-tych stanowiło najwyższy superlatyw). Już jakiś czas temu, 8 listopada 2018, zostałam zaproszona na posiedzenie Sejmowej Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi, gdzie przedstawiłam, w formie multimedialnej prezentacji, zaktualizowaną wersję programu. Zostałam wtedy zaatakowana przez Anię Stojanowską w otoczeniu jej drużyny facebookowych hejterek. Zarzuciła mi dążenie do stworzenia w Polsce „skansenu”, próbowała mi imputować nawoływanie do „eliminacji” rodu Saklawi I, a ogiery z cennych rodów, o których napisałeś, że pozbyto się ich z państwowych stadnin i znalazły azyl w hodowli prywatnej, określiła jako „półwałachy”. Dziwny to zwrot w ustach zootechnika! Tymczasem, podobnie jak Ty, wnosiłam tylko o zachowanie proporcji (program zakłada również użycie ogierów z rodu Saklawi I, ale tak, by nie wyparł on innych rodów), a ogiery wybrakowane ze stadnin państwowych, używane przez hodowców prywatnych, proponowałam wydzierżawić przez stadniny, aby pobrać od nich nasienie dla uzupełnienia „banku genów”. Można to sprawdzić w pełnym zapisie przebiegu posiedzenia Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi nr 274, z dnia 8 listopada 2018r.

Chętnych do „przekręcenia hodowlanej wajchy” nie było także (i nadal nie ma) w „obozie dobrej zmiany”. Słusznie próbujesz poruszyć sumienia ekipy wycierającej sobie usta Polską, historią i tradycją. Ja też próbuję, i też bez skutku. Odbitki zaktualizowanej wersji programu rozdałam prawie wszystkim posłom i jednemu senatorowi PiSu, reprezentującym okręg wyborczy nr 7 (Biała Podlaska, Chełm, Zamość). I nic! Pewne szanse upatruję w podejmowanych co jakiś czas próbach wpisania polskich stadnin arabskich na listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. W 2019 powstało również Towarzystwo Hodowli Polskiego Konia Arabskiego, którego przedstawicielka, Hanna Sztuka, wystąpiła w zeszłym roku z apelem na posiedzeniu Senatu. Skutek – jak wyżej. Wygląda na to, że nikomu, poza garstką pasjonatów, nie zależy na ratowaniu ginących rodów męskich. Rodziny żeńskie, jak na razie, mają się dobrze, ale dotyczy to tylko rodzin założycielskich, bo niektóre linie utworzone w ich obrębie już zaczynają zanikać. Np. z Białki już po sezonie 2010 „wyskoczyła” linia Forty, reprezentująca rodzinę Ukrainki. A konie żyją krócej niż my i nowego sensu nabiera parafraza popularnego cytatu z wiersza ks. Jana Twardowskiego – „Spieszmy się używać ogiery, bo szybko odchodzą!”
A wyścigi? Tu twórca programu wyścigowego z 1927r., Bogdan Ziętarski, przewraca się w grobie. Od 1993r., kiedy zlikwidowano przedsiębiorstwo „Państwowe Tory Wyścigów Konnych”, w miarę postępującej prywatyzacji stajni wyścigowych, coraz bardziej oddalano się od wymogu „prób dzielności dla kolejnych roczników koni arabskich”. To, co się dzieje obecnie, z próbami dzielności nie ma nic wspólnego. Prywatni właściciele mają na celu tylko wygrane, toteż sprowadzają „francuzy”, przy których przedwojenne importy B. Ziętarskiego, wykluczone z udziału w gonitwach imiennych uchwałą zarządu THKA w 1937r., wyglądałyby jak championy. A udział „paraolimpiady”, czyli gonitw eksterierowych, jest coraz bardziej ograniczany – w kalendarzu gonitw na sezon 2021 przewidziano takich biegów tylko 14, i to tylko międzynarodowych, i tylko dla trzylatków. Z kim więc miałyby się ścigać konie o polskich rodowodach? Chyba nie ma się co dziwić, że hodowcy rezygnują z poddawania swoich koni treningowi albo przekrzyżowują je „francuzami”.
Na przykład stadnina janowska, której chlubą była sześciopokoleniowa rodzina kl. Sabellina 1954 (Abu Afas – Sabda), w której każdym pokoleniu trafiały się piękne i dzielne (w jednym) derbistki lub oaksistki, kryje ich wnuczki i prawnuczki biegającymi, lecz garbonosymi i o małych oczkach, „mastodontami”. Chodzi o to, jak tłumaczy trener i dżokej Siergiej Wasiutow, aby nie pozostać jedynie „tłem” dla koni innych hodowców. Tym sposobem jednak nie stworzy się już odpowiedników Sasanki, Sarenki czy Saszetki – otrzyma się może osobniki dzielne, ale na pewno nie piękne! A przecież te klacze dowiodły, że było to możliwe!
A przecież wyścigi eksterierowe mogłyby spełniać funkcję dawnych prób dzielności dla przychówku po zmianie ich formuły. Zamiast wymogu osiągnięć pokazowych przodków wystarczyłoby wprowadzić wymóg przynależności do któregoś z 7 rodów męskich i 15 rodzin żeńskich rekomendowanych w polskim programie hodowlanym. Takie właśnie rozwiązanie sugeruje program. Tak, że nie tylko warto, ale i trzeba, „pochylić się nad programem hodowli polskiego araba w oparciu o nasze historyczne rody”, bo taki program jest, tylko trzeba go wprowadzić do realizacji!
Do Twoich odpowiedzi na pytanie „po co nam polskie araby?” dodałabym jedną – najważniejszą. Ogiery i klacze pochodzące z historycznych, „programowych” rodów potrzebne są do tego, aby stworzyć bazę genetyczną, stado podstawowe, „warsztat” potrzebny do produkcji koni pokazowych i aukcyjnych, „podkładki” pod ewentualne kojarzenia towarowe dla celów komercyjnych, potrzebne dla ratowania wyniku ekonomicznego. Aby zawsze dysponować takimi „podkładkami”, konieczna jest stała reprezentacja wszystkich rodów i rodzin wskazanych w programie. Oczywiście dotyczy to stadnin umownie nazywanych państwowymi, aby mogły one pełnić funkcję banku genów. Prywatny hodowca inwestuje (i ryzykuje) własne pieniądze, więc ma prawo obrać dowolny kierunek hodowlany. Ale jeden i drugi sektor hodowli tworzy „naczynia połączone”, więc żadne źródło materiału genetycznego nie może wyschnąć, abyśmy nie byli skazani na import.
Nieraz hodowcy boją się kryć ogierami „Pure Polish”, pytając „A kto to kupi?” (tj. uzyskany przychówek). Na to można odpowiedzieć innym pytaniem – a kto kupi araby „zglobalizowane”, takie same jak na całym świecie, bo wskutek upowszechnienia inseminacji często po tych samych ojcach? Naszemu najlepszemu aukcjonerowi, Markowi Grzybowskiemu, często zagraniczni hodowcy zadawali takie pytanie – po co mieliby przyjeżdżać na aukcję „Pride of Poland”, jeżeli taki sam materiał znajdą u siebie i to taniej, bo odpadną koszty transportu?
„Globalizacja” pogrzebała unikatowość naszej hodowli, która kiedyś przyciągała na nasze aukcje kupców z całego świata. Da się to jeszcze odwrócić, dopóki żyją (choć niektóre tylko w małych, prywatnych stadninkach prowadzonych przez hobbystów) ogiery i klacze z ginących rodów. Po pierwsze trzeba więc wdrożyć program zakładający kontynuację historycznych polskich rodów i rodzin, aby ta „paleta” znów zakwitła wieloma barwami, a nie tylko jedną. Taki program jest, więc wystarczy sięgnąć po niego, niekoniecznie lewą nogą przez prawe ucho. Ale to nie wszystko – konieczny jest dobry marketing, bo nawet najlepszy towar sam się nie sprzeda. Jak słusznie zauważyłeś, Atamanie, promocja leży, a podaż rozmija się z popytem. Trzeba tylko uświadomić decydentom powagę sytuacji.

Zmodyfikowany program polskiej hodowli koni czystej krwi arabskiej

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Reklama
Reklamy

Newsletter

Reklamy
Equus Arabians