Reklama
Nie ma przepisu na hodowlę

Ludzie i Konie

Nie ma przepisu na hodowlę

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Roman Pankiewicz, fot. archiwum
Roman Pankiewicz, fot. archiwum

ROMAN PANKIEWICZ – w latach 50. hodowca w stadninie w Albigowej, gdzie urodził się epokowy ogier Bask (Witraż – Bałałajka/Amurath Sahib). W latach 60. pracownik SK Michałów. Autor wielu artykułów na temat historii i hodowli koni arabskich, publikowanych w kraju i za granicą. Spod jego pióra wyszły także książki poświęcone arabom, m.in. „Polska hodowla koni czystej krwi arabskiej 1918-1939” i „Rejestr polskich ogierów czystej krwi arabskiej” (2 tomy: 1944-1983 i 1983-1993).

Monika Luft: Żartuje pan, że to nie pan jest hodowcą Baska, lecz Pan Bóg. Skromność czy kokieteria?

Roman Pankiewicz: Jeden z moich przyjaciół powiedział do mnie kiedyś tak: twoja skromność jest fałszywa…. A ja żałuję do dzisiaj, że mu nie odpowiedziałem: twoja głupota jest nieograniczona!

M.L.: Ale przecież jest pan hodowcą Baska.

R.P.: Nie. Jakby to było możliwe do uzyskania przez ludzi, to by dziesięć takich Basków chodziło. A gdzie ma pani drugiego?

M.L.: Czyli to był czysty przypadek?

Bask, fot. public.fotki.com
Bask, fot. public.fotki.com

R.P.: Tak. Ale oczywiście my musieliśmy temu przypadkowi pomóc. Bask był mimo wszystko synem wspaniałej klaczy i wspaniałego ogiera. Ale Bałałajka z Witrażem dała bardzo dużo potomstwa, a każde z nich było w innym typie. Np. Bandola i Arfa. Obie w zupełnie odmiennym typie! Bandola dała dużo dobrych ogierów, Arfa dużo dobrych klaczy. A była jeszcze Bakalarka, cudowna, bardzo delikatna, śliczna kobyłka… Niestety, miałem już wówczas dwie córki Bałałajki i samą Bałałajkę. I Bakalarka poszła gdzieś w świat, a ja do dzisiaj nie mogę o niej zapomnieć.

M.L.: Została sprzedana?

R.P.: Poszła gdzieś do PGR-ów. Nie było dla niej miejsca. Naszym obowiązkiem było przedłużać wszystkie rodziny żeńskie. Bo jeśli zgubilibyśmy gdzieś ród czy rodzinę, to bylibyśmy jak malarz, który gubi kolor i jego malarstwo staje się o ten kolor uboższe. A i tak powiększało się tę liczbę klaczy… Kilka klaczy albigowskich wziął dyr. Ignacy Jaworowski do Michałowa. Być może Bakalarka, czy jej siostra Barcza, zostały wybrakowane w ten sposób, że gdy zeszły z toru, nikt ich nie widział. Mnie wtedy na torze wyścigowym nie było. Bo gdyby je ktoś zobaczył, to by je wziął do siebie. Barcza była duża, rosła, pasowałaby do Michałowa. A Bakalarka to było marzenie…

M.L.: Jak to się mogło stać, że takie klacze nie były wypróbowywane w hodowli? Wiadomo, że istniały „etaty” stadne, ale czemu brakowało ich dla doskonałych klaczy?

R.P.: Selekcję przeprowadzali inspektorzy, czyli hodowcy zatrudnieni w Zjednoczeniu Hodowli Zwierząt Zarodowych. Myśmy nie mieli wiele do gadania. A oni byli bardzo różni. Z niektórymi, tymi sprzed wojny, ludźmi o ogromnym doświadczeniu, jak Juliusz Kłoczowski czy Marek Piotrowski, rozmawialiśmy. Inni zaś przyjeżdżali, brakowali i jechali sobie. A gdybym ja mógł z takim inspektorem porozmawiać, tobym go nawet na kolanach uprosił, żeby Bakalarkę zostawił. Inspektorzy uważali nas za ludzi niemających pojęcia o hodowli i nie zadawali sobie trudu przedyskutowania z nami swoich decyzji. Wielka szkoda, bo może udałoby się coś więcej dla tej hodowli uratować. Między innymi dlatego odszedłem z Albigowej. Jaworowski, który był dyrektorem w Michałowie, gdy mu brakowano konie, mimo wszystko je u siebie zostawiał. Rok później konie wcielano do stadniny i jeszcze bardzo go chwalono. Niestety, konie wybrakowane z Albigowej kupili chłopi z powiatu miechowskiego, i one zostały stracone dla hodowli.

Roman Pankiewicz, fot. Krzysztof Dużyński
Roman Pankiewicz, fot. Krzysztof Dużyński

M.L.: Czy to pan nadał Baskowi imię?

R.P.: Tak. Starałem się zawsze, by konie miały krótkie, ładne nazwy, łatwe do tłumaczenia – bo już wtedy zaczynał się eksport. A Bask to dzielny mieszkaniec Kraju Basków w Hiszpanii. Jeden mój znajomy, który dużo podróżował, opowiadał, że Baskowie są bardzo pracowici. I tak koń został Baskiem. Imię to wyjątkowo do niego pasowało.

M.L.: Napisał pan, że gdyby dr LaCroix przyjechał jeden dzień później, nie zastałby już Baska ogierem. Dlaczego uznano, że nie nadaje się do hodowli? Kto zdecydował o jego wyeliminowaniu? Jak się czyta o jego wspaniałym typie i urodzie, aż trudno uwierzyć, że w Polsce, wśród znawców, tego nie dostrzeżono.

R.P.: W tamtych czasach dużo koni przychodziło z toru i masowo się je kastrowało. Trudno powiedzieć, że dyr. Andrzej Krzyształowicz się na nim nie poznał… Po prostu konie przyszły z toru, powiedział: kastrujcie, i po wszystkim. LaCroix zresztą też początkowo nie wiedział, jaką wartość reprezentuje Bask. On wówczas kupił wiele koni i przestraszył się, że ma ich za dużo. Chciał część sprzedać i proponował, wśród innych koni także Baska, pewnemu szwedzkiemu hodowcy. Za Baska zapłacił 3 tysiące dolarów, więc koń nie byłby drogi. Mimo to ów Szwed nie skorzystał z propozycji. Baska, który miał bardzo ładną głowę i szyję, zaczęto wysyłać na pokazy. I Amerykanie się nim zachwycili! Wygrał wszystko, nawet w zaprzęgu. Stanówka nim kosztowała 10 tys. dolarów.

M.L.: Dlaczego akurat ten koń, a nie inny, utrafił w swój czas?

Okładka książki Rejestr polskich ogierów czystej krwi arabskiej 19483-1993
Okładka książki Rejestr polskich ogierów czystej krwi arabskiej 19483-1993

R.P.: A jak pani trafiła na swego przystojnego mężczyznę? LaCroix wystawiał wtedy nie tylko Baska, także szereg innych polskich koni. A jednak tylko Bask zrobił aż taką karierę. Bo inne nie dawały takiego potomstwa, jak on. Gdy potomstwo Baska zaczęło wyróżniać się na pokazach, LaCroix kupił kawał ziemi, pobudował farmę w Kentucky i sprzedawał działki hodowcom koni arabskich. Powstało sporo farm wokół. I jeździł samochód po tych wszystkich farmach, zbierając klacze do krycia. Bask je krył, a wieczorem były rozwożone do domów. Swoją drogą, tam, w Kentucky, rośnie wyjątkowa trawa – nawet chciałem ją posiać tutaj i poprosiłem o nią, gdy byliśmy tam razem z Jaworowskim. I oni nam ją dali, mnie paczkę, i jemu paczkę. Ale potem Jaworowski mówi, a po co ci ona, daj mi ją, więc mu swoją oddałem, i chyba kury tę trawę zjadły, bo nigdy nie słyszałem, żeby ją posiał… A jest na pewno coś na rzeczy. Jak byłem w Rosji, na Syberii, zajmowałem się końmi, a było tam 20 tys. hektarów. I był tam kawał pola, z cudowną trawą; jak się ją rozgryzało, była słodka. Konie bardzo chętnie tę trawę jadły. Nie było w niej w ogóle chwastów, chociaż miejscowi twierdzili, że nikt jej nie siał, że sama z siebie rosła. Starałem się tak wybierać miejsca do wypasu, żeby konie jak najlepiej się najadły. I potem, nawet gdy dostały niedojrzałego owsa – a różnie bywało, czasem i za takie byliśmy wdzięczni – nigdy nie chorowały.

M.L.: Jak znalazł się pan na Syberii?

R.P.: Mój ojciec pochodził z tzw. „kułackiego” gospodarstwa. Leżało 16 km od Grodna, w powiecie augustowskim. Mój stryj kończył przed wojną weterynarię w Wiedniu. Ojciec był bardzo dobrym gospodarzem, a ożenił się z posażną córką młynarza. Część ziemi sprzedał, by pospłacać długi. Dorobił się potem na dzierżawach i kupił Kapłanowce. Gdy przyszli Rosjanie, musiał uciekać. Schronił się w Suwałkach, a my z mamą poszliśmy do wuja, który miał młyn. Pierwsza wywózka do Rosji była w lutym, druga w kwietniu 1940. Wtedy udało się mojej mamie uciec, tylnymi drzwiami, na bosaka, podczas gdy wuj raczył Rosjan wódką… Chcieliśmy przedostać się na stronę niemiecką. Ale zgarnęli nas z pociągu i wywieźli na Syberię. Tam spędziliśmy 6 lat; najpierw pracowałem w tajdze, przy wyrębie drzew, choć miałem dopiero 16 lat. Potem mama załatwiła mi pracę przy wywózce drewna. Gdy Sikorski podpisał rozejm ze Stalinem, wolno nam było poruszać się po całej Rosji, ale baliśmy się i zostaliśmy w tamtej okolicy. Wyjechaliśmy do sowhozu, zamienionym potem na konzawod – stadninę. Tam robiłem dosłownie wszystko, byłem i traktorzystą, i kombajnistą, i w kopalni pracowałem, i w oborze. Ale najtrudniejsze było dla mnie załadowanie na rosyjskie sanki, bardzo małe, pół tony siana albo słomy. Potem się nauczyłem, że należało używać dwojga sanek. Po jakimś czasie jeździłem już nimi sam. Jeszcze później zostałem koniuszym.

M.L.: Kiedy w pana życiu pojawiły się konie arabskie?

Ferha, fot. archiwum
Ferha, fot. archiwum

R.P.: Wszystko zaczęło się, gdy gdzieś w 1947 czy 48 roku kupiłem „Przekrój”, z artykułem Józefa Tyszkowskiego o Nowym Dworze. I ja sobie wtedy wymarzyłem araby. Poza tym, był też rejestr klaczy i tam wypatrzyłem albigowską karą arabkę Ferhę (Kuhailan Abu Urkub – Udżda/Kuhailan Kruszan, wyhodowana w Gumniskach). A ja uwielbiam kare konie. Kare konie wiozły mnie do chrztu… Wierzę w zbiegi okoliczności. Dzięki zbiegowi okoliczności dostałem się do Albigowej, a potem do Michałowa. Do Albigowej przyszedłem w 1951 roku. Pierwszy raz zobaczyłem wtedy araby na żywo.

M.L.: Skąd wzięło się zdjęcie Amurath Sahiba nad pana łóżkiem w 1949 roku?

R.P.: Byłem na praktyce w Posadowie. Koniuszym był tam Witalis Bielecki, w czasie wojny pracownik Janowa. I on kiedyś zachorował, a ja poszedłem go odwiedzić. I wtedy on wysypał zdjęcia koni, masę zdjęć – a ja się w tym jednym zdjęciu zakochałem. I on mi to zdjęcie dał, a ja zrobiłem powiększenie i powiesiłem je nad łóżkiem. Oddałem je potem do archiwum Polskiego Towarzystwa Hodowców Koni Arabskich. To zdjęcie zresztą wyjątkowo się udało, bo Amurath Sahib podobno aż taki piękny jak na tej fotografii wcale nie był.

Amurath Sahib, fot. archiwum
Amurath Sahib, fot. archiwum

M.L.: Jak wyglądały początki pana pracy w Albigowej?

R.P.: Pojechaliśmy z końmi na Służewiec, ale że albigowskie konie nie chciały biegać, więc nie chciano ich przyjąć. Ale kierownikiem stajni wyścigowych był wówczas Bolesław Orłoś, administrator Albigowej sprzed wojny, więc tak trochę przez protekcję poutykał po jednym koniu do każdej stajni i jakoś je upchnęliśmy. Wróciliśmy do domu, zebrałem masztalerzy i mówię tak: jeśli ktoś jest zdolny, to się uczy bez trudu. Jeśli ktoś nie ma zdolności, ale się przykłada do nauki, to też w końcu będzie umiał. Nasze konie genetycznie nie mają założenia wyścigowego, ale my im to musimy wyrobić poprzez ruch. I proszę sobie wyobrazić, że po czterech latach myśmy wszystko na torze wygrali… Tylko Sabelliny nie mogliśmy pokonać – to była cudowna kobyła. Ale poza tym, przez sześć lat chyba wszystko wygrywaliśmy. Tak ważny jest odchów. O wychowie źrebiąt pisał u nas Maciek Świdziński, pisałem i ja. Czekałem, aż ktoś jeszcze z kolegów opisze, jak te konie chowa, ale się nie doczekałem. Bo z wychowem źrebiąt było u nas zwykle tak, że źrebięta były odchowywane przez koniuszych czy podkoniuszych: w Michałowie na Podlesiu, w Janowie na Pożarach, w Posadowie w odległym folwarku zwanym Mokre Ogrody, w Racocie w Darłowie. Gdybym miał być znowu hodowcą, chyba na tamtym świecie, to bym chciał ogiery trzymać u siebie i samemu je odchowywać. Kiedyś dyrektor naszego Zjednoczenia, Stanisław Kurowski, powiedział na zebraniu tak: jeżeli hodowca koni ma jeszcze czas na cokolwiek poza hodowlą koni, to znaczy, że jest złym hodowcą. My natomiast mieliśmy wiele obowiązków. W Gogolewie były i obory, i owczarnie, i koniec końców, dla tych koni nie miałem wiele czasu. W Albigowej zrobiłem koniuszym chłopaka, nazywał się Kazio Sitek. Wszyscy zawsze twierdzili, że ludziom trzeba wydawać polecenia. A ja mówiłem tak: Kaziu, zanim coś zrobisz, najpierw się zastanów, czy można to zrobić lepiej czy nie. No i koniuszy był z niego fantastyczny.

M.L.: W Albigowej dosiadał pan Witraża. Ale wierzchowcem idealnym podobno nie był…

Witraż, fot. archiwum
Witraż, fot. archiwum

R.P.: On miał, jak wiadomo, trudne, wojenne dzieciństwo i był trochę przewrażliwiony. Np. gdy widział przy drodze pudełko po papierosach, odskakiwał w bok. A jest taka zasada, że gdy zachodzi obawa, iż koń się spłoszy, to się go zbiera cuglami i łydkami. A ja, jak zobaczyłem pudełko, to puszczałem wodze i łydki brałem od konia. I on głupiał, nie wiedział, co robić! Ja się dusiłem ze śmiechu, a on tak szedł jak gąsior i przyglądał się temu pudełku, przyglądał… I nie miał się czego przestraszyć. Z Witrażem różne były „szpasy” i jego potomstwo też bywało pod tym względem trudne. Mieliśmy takiego pracownika, ubeka – każdy zakład musiał takiego mieć. Kiedyś jechałem w delegację i chciałem Witraża przedtem przejechać, rankiem. Idę do boksu i ten masztalerz go siodła. Koń był wiązany na mocnym kantarze, ale mimo to stanął dęba, przewrócił się, a kantar rozleciał się w kawałki… Ubek stał obok. Gdyby cokolwiek mu się stało, mnie by za to zamknęli. Arab jest koniem wrażliwym i łatwo go zepsuć. Jest delikatny i czuły na wszystko. Koń zimnokrwisty ma inny charakter, wyprowadzić go z równowagi nie jest tak prosto.

M.L.: Pracował pan w ośmiu różnych miejscach – gdzie?

R.P.: Gdy zdałem maturę, chciałem pójść do koni – ale jako praktykant nie mogłem utrzymać siebie i mamy z oferowanych mi pieniędzy. Zostałem instruktorem w Liceum Rolniczym w Poznaniu i Szamotułach, które ukończyłem. Podczas zawodów w Poznaniu spotkałem Jaworowskiego, który był wtedy asystentem w Racocie. I on mnie ściągnął do Racotu. Gdy stamtąd odszedł, pracowałem jako inspektor hodowli koni w urzędzie wojewódzkim w Poznaniu. Ale ciągle mnie korciło, żeby wrócić do stadniny… W Albigowej nie było wtedy wolnego etatu, jednak po jakimś czasie się zwolnił. Pracowałem tam do 1958 roku. Potem przeniosłem się do Gogolewa. W 59 r. pojechałem do Michałowa na przegląd. Okazało się, że akurat zwolniło się tam miejsce i zostałem jako asystent. Ale miałem tam okropne, wilgotne mieszkanie, a jedna z moich córek bardzo chorowała. Lekarze stwierdzili, że to uczulenie na sierść koni. Wyprowadziliśmy się więc z Michałowa. Zamieszkaliśmy koło Częstochowy, gdzie z kolei była cementownia. I dopiero córka zaczęła chorować! Wtedy wiedzieliśmy już, że to nie z powodu koni. Poszedłem do Bogusławic, do Stada Ogierów, i zostałem 16 lat, aż do emerytury. A na emeryturze zacząłem pisać.

Okładka książki Polska hodowla koni czystej krwi arabskiej 1918-1939
Okładka książki Polska hodowla koni czystej krwi arabskiej 1918-1939

M.L.: I napisał pan siedem książek.

R.P.: Siedem i pół. Chciałbym jeszcze dokończyć książkę o klaczach albigowskich. Mam nadzieję, że się to uda.

M.L.: Najlepszy czas dla polskiej hodowli to czasy współczesne czy któraś z epok minionych?

R.P.: Wydaje mi się, że polska hodowla zrobiła wiele dobrego dla wizerunku Polski za granicą. Zaczęli do nas przyjeżdżać ważni ludzie z Ameryki, choć wcześniej myśleli, że u nas białe niedźwiedzie chodzą po ulicach. I szły nasze konie na cały świat! Nie wiem, czy jeszcze doczekamy w Polsce takiego okresu. Dzisiaj hodowla potrzebuje ogromnych pieniędzy; my takich pieniędzy nie mamy.

M.L.: Jak pan ocenia dzisiejszy stan hodowli w Polsce?

R.P.: Nasza hodowla jest bardzo ugruntowana, mocna genetycznie. Choć trudno ją zmienić w kierunku nowoczesnym, to jednak nasze klacze dają dobre potomstwo i są dzięki temu cenne. Są dobrym podkładem.

M.L.: Jak podsumowałby pan 20 lat polskiej hodowli prywatnej?

R.P.: To tyle co między rokiem 1919 a 1939. Ale w okresie międzywojennym konie hodowali ludzie, którzy mieli tradycje hodowlane, dziś natomiast w większości hodują je ludzie, którzy mają pieniądze, a to jest zasadnicza różnica. Poza tym, cóż, hodowla prywatna jest jak bańki mydlane; to się już zdarzało, choćby w USA, że wystarczył rozwód i już po hodowli.

M.L.: Czyli według pana te 20 lat to czas udany czy zmarnowany?

R.P.: Ani tak ani tak. Hodowla prywatna w Polsce współczesnej zaczęła się od kupowania ze stadnin koni wybrakowanych albo za tańsze pieniądze. A więc od materiału nie najlepszego. Często prowadzona jest przez ludzi, którzy nie mają wiele wiedzy na temat koni arabskich. To sprawia, że nasza hodowla prywatna jest na średnim poziomie, z kilkoma wyjątkami. Ale nie znaczy wcale, że mała hodowla nie może zaistnieć. Pamiętamy Kraśnicę. Przyszły tam dwie klacze. Jedna nie dała nic, ale za to druga! Ale też środowisko w okresie międzywojennym było inne, zintegrowane. Jedni drugim bardzo pomagali. Tak opowiadał mi o tych czasach Adam Sosnowski.

M.L.: Jak pan widzi przyszłość polskiej hodowli? Tysiąc klaczy arabskich – to dobrze czy źle?

R.P.: Uważam, że źle. Część z nich jest w niepowołanych rękach. W 1939 r. było 22 hodowców, którzy mieli po jednej klaczy, 12 miało po dwie, ośmiu po trzy, czterech po cztery, jeden miał pięć, dwóch miało siedem, dwóch osiem i jeden miał dziewięć. No i Janów miał dwadzieścia kilka. W sumie 164 klacze przypadały na ok. 60 hodowców. Jeździli kupować konie do Babolnej, do Jugosławii, do Anglii i nawet do Arabii. Ale o hodowli decyduje zbyt. Nie ma zbytu, nie ma hodowli. Czy będzie zbyt na potomstwo tysiąca klaczy? Wątpię.

M.L.: Największa pana satysfakcja jako hodowcy? Bask?

Faher, fot. public.fotki.com
Faher, fot. public.fotki.com

R.P.: Nie, Bask nie, bo nie był mojej hodowli. Ale miałem inne sukcesy. Wyjątkowym inspektorem był Juliusz Kłoczowski. I on przyjechał do Albigowej robić plan stanówki. Uprosiłem go, żeby Trypolis pokrył tę karą Ferhę. Chociaż one właściwie nie pasowały do siebie, ale jakoś miałem przeczucie, że to może być dobry ruch. Z tego połączenia urodził się Faher, który przedłużył słynny ród Krzyżyka. Poza tym, Gastronomia (Marabut – Ofirka/Ofir). Kilka razy była brakowana i ja ją z tego brakowania ratowałem. Odwdzięczyła się wspaniałymi końmi! Albo Elza (Rasim Pierwszy – El Zabibe/Rasim III), niepozorna kobyłka, która mnie jednak ogromnie się podobała. Niestety, zginęła tragicznie. Ale Celina, Ellora i Elżunia to jej córki przecież. Celina została czempionką w Anglii, Ellora dała mnóstwo wspaniałego potomstwa, Elżunię sprzedano bardzo szybko na Zachód. Tu trzeba coś poczuć. To jak z kobietami. Ja chodziłem do liceum w Poznaniu, żona do Rokietnicy. Spotkaliśmy się na zabawie. Popatrzyłem jej w oczy, zakochałem się… Nie wiem dlaczego. I 55 lat żyliśmy razem.

M.L.: Największe rozczarowanie hodowlane?

R.P.: Bardzo walczyłem o zakupienie Nabora. Linia Skowronka, wiadomo. Gdy go zobaczyłem, byłem oczarowany, cudowna, biała głowa i przepiękne, czarne oczy, chrapy… I dali mi go, bo tyle się o niego nawojowałem. Zacząłem mu się przyglądać. Gdy do nas przyszedł, było już po sezonie stanówkowym i wszystkie klacze były pokryte. I po roku obserwacji stwierdziłem, że na córki Witraża on się nie nadaje. Przyjechał Jaworowski, i ja mu mówię: bierz tego ogiera, bo on się nada na córki Amurath Sahiba. I on poszedł i dał z nimi wspaniałe potomstwo. To był początek linii „E”. A u mnie się nie zasłużył, choć go sobie wymarzyłem. W Albigowej najlepsze potomstwo dał z wnuczką Amurath Sahiba, ale ogierek ten urodził się już po odejściu Nabora do Michałowa.

M.L.: Najtrudniejsza decyzja?

R.P.: Odejście z Albigowej, od ukochanych koni, które sprawdziły się na torze i w hodowli. To wszystko rzucić i pójść, to nie było takie proste. Ale gdy zaczynałem hodowlę i byłem tylko praktykantem, miałem większe możliwości podejmowania decyzji, niż później, gdy zostałem zastępcą dyrektora. Wtedy okazało się, że nie mam nic do gadania. Eliminowano to, co ja chciałem zostawić. Dotacja była na klacz. Brakowało się źrebięta, żeby polepszyć sytuację finansową stadniny. Jednak ja wiązałem z tymi źrebiętami spore nadzieje. A one zostały wybrakowane… Załatwiłem sobie przeniesienie do Gogolewa. Wróciłem do arabów, gdy dowiedziałem się, że jest miejsce w Michałowie. Tu wszystkie koncepcje miał osobiście Jaworowski, byłem na to przygotowany i nie stanowiło to dla mnie powodu do frustracji.

M.L.: Koń pana życia to…?

Bałałajka, fot. archiwum
Bałałajka, fot. archiwum

R.P.: Bałałajka. Kochałem tę klacz. Ona miała w sobie coś takiego… Była przylepką, można się było do niej przytulić, pogłaskać. Nigdy nikomu nie zrobiła najmniejszej krzywdy.

M.L.: Hodowla to praca, pasja czy męka? A może powołanie?

R.P.: Będzie się pani śmiać – odpowiem, że męka. Bo cokolwiek robię innego, mogę mniej więcej przewidzieć, jaki będzie efekt. A tu nie mam żadnej pewności. Bałałajka z Witrażem dała dziewiątkę potomków, a każdy był inny! Jakbym się miał jeszcze raz urodzić, nigdy w życiu nie podjąłbym się hodowli koni… Jednocześnie z końmi hodowaliśmy bydło. I tym się upajaliśmy! Brało się dobrego buhaja, karmiło się krowy i już się miało efekt. A konie się hodowało, hodowało, i bez efektu, mimo że człowiek miał jak najlepsze chęci, i z wiekiem nabierał wprawy. Jeśli rzemieślnik coś robi, z czasem staje się coraz lepszy. Jak się będzie dużo uczył, zostanie czeladnikiem, potem może mistrzem. Ale artysta musi być stworzony przez Boga. Tego nabyć nie można. Dla mnie takim artystą był Maciej Świdziński, który w Golejewku hodował konie pełnej krwi angielskiej. Był nim włoski hodowca Federico Tesio. Gdy zmarł, konie zostały, ale sukcesy się skończyły, bo zabrakło jego ręki.

Okładka książki Siedmiu wspaniałych
Okładka książki Siedmiu wspaniałych

M.L.: Napisał pan we wstępie do książki „Siedmiu wspaniałych”: Jestem wdzięczny losowi, że udało mi się spotkać w życiu tyle wspaniałych ogierów. Nie wiem, czy spotkałem tylu wspaniałych ludzi. Zabrzmiało to trochę gorzko…

R.P.: Jeżeli chodzi o ludzi, o których mogę powiedzieć, że byli hodowcami, z którymi znajdowałem wspólny język, to byli to: Juliusz Kłoczowski, inspektor, Marek Piotrowski, naczelnik Wydziału Hodowli Koni, hipolog Adam Sosnowski, przez 25 lat inspektor hodowli koni w Sopocie, dyr. Andrzej Krzyształowicz, dyr. Ignacy Jaworowski. Ale hodowla to jest wizja autorska. Tyszkowski użył Cometa, ale w Janowie Comet pokrył tylko 5 klaczy i od razu odszedł do Michałowa, bo Krzyształowiczowi nie odpowiadał. Jak wiadomo, Krzyształowicz Monogramma też nie użył. Nawet nie chciał oglądać filmu z tym koniem, wyszedł z sali. Jaworowski z kolei nie użył Czorta ani razu. Ja uważam, że jeżeli będziemy używać podobne z podobnym, to się urodzi podobne. Jeżeli użyjemy inne z innym, to jest szansa, że coś ciekawego wyjdzie. Najlepszym przykładem Witraż. Ojciec kuhailan stuprocentowy, a matka saklawi, Makata po Fetysz. I wyszedł koń, który był nie tylko piękny, ale i dawał dobre potomstwo. Tak więc hodowla jest nieprzewidywalna. Niech się nie wydaje nikomu, że ma jakiś przepis na hodowlę. Nie ma nic takiego!

Artykuł w wersji angielskiej do pobrania jako PDF»

Przeczytaj artykuł Romana Pankiewicza w naszym dziale Hodowla: Klacze babolniańskie i ich wpływ na współczesną polską hodowlę

Artykuły Romana Pankiewicza opublikowane w „Kurierze arabskim” (wybór):

Droga do sukcesu – stadnina koni Michałów
Dobór ogiera
Jakiż stwór Boży świata śmiertelnego piękniejszy być może od konia?
O pokazach i wystawach słów kilka

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Reklama
Reklamy

Newsletter

Reklamy
Equus Arabians
Ta strona korzysta z ciasteczek aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.