Reklama
Gdy tylko pierwszy raz otworzyłem oczy, ujrzałem konie

Ludzie i Konie

Gdy tylko pierwszy raz otworzyłem oczy, ujrzałem konie

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Szejk Hamad Bin Ali Al Thani z Munirą Al Rayyan (Ansata Sokar - Bint Mesoudah M HP), Al Rayyan Farm 2015. Fot. Monika Luft
Szejk Hamad Bin Ali Al Thani z Munirą Al Rayyan (Ansata Sokar – Bint Mesoudah M HP), Al Rayyan Farm 2015. Fot. Monika Luft

SZEJK HAMAD BIN ALI AL THANI, od lutego 2015 menedżer Al Rayyan Farm, jednej z najstarszych i najważniejszych stadnin w Katarze.

Wraz z Szejkiem Hamadem dla Al Rayyan zaczyna się nowy rozdział. Szejk Hamad, jeden z twórców potęgi Al Shaqab, przez 17 lat był głównym hodowcą i menedżerem stadniny, która dała światu m.in. dwa spośród najsłynniejszych ogierów arabskich – Gazala Al Shaqab i jego syna Marwana Al Shaqab. Dziś trudno wyobrazić sobie współczesną hodowlę bez tych dwóch czempionów, które stały się legendą za życia. Szejk Hamad Bin Ali Al Thani całe swoje życie spędził wśród koni; zaczynał od własnej, niewielkiej stadniny w Egipcie, zanim w 1992 został mianowany przez ówczesnego Emira Kataru, Szejka Hamada Bin Khalifa Al Thani, dyrektorem Al Shaqab Stud. Po przerwie spowodowanej chorobą powrócił do pracy, która jest jego pasją – do hodowli koni arabskich. Al Rayyan (polska pisownia to Ar-Rajjan), miasto, które ściśle przylega do stolicy kraju Ad-Dauhy, i które dało swą nazwę stadninie Al Rayyan, jest dla Katarczyków miejscem szczególnym. To tutaj rozegrała się historyczna, zwycięska bitwa przeciwko Turkom, po której musieli oni opuścić tereny Kataru. Jego nazwa oznacza „źródło nawodnienia”, a według islamu to również „drzwi do nieba” lub „jedna z bram raju”. To tutaj znajdują się tereny sportowe Aspire Dome, z górującą nad okolicą trzystumetrową Aspire Tower (The Torch Doha), projektu Hadiego Simaana. Tu swą siedzibę ma Qatar Foundation oraz Racing and Equestrian Club. I tutaj swój dom mają konie z Al Rayyan Farm, z seniorem stadniny, 19-letnim dziś multiczempionem Ashhalem Al Rayyan (Safir – Ansata Majesta/Ansata Halim Shah). Po stadninie oprowadza nas osobiście Szejk Hamad Bin Ali Al Thani.

Monika Luft: Pana miłość do koni wzięła się z rodzinnej tradycji?

Sz. Hamad Bin Ali Al Thani: Trudno mi powiedzieć, kiedy zacząłem interesować się końmi… Gdy tylko pierwszy raz otworzyłem oczy, ujrzałem konie.

M.L.: To było tutaj, w Ad-Dausze?

H.A.T.: Tak. Kochałem konie, jak każde dziecko w tamtym czasie. Konie były w stajniach, a my bawiliśmy się w ich sąsiedztwie. Dla nas, dzieci, były one po prostu czymś dużym i zawsze obecnym.

M.L.: Miał pan już wówczas własnego konia?

Jordania, lata 90. Fot. z archiwum Szejka Hamada Bin Ali Al Thani
Jordania, lata 90. Fot. z archiwum Szejka Hamada Bin Ali Al Thani

H.A.T.: Ja nie, ale moi kuzyni tak. Tak więc najpierw tylko bawiłem się wśród koni, a potem w naturalny sposób zacząłem na nich jeździć – na oklep, jak beduini. Miałem wtedy około siedmiu lat. By otrzymać pozwolenie na jazdę, zwłaszcza na dobrych i znanych wierzchowcach, wykonywałem różne prace stajenne. Tak bardzo kochałem konie, że gdy tylko mogłem, zapisałem się do Federacji, by zostać zawodowym jeźdźcem. Zacząłem się ścigać, podobnie jak pozostali moi koledzy z Klubu. To były czasy, gdy wyścigi koni arabskich były nowością w Katarze. Najlepsi jeźdźcy pochodzili z Wielkiej Brytanii; poznałem przy tej okazji sporo Brytyjczyków. U nich wyścigi płaskie były już bardzo rozwinięte, mieli dobrze ułożony program wyścigowy. W późniejszym okresie podróżowałem również do Polski, Rosji i Francji, ale na początku najważniejsza była dla nas Wielka Brytania, ponieważ mogliśmy tam kupować nieruchomości. Stąd też Katarczycy znali ten kraj lepiej niż inne. Miałem jakieś 13-14 lat, gdy pojechałem do Wielkiej Brytanii po raz pierwszy.

M.L.: Chodził pan tam do szkoły?

H.A.T.: Nie, uczęszczałem do szkoły w Katarze, ale spędziłem trochę czasu w Cambridge, ucząc się języka angielskiego. Potem kupiłem w Wielkiej Brytanii konie arabskie z przeznaczeniem do wyścigów, ale okazało się, że ich uroda przewyższa ich talent do biegania. Były wyjątkowe piękne, doprawdy nie wiem, czemu wybrałem je do wyścigów… Oczywiście nic nie wygrały. Wtedy zrozumiałem, że nie mam zmysłu wyścigowego. Mimo to nadal lubiłem wyścigi, więc zacząłem trenować konie i przygotowywać je do startów. Niestety nie odniosłem na tym polu żadnych sukcesów.

M.L.: Tak więc w końcu postawił pan na urodę konia.

Safir Al Rayyan (Ashhal Al Rayyan - RN Farida), Al Rayyan Farm 2015. Fot. Monika Luft
Safir Al Rayyan (Ashhal Al Rayyan – RN Farida), Al Rayyan Farm 2015. Fot. Monika Luft

H.A.T.: Tak, szybkość u koni okazała się nie być dziedziną, w której byłem najmocniejszy… Następnym kierunkiem był dla nas Egipt. To już był wyższy poziom zaangażowania. Odkrywałem go wraz z szejkiem Abdulazizem Al Thanim, moim przyjacielem i największym nauczycielem oraz szejkiem Nawafem Nasserem Bin Khaled Al Thanim, który był dla mnie jak starszy brat i z którym wspólnie rozpoczynaliśmy jeździć konno w Ad-Dausze. Wybraliśmy się do Egiptu, ponieważ byliśmy wielbicielami linii żeńskiej klaczy Yosreia, matki wspaniałego Aswana. Poza tym ten typ konia był bliski mojemu wyścigowemu doświadczeniu – konie w dużych ramach, dobrze się ruszające. Właśnie te cechy do mnie najbardziej przemawiały. Co ciekawe, nigdy wcześniej nie patrzyłem na konia z poziomu ziemi, zawsze widziałem go z pozycji siodła. Potrafiłem określić kształt jego szyi czy sposób noszenia ogona, siedząc na jego grzbiecie. Doskonale orientowałem się, jakie ma nogi, choć przecież z góry ich nie widziałem.

M.L.: Pamięta pan swojego pierwszego konia?

Poblano 1994. Fot. z archiwum Szejka Hamada Bin Ali Al Thani
Poblano 1994. Fot. z archiwum Szejka Hamada Bin Ali Al Thani

H.A.T.: To była klacz Yosra (po Shaarawi) ze stadniny Hamdan Stables, kupiona w 1987 lub 1988. W tym mniej więcej czasie zacząłem interesować się rodowodami, nie tylko jazdą konną. Pokryłem tę klacz egipskim Shadwanem i otrzymałem z tego połączenia przyjemną kasztanowatą klaczkę, która wygrała klasę na swoim pierwszym pokazie w Katarze. Później na niej jeździłem, co wprawiało każdego w osłupienie. Ale ja jestem jeźdźcem! Moim zdaniem koń, nawet pokazowy, powinien być regularnie dosiadany. Następna moja klacz była w dużych ramach, cała w hreczce; wywodziła się z rodu og. Hadban. Nie miała wklęsłego profilu głowy, za to mogła się poszczycić pięknym okiem. Później, gdy swoją działalność rozpoczęła Fundacja (Qatar Foundation), zaczęliśmy kupować konie dla Jego Wysokości Szejka Hamada Bin Khalifa Al Thaniego. Wybrał mnie, bo byłem młody, zainteresowany końmi i pochodziłem z tego samego klanu. Zaproponował mi przejęcie sterów w hodowli. Początkowo sprowadzaliśmy konie z Egiptu, a później również z Tierska w Rosji, co było tutaj całkowitą nowością. Nasze nabytki były pierwszymi rosyjskimi końmi w Katarze! W tej grupie były trzy klaczki, jedna z nich to kasztanowata córka Balatona Malvina, dobra matka, a do tego zwyciężczyni na torze. Te konie naprawdę chwytały mnie za serce. Miały i pokazową charyzmę, i szybkość; można było na nie liczyć w obu tych dziedzinach. Wielu ludzi, obserwując nas, zaczęło sprowadzać rosyjskie konie pod kątem wyścigowym, na co my odpowiedzieliśmy zakupem koni francuskich. Pamiętam, jak któregoś dnia w klubie (QREC) Jego Wysokość zapytał mnie: co to jest za koń? Czy to koń czystej krwi? Odparłem, że to arab francuski. Na co on: to niemożliwe, to musi być inna rasa. Od tego momentu przestaliśmy sprowadzać konie francuskie do wyścigów. Jednak po jakichś sześciu latach, konie francuskie znów zaczęły napływać, bo ludzie po prostu chcieli wygrywać. Jego Wysokość pozwolił na to; zawsze jest otwarty na potrzeby ludzi, nawet jeśli nam akurat francuskie konie się nie podobają. Zresztą mnie nadal się nie podobają! W 1991 r. polecieliśmy do Stanów Zjednoczonych. Przeżyliśmy szok! Zobaczyliśmy całkowicie inny świat i inne podejście do konia arabskiego. Nigdy wcześniej nie widzieliśmy ogolonych czy wysmarowanych oliwką koni. Znaliśmy wyłącznie naturalny sposób prezentowania koni, bez żadnego ogłowia. Dopytywaliśmy się o wszystko jak dzieci: co to jest? Co tu się dzieje? Nie byliśmy w stanie dotykać koni z powodu nadmiaru oliwki. Byliśmy naprawdę zdumieni, nie umieliśmy sobie wytłumaczyć, po co to wszystko. Nie rozumieliśmy konieczności stosowania substancji drażniących. Nigdy tego nie robiliśmy.

M.L.: To zabronione!

Jordania 1993. Fot. z archiwum Szejka Hamada Bin Ali Al Thani
Jordania 1993. Fot. z archiwum Szejka Hamada Bin Ali Al Thani

H.A.T.: Owszem, lecz my po raz pierwszy w ogóle dowiedzieliśmy się o istnieniu takich praktyk. I jeszcze ta poza, ustawianie konia jak posągu, również była dla nas wielkim zaskoczeniem. Znaliśmy pokazy egipskie, gdzie wszystko przebiegało chaotycznie, ludzie krzyczeli, ostrzegając się, że właśnie nadchodzi ogier! A tutaj ogiery były bardzo łagodne, każdy mógł je pogłaskać, dać kostkę cukru. Nie były w najmniejszym stopniu groźne, nie kopały, nie rzucały się na ludzi z zębami. Byliśmy naprawdę zadziwieni. No i oczywiście zdaliśmy sobie sprawę z wagi marketingu związanego z tym biznesem. Po raz pierwszy zobaczyliśmy, jak to działa, jak się promuje konie, jak zawiera transakcje. To wtedy zostaliśmy przedstawieni Michaelowi Byattowi, w 1992 roku. A już we wrześniu tego samego roku zainicjowaliśmy profesjonalną hodowlę w Al Shaqab.

M.L.: I tak zaczął się nowy rozdział.

H.A.T.: Podeszliśmy do tego zadania bardzo serio i niezwykle profesjonalnie. Wcześniej wszystko to było bardziej przyjemnością i zabawą, ale od 1992 roku stało się poważną sprawą.

M.L.: Ile koni kupiliście wówczas w Stanach Zjednoczonych?

H.A.T.: Dziewięć. Zanim przyszła do nas trójka rosyjskich klaczek z Tierska, mieliśmy tylko konie czysto egipskie. Czempionkę klaczy Imperial Phanilah (po Ansata Imperial), jej siostrę Imperial Impharida, doskonałą matkę, oraz ogiera Sabiell (po Nabiel), przyszłego wiceczempiona świata. Najpierw pokazaliśmy je w Stanach Zjednoczonych na imprezie Egyptian Event, gdzie zdobyliśmy najwyższy tytuł, a następnie przywieźliśmy je do Kataru. W 1993 r. pojechaliśmy na podbój Paryża, gdzie Sabiell zdobył wiceczempionat. W 1994 r. Phanilah została okrzyknięta Czempionką Świata Klaczy i otrzymała najwyższą notę pokazu. To jedna z najpiękniejszych klaczy w historii rasy.

M.L.: Rzeczywiście bardzo udany początek!

H.A.T.: Phanilah była niezwykłą klaczą. Wystarczyło spojrzeć jej w oczy, by zrozumieć, że nie jest po prostu zwierzęciem. Bardzo żeńska, w hreczce, natychmiast pragnęło się jej przyznać same „20”. Nie ruszała się zbyt dobrze, ale na stój widać było jej naturalne piękno – prawdziwy dar pustyni.

M.L.: Właśnie tego szuka pan w koniu: pustynnego piękna?

Szejk Hamad Bin Ali Al Thani, Al Rayyan Farm 2015. Fot. Monika Luft
Szejk Hamad Bin Ali Al Thani, Al Rayyan Farm 2015. Fot. Monika Luft

H.A.T.: Tak, zawsze zwracam uwagę na piękną głowę i prawidłowy pokrój. Oraz oczywiście na rodowód. Jestem w stanie powiedzieć, czy koń się rusza czy nie, patrząc jedynie na jego pochodzenie. Być może nie ruszy się dziś. Większość koni egipskich nie pokazuje w pełni swojego ruchu w krytej hali; potrzebują przestrzeni. Za to na zewnątrz pokazują, co potrafią. W przypadku polskich koni zazwyczaj dobrze ruszają się te, które mają w swoim rodowodzie Aswana.

M.L.: Jak odkrył pan klacz Kajorę?

H.A.T.: Mieliśmy dużo szczęścia. Kupiliśmy ją ze stada Gucciego, gdy ten zbankrutował. Przebywaliśmy akurat w Stanach Zjednoczonych. Michael Byatt naprawdę dobrze się spisał! Pokazał mi konie i podpowiedział, że być może będą na sprzedaż. Po powrocie do Ad-Dauhy odebrałem od niego telefon o czwartej nad ranem z informacją, że Kajora będzie dziś licytowana. Spytał, czy jestem zainteresowany. Byłem i dałem mu zielone światło, by licytował w moim imieniu. Na tej aukcji sprzedawano najlepsze konie świata – m.in. czempionki USA Kajorę i Shahteynę (po Bey Shah), czy PR Padrons Jewel (po Padron). Łącznie kupiliśmy 13 koni. Muszę się przyznać, że miałem szansę, by kupić ogiera Anaza El Farid… To zaniechanie było jednym z największych błędów mojego życia! Do wyboru miałem dwa ogiery – jednego za 50 tysięcy i Farida za 90. Wybrałem tańszego. Jednak potem nadarzyła się kolejna okazja z Faridem i tej akurat nie zmarnowałem. Kajora była akurat w rui i Michael zaproponował, by pokryć ją Faridem. Zgodziłem się, a z tego połączenia urodził się Gazal Al Shaqab.

M.L.: Na czym polega jego wyjątkowość?

H.A.T.: Jest całkowicie inny od wszystkich koni, z którymi miałem do czynienia. Wspomnę jeszcze tylko, że przed Gazalem kupiliśmy ogiera Ansata Halim Shah (po Ansata Ibn Halima) od Judith Forbis. Przyjechał do Ad-Dauhy, ale niestety mieliśmy pecha. Był z nami pół roku, po czym spróbował przeskoczyć ogrodzenie i złamał nogę. Takie rzeczy mogą się niestety zdarzyć w każdej stadninie… Ale wracając do Gazala. Jest wyjątkowy przede wszystkim ze względu na swoje pochodzenie. Otrzymał wszystko co najlepsze od polskich i egipskich przodków. Niektórzy twierdzą, że „golden cross” to połączenie linii hiszpańskich z egipskimi. Moim zdaniem to nieprawda. Sukces osiąga się, krzyżując polską krew z egipską; widać to niemal wszędzie. Dzieje się tak, ponieważ linie polskie są „lżejsze” od hiszpańskich. Koń hiszpański jest ciężki i nawet dolew egipskiej krwi nie jest w stanie dodać mu szlachetności. To bardzo trudne. Takie połączenie potrafi dać ładne oko, ale nie kompletnego, poprawnego konia – szyja i kościec nadal będą zbyt ciężkie. A Gazal? On jest dla nas prawdziwym darem. Osobiście jestem przekonany, że konie są darem dla ludzi od Boga. Uważam, że konie są zdolne żywić do nas najgłębsze uczucia. Zależy im na nas, potrafią nas rozpoznać po sposobie chodzenia – to niezwykła, wyjątkowa relacja. Jeśli nie wierzysz w konie, nie kochasz ich, ten dar się marnuje.

M.L.: To dlatego stadnina Al Shaqab tak szybko odniosła sukces, że ten dar został doceniony?

H.A.T.: Być może. Znam wielu hodowców z całego świata i setki koni, które nie dały niczego szczególnego. Stadnina Al Shaqab jest inna. Byliśmy młodzi, nie mieliśmy zbyt dużej wiedzy. Choć mieliśmy zaufanie do naszych współpracowników, takich jak Michael Byatt, to i tak do końca nie wiem, czemu akurat nam się poszczęściło. Niemniej rzeczywiście udało nam się osiągnąć doskonałe rezultaty.

M.L.: Czyli szczęście też się liczy.

H.A.T.: Zdecydowanie tak. Przyświecała nam również idea wsparcia dla ludzi w Katarze. Stadnina była otwarta dla każdego Katarczyka, który chciał się od nas uczyć hodowli, zasięgnąć porad dotyczących np. transportu, czy innych dziedzin. Pomagaliśmy weterynarzom doskonalić swoje umiejętności. Nawet rozdawaliśmy konie, każdego roku ok. 30-40 koni. A gdy ty dajesz innym, Bóg daje tobie.

M.L.: Jak pan odkrył Polskę i polskie konie?

Michałów 1994. Fot. z archiwum Szejka Hamada Bin Ali Al Thani
Michałów 1994. Fot. z archiwum Szejka Hamada Bin Ali Al Thani

H.A.T.: Po pobycie w Stanach Zjednoczonych pojechaliśmy do Polski, gdzie ujrzeliśmy niezwykłą relację pomiędzy koniem a człowiekiem. A także zupełnie odmienny sposób pracy z końmi. Dla mnie Polska to odrębny hodowlany styl, który trwa od wieków. Wszystko tu jest poukładane i odbywa się według wypracowanych zasad. I, dodatkowo, nigdy wcześniej nie widzieliśmy setek klaczy zgromadzonych w jednej stajni.

M.L.: Odwiedziliście Janów Podlaski i Michałów?

H.A.T.: Byliśmy zarówno w Janowie, jak i w Michałowie. Miałem okazję poznać obydwu dyrektorów, Krzyształowicza i Jaworowskiego. Byłem ich gościem, opowiadali mi o koniach. Mniej więcej w tym czasie zacząłem sędziować pokazy, m.in. w Polsce, dlatego spędziłem z nimi sporo czasu. Uważam, że miałem wielkie szczęście.

M.L.: Co najbardziej pana zaskoczyło?

H.A.T.: Gniade konie. Nie przyszło nam nigdy do głowy, że gniade konie mogą dać coś dobrego, skupialiśmy się zawsze na siwych. A tu okazało się, że Polacy hodują bardzo dobre konie, zarówno siwe, jak i gniade. Dla mnie polska hodowla przewyższała egipską. W Egipcie było wielu drobnych hodowców, a każdy z nich miał własne koncepcje. Władze państwowe zagubiły ogólną wizję hodowli, straciły na nią wpływ, wyprzedano wszystko co najlepsze. Natomiast w Polsce podstawą hodowli było planowanie. Oni wiedzieli, jak sprzedawać konie, oraz które mogą sprzedać, a które powinni jeszcze zostawić. Wszyscy chcieli kupować polskie konie, ale gdyby je wtedy wyprzedano, skąd wzięłoby się następne pokolenie? Podziwiam w polskich hodowcach to, że wiedzą, które konie należy zostawić, by uzyskać dalszy postęp w hodowli.

M.L.: Kto wpadł na pomysł wydzierżawienia Gazala Al Shaqab do Polski?

H.A.T.: Pomysł wyszedł od polskich dyrektorów, a ja uznałem, że to świetna idea. W tamtym czasie byłem początkującym hodowcą, z zaledwie 5-letnim doświadczeniem. Wydzierżawienie Gazala do Polski, gdzie mógł pokryć setkę klaczy, było czymś rewelacyjnym. U mniejszego hodowcy to by się nie udało. Poza tym było to dla mnie szansą na zaistnienia na światowej scenie hodowlanej i zyskania renomy. A przede wszystkim liczyłem na dobrą promocję Kataru zagranicą.

M.L.: Czy spodziewał się pan aż tak dobrych rezultatów tej decyzji?

H.A.T.: Matką Gazala była polska Kajora, więc wiedziałem, że połączenie jego krwi z polskimi liniami będzie dobrym rozwiązaniem. Ale nie spodziewałem się, że aż do tego stopnia! Polacy wiedzieli co robią. Byłem i do dziś jestem bardzo zadowolony z tej decyzji. Oczekiwałem więcej od Gazala niż potem od Marwana. Cały czas jestem bardziej przekonany do Gazala niż do jego syna. Typ ojca bardziej mi odpowiada.

M.L.: Gdy widzi pan córki Gazala, od razu rozpoznaje pan, po jakim są ogierze?

H.A.T.: Rozpoznam każde potomstwo Gazala ze stu metrów. Nawet wczoraj zobaczyłem konia, co do którego mogłem przysiąc, że ma w rodowodzie Gazala – i miał!

M.L.: Czuje się pan spełniony jako hodowca?

H.A.T.: Nie uważam się za hodowcę. Hodowca powinien stworzyć własną linię. Ja nie mam jeszcze własnego znaku rozpoznawczego. Fakt, wyhodowałem najlepszego ogiera. Ale tylko tyle.

M.L.: Kto w takim razie może według pana nazwać się hodowcą?

Szejk Hamad Bin Ali Al Thani podczas 5. Qatar Int. Arabian Horse Show, Straight Egyptians. Fot. Monika Luft
Szejk Hamad Bin Ali Al Thani podczas 5. Qatar Int. Arabian Horse Show, Straight Egyptians. Fot. Monika Luft

H.A.T.: Ktoś, kto poświęci życie stworzeniu jednej linii. I gdy to, co hoduje, jest dobre. To tak jakby mieć własną fabrykę i wytwarzać jeden konkretny produkt. W stadninie Al Shaqab wytwarzamy różne „produkty”. Dysponowaliśmy różnymi liniami. Odnieśliśmy sukces, ponieważ wiele zaryzykowaliśmy. Myślę, że to Bóg dał mi ten „szósty zmysł” do koni. Weźmy dla przykładu matkę Kahila Al Shaqab, OFW Mishaahl. Spytajcie Michaela! Od razu wiedziałem, że będzie dobrą matką. Albo Kajora. Wiem, po prostu czuję, że dany koń jest dobry. Nie wiem, czy to wynika z doświadczenia czy z czegoś innego. Matka Kahila nie podobała się nikomu, a teraz jest znana jako matka najlepszego ogiera na świecie. Nie ma wcale wybitnego rodowodu, ale dobrze rodzi. Widzieliście pełną siostrę Kahila, klaczkę Sultanat Al Shaqab, Czempionkę Klaczy Rocznych na tegorocznym pokazie w Katarze? Jej matka ma niejedną wadę i Michael nie mógł się nadziwić, dlaczego się przy niej upieram. Nie umiałem tego wytłumaczyć, po prostu miałem przeczucie.

M.L.: Może widzi pan duszę konia, patrząc mu w oczy?

H.A.T.: Myślę, że chodzi bardziej o relacje pomiędzy człowiekiem a zwierzęciem. Potrafię pracować z każdym koniem, dosiadam wszystkich, nawet tych uznawanych za trudne. Wczoraj stajenni nie byli w stanie wyprowadzić jednego z koni ze stajni, a mnie się to udało. Szedł obok mnie, całkowicie ufny. Może wiąże się to z zapachem, trudno powiedzieć, dlaczego konie jednym ludziom dają się obłaskawić łatwiej niż innym.

M.L.: Jest pan prawdziwym koniarzem.

Szejk Hamad Bin Ali Al Thani pokazuje Amirę Al Shaqab w Dubaju. Fot. z archiwum Szejka Hamada Bin Ali Al Thani
Szejk Hamad Bin Ali Al Thani pokazuje Amirę Al Shaqab w Dubaju. Fot. z archiwum Szejka Hamada Bin Ali Al Thani

H.A.T.: Sądzę, że tak. Na pewno jestem bardziej miłośnikiem koni niż ich hodowcą. Potrafię spać z końmi, robiłem to wiele razy. Np. gdy koń jest chory, a ja darzę go wielkim uczuciem, jak Halim Shaha. Spałem z nim w boksie, czytałem mu Koran, a on płakał. Po prostu kocham konie, nie obchodzi mnie, czy są uważane za dobre czy słabe. Drażni mnie, gdy ludzie pytają wyłącznie o słynne konie, skreślając od razu pozostałe. To nieludzkie! Są konie, które nie odniosą nigdy sukcesów, ale i tak zasługują na miłość i należytą opiekę. Weźmy Amirę Al Shaqab. Prezentowałem ją osobiście w Dubaju trzy, cztery lata temu. Wiedziałem, że nie mamy szansy wygrać, ale uwielbiam ją. Wszyscy się ze mnie śmiali – nie obchodziło mnie to. Jednym z sędziów był mój znajomy. Spytałem go później, czemu nie wygraliśmy? I obaj zaczęliśmy się śmiać. Dla mnie jest ona najwspanialszą klaczą.

M.L.: Kto według pana zasługuje na miano hodowcy?

H.A.T.: Judith Forbis. Udało się jej stworzyć własną linię o charakterystycznych cechach. Znamy się z Judith od lat 90., jest mistrzynią w promowaniu swoich koni. To również jest ważne, ponieważ jest wielu dobrych hodowców, którzy nie potrafią reklamować swoich koni. Al Shaqab miało wiele szczęścia, ponieważ pomagał nam Michael Byatt, doskonale znający się na marketingu. Odegrał znaczącą rolę w promowaniu stadniny Al Shaqab. Teraz ludzie patrzą na nas zupełnie inaczej niż na początku.

M.L.: Nadal podróżuje pan na pokazy?

H.A.T.: Tak, ale dziś pokazy różnią się od tych z lat 90., gdy chodziło przede wszystkim o dobrą zabawę. Wtedy ludzie ze sobą rozmawiali. Jeździliśmy na wiele pokazów, ale nigdy nie zostawaliśmy do końca. Nie interesowało nas, kto otrzyma tytuł czempiona, ponieważ już wybraliśmy konie, które nam się podobały. Pamiętam, jak w drodze powrotnej omawialiśmy z szejkiem Abdulazizem, szejkiem Nawafem, czy innymi przyjaciółmi to, które z obejrzanych koni pasowałyby do naszego programu hodowlanego. Nawet jeśli były dopiero piąte w klasie. Zwycięstwo liczyło się dla właściciela, ale nie dla nas. Dziś jest inaczej. Nie lubię obracać się wśród ludzi, którzy natychmiast próbują mi sprzedać swojego konia, chwaląc się, że otrzymał „19” na którymś tam pokazie. A co mnie to obchodzi? Po pierwsze – jak nazywa się twój koń? Jakie ma pochodzenie? Dlaczego go kupiłeś i czego od niego oczekujesz? Chcesz z niego zrobić sałatkę, czy może to on ma dla ciebie przygotować pizzę? Oczywiście żartuję, ale to ważne, czy właściciel sam jeździ na swoim koniu, czy jeżdżą na nim jego dzieci. Uważam, że koń nie powinien stać w stajni bezużytecznie, musi mieć jakąś pracę do wykonania. Koń, tak jak człowiek, musi mieć co robić, inaczej zacznie popadać w obłęd. Nie można zmienić natury. Trzeba mieć świadomość, skąd konie pochodzą. My wierzymy, że Bóg stworzył je z południowego wiatru, co oznacza, iż kochają wolność. Nie zamykajmy więc koni w boksach. Trzymajmy je na zewnątrz, na wybiegach. Niech się wyszumią.

M.L.: To niestety nie zawsze jest możliwe w przypadku dzisiejszych koni pokazowych…

Szejk Hamad Bin Ali Al Thani, Al Rayyan Farm 2015. Fot. Monika Luft
Szejk Hamad Bin Ali Al Thani, Al Rayyan Farm 2015. Fot. Monika Luft

H.A.T.: Proszę mi wierzyć, to jest możliwe. Konie takie jak Marwan cały czas żyją na padokach, nie są zamykane w boksach. Gazal miał cały czas dostęp do wybiegu z trawą. Ale teraz w hodowli koni chodzi głównie o politykę i pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Zawsze lubiliśmy przyjeżdżać na Puchar Narodów do Aachen, ponieważ dla nas jest to pokaz hodowców. Na początku nie mieliśmy nawet własnego stolika VIP, przysiadaliśmy się do różnych hodowców i rozmawialiśmy z nimi. Zobaczyliśmy polskie konie – jak się ruszają, jak zwyciężają – i byliśmy nimi zachwyceni. Pamiętam Mariusza Liśkiewicza, on też prezentował się całkiem nieźle! Nikogo nie obchodziło, że niektóre konie miały zimową okrywę. Nie lubię patrzeć na te wszystkie ogolone konie na dzisiejszych pokazach, to dla mnie jakaś plaga. Ale takimi prawami rządzą się dziś pokazy i jeśli chce się wygrywać, trzeba to robić.

M.L.: Lubi pan dzielić się wiedzą o koniach?

H.A.T.: Oczywiście, mogę o wszystkim opowiadać otwarcie, ale nie wyobrażam sobie prowadzenia własnej szkoły. Zawsze powtarzam, że nie należy podążać za innymi. Hodowla jest sztuką, nie jestem w stanie powiedzieć, jak się do niej zabrać. Nie można kogoś po prostu nauczyć, jak hodować zwierzęta. Hodowla to czerpanie z wielu źródeł. Ja na samym początku przeczytałem książkę Judith Forbis „The Classic Arabian Horse”. Przy każdym zdjęciu konia wpisywałem noty za poszczególne cechy: „19” za głowę, „18” za szyję… Robiłem to sam, nie pytając nikogo o radę. W ten sposób ćwiczyłem oko. Oczywiście dobrze też mieć dar, który pozwala ocenić konia od pierwszego rzutu okiem. Dobrze, gdy natychmiast widzisz dobre i słabe punkty danego zwierzęcia. Potem można zajrzeć do rodowodu i stwierdzić, że np. oko jest po matce, kłoda po ojcu, a wadliwe nogi po dziadku. Czy ten koń sprawdzi się w hodowli? Nie. Ale ten drugi, z wadą postawy, być może już tak, ponieważ jego wady nie wynikają z rodowodu, lecz z błędów w utrzymaniu. Kiedy jesteś w stanie ocenić wszystkie te elementy, wtedy możesz być hodowcą. Trzeba mieć wiedzę, ale trzeba też mieć oko. A wreszcie trzeba mieć narzędzia, czyli konie. Miałem szczęście, ponieważ w Al Shaqab dobrych „narzędzi” było pod dostatkiem. Zatem ważne są narzędzia, oko i umiejętność podejmowania decyzji, to tyle. Ja stoję murem za wyhodowanymi przez siebie końmi. Oczywiście mają wady, ale nie będę o nich mówił – w końcu to moje konie!

M.L.: Jakie ma pan plany teraz, w Al Rayyan?

H.A.T.: Zacząłem tu pracować w tym roku. Muszę dopiero poznać moje „narzędzia”, moje klacze. Aby je poznać, muszę je pokryć tym samym ogierem. Znam ich rodowody, znam ich słabe i mocne strony, ale muszę zobaczyć, co urodzą. Następnym razem będę wiedział, czego się spodziewać i jakiej krwi każda z nich potrzebuje. Np. przekonam się, że do danej klaczy nie pasuje linia og. Morafic i że trzeba dobrać do niej coś innego. Oczywiście bez szczęścia się nie obejdzie. Matka Marwana była kryta Gazalem sześć razy, a urodził się tylko jeden Marwan. To dar od Boga! Chcemy więcej, ale może ten jeden dar powinien nam wystarczyć. Próbujemy, ale podobnego rezultatu możemy już nigdy więcej nie uzyskać. Taka jest wola boska. Ludzie są zwolennikami embriotransferów. Nienawidzę tego! Naprawdę wierzymy, że możemy mieć wszystko? Trzeba być wdzięcznym za to, co już dostaliśmy. Z pięciu embrionów może jeden będzie dobry, a i tak tylko wówczas, gdy Bóg pozwoli – dziś lub jutro. Tak więc po co to wszystko? Hodowca, który kocha konie, nie zgodzi się na coś takiego. Nigdy też nie pozbędzie się konia tylko dlatego, że nie jest wystarczająco dobry. Jeśli klacz nie daje tego, czego oczekujesz, po prostu nie kryj jej więcej, nie pobieraj od niej kolejnych embrionów! Używaj jej do rekreacji. Ale pięć embrionów od jednej klaczy? To niedorzeczne. Ludzie, którzy naprawdę kochają konie, nie robią takich rzeczy, bo to sprowadza hodowlę tylko do biznesu i pieniędzy. W hodowli to się nigdy nie sprawdza.

M.L.: Najpiękniejsza chwila w życiu związana z końmi i jeździectwem?

H.A.T.: Trudno wybrać jedną… Zawsze, gdy otrzymasz dobrego konia – kupując go lub samemu hodując. Przysięgam, że moja radość z wygranej na pokazie nigdy nie jest tak wielka, jak wtedy, gdy rodzi się dobry źrebak. Oczywiście zwycięstwo sprawia mi przyjemność. Ale podczas pokazu wygrywasz nagrodę dla twojego kraju, dla ludzi, którzy cię szanują i którzy powierzyli ci stanowisko. Nie dla siebie. Moją radością są narodziny fantastycznego źrebaka, to jest dla mnie największym szczęściem.

M.L.: Jak będzie wyglądać teraz pana przyszłość?

H.A.T.: Wystarczy mi, jeśli będę czuł zapach koni. Gdy Michael spytał mnie, jak się czuję pierwszego dnia w nowej pracy, odpowiedziałem, że zapach końskiego łajna sprawia, że już czuję się jak w niebie. Konie są całym moim życiem, są tym, na czym mi zależy.

M.L.: Mógłby pan powiedzieć: „Mam marzenie…”?

H.A.T.: Tak. Dotyczy konia, który dopiero się urodzi. Chciałbym uzyskać coś pomiędzy Gazalem a Marwanem. I żeby ten koń był siwy.

M.L.: Już pan wie, jak to osiągnąć?

Szejk Hamad Bin Ali Al Thani z klaczami w Al Rayyan Farm 2015. Fot. Monika Luft
Szejk Hamad Bin Ali Al Thani z klaczami w Al Rayyan Farm 2015. Fot. Monika Luft

H.A.T.: Nie, jeszcze nie, ale wierzę, że ten moment nadejdzie. Ładna szyja, nie tak długa jak u Marwana – bardziej zrównoważona. Duże oczy, głowa o niezbyt wklęsłym profilu. I żeby to był ogier! Dobre klacze już mamy.

M.L.: Niech więc to marzenie się spełni.

H.A.T.: Inshallah.

 

Wywiad w wersji angielskiej do pobrania jako PDF»

 

Podziel się:

Share on facebook
Facebook
Share on twitter
Twitter
Share on whatsapp
WhatsApp
Share on email
Email
Reklama
Reklamy

Newsletter

Reklamy
Equus Arabians